Nowy stary imperializm
Donald Trump szokuje słowami i czynami. Nie tylko mówi, że granice użyteczności prawa międzynarodowego wyznacza on osobiście, kierując się interesem Stanów Zjednoczonych, ale też jak mówi, tak robi. Atak na Wenezuelę najlepszym przykładem. Czy więc słowa o Grenlandii także zamienią się w czyny?
Nad odpowiedzią łamią głowy nie tylko rządy Grenlandii i Danii. Ewentualna próba aneksji, nawet bez użycia środków militarnych, oznaczać będzie koniec NATO i może też oznaczać koniec Unii Europejskiej, a na pewno najważniejszy dla niej test.
Słowa, słowa, słowa
Niestety, w państwach unijnych słowa w znacznie mniejszym stopniu wspierane są przez czyny. Donald Tusk śle groźne tweety o potrzebie europejskiej jedności, jednak uwarunkowany krajową polityką deklaruje, że Polska nie wyśle wojska do Ukrainy. Polska też opowiedziała się przeciwko umowie Mercosur, porozumieniu o strategicznym znaczeniu dla gospodarczej przyszłości kontynentu. Podobnie zresztą zrobił Emmanuel Macron, wrażliwy na siły rolniczej grupy interesu. Czy zatem rzeczywiście doprowadzi do wysłania francuskich wojsk do Ukrainy w ramach misji stabilizacyjnej? I co zrobi w odpowiedzi na ewentualne zaostrzenie kryzysu grenlandzkiego?
Niestety, brak jednoznacznej odpowiedzi nie jest wyrazem strategicznej niejednoznaczności, tylko niezdecydowania, i przez Trumpa odbierane jest jako wyraz słabości. Zresztą pokazał to z właściwą sobie brutalnością, parodiując Macrona negocjującego kwestie stawek celnych. Francuzi odebrali to jako szydzenie z Francji, nie tylko jej prezydenta. Czy mogą jednak odpowiedzieć inaczej niż oburzeniem?
Przespany kryzys
Cztery lata wojny zostały przespane w Europie, jeśli chodzi o budowę autonomii strategicznej. To m.in. Polska zniechęcała do zbyt szybkiego jej budowania, przekonana o wyższości partnerstwa transatlantyckiego. Najwyraźniej zabrakło scenariusza uwzględniającego możliwość końca tego partnerstwa lub jego osłabienia do niewiele znaczącej współpracy bez większych zobowiązań. Oczywiście, partnerstwo to jeszcze nie wygasło, a Sojusz Północnoatlantycki funkcjonuje. Obowiązują więc też reguły zaangażowania i wzajemnego wsparcia, co widzieliśmy w nocy z 9 na 10 września podczas rosyjskiego ataku dronowego na Polskę.
Trwałości NATO nikt jednak nie zagwarantuje, skoro sam Trump deklaruje, że jest gotów Sojusz poświęcić. Być może niektórzy przedstawiciele polskiej prawicy liczą, że w razie czego zastąpią go specjalne relacje między Polską i USA. Wszak Donald Trump kocha Polskę, przekonywał obecny ambasador tego kraju, obejmując stanowisko. Oczywiście, Trump nie kocha bezinteresownie, więc za miłość trzeba będzie zapłacić. Jak, napisano w grudniowej strategii bezpieczeństwa narodowego USA. Włączając się w wojnę kulturową i demontaż Unii Europejskiej.
Mocarstwo Europa
Czy jednak rzeczywiście odpłatą byłyby gwarancje bezpieczeństwa chroniące Polskę przed Rosją? A co jeśli władzę w Niemczech przejmie AfD, na co Waszyngton bardzo liczy, a my powinniśmy robić wszystko, żeby taki scenariusz się nie zrealizował? Już to pytanie pokazuje, że dla Polski nie ma alternatywy dla Unii i regionalnego systemu bezpieczeństwa. Rozpad tego układu otwiera drogę do scenariusza naszkicowanego we wspomnianej strategii bezpieczeństwa narodowego USA.
To powrót do świata mocarstw i ich stref wpływów. Unia Europejska nie jest państwem, więc też nie może mieć wszystkich atrybutów mocarstwa, jakie mają Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja. Jako wspólna przestrzeń geostrategiczna oparta ciągle na wspólnocie interesów i wartości (ten filar Trump z pomocą prawicowych sił populistycznych w Europie próbuje złamać) jest jednak mocarstwem de facto. Bo ciągle dysponuje olbrzymią siłą gospodarczą, technologiczną i niebagatelnymi zasobami do prowadzenia globalnej polityki i dyplomacji.
Unia Europejska nie ma jednak planów imperialnych, mają je Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny. Rosja zakomunikowała je jednoznacznie w 2014 r., anektując Krym i wszczynając wojnę, której stawką jest kolonialne podporządkowanie Ukrainy, likwidacja jej państwowej suwerenności i kulturowej podmiotowości. Chiny ciągle zachowują się subtelniej, choć nie ukrywają swych planów, zwłaszcza chęci aneksji Tajwanu.
Doktryna Donroe
Co ze Stanami Zjednoczonymi? Atak na Caracas wydaje się dawać jednoznaczną odpowiedź – jako ilustracja doktryny Donroe. Stany Zjednoczone zamierzają podporządkować sobie zachodnią półkulę jako przestrzeń służącą realizacji amerykańskiego interesu narodowego. Jak widać, zamierzają ten cel realizować wszystkimi dostępnymi środkami, również z użyciem siły zbrojnej. Liberalni komentatorzy się oburzyli, lamentując, że skończyły się stare dobre Stany Zjednoczone pełniące funkcję światowego policjanta gwarantującego obowiązywanie prawa międzynarodowego.
Nawet jeśli policjant nie był doskonały, to system się trzymał i obowiązywał ład oparty na prawie i regułach. Owszem, Putin ład ten zakwestionował w 2014 r., ale przecież go nie unieważnił. Jeśli jednak sam policjant wziął pałkę, by się nią posłużyć do realizacji swojego interesu, to rzeczywiście można mówić o końcu ładu.
Dziwny to lament, bo zakłada, że Stany kiedyś prawo międzynarodowe respektowały i dopiero za rządów Trumpa coś się radykalnie zmieniło. Nie będę sięgał wstecz do czasów Kissingera i ówczesnego imperialnego zaangażowania USA w Ameryce Południowej. Tamte interwencje nie miały nic wspólnego z prawem międzynarodowym, niewiele też z krzewieniem wartości demokratycznych i liberalnych. Była jednak zimna wojna i chodziło o powstrzymywanie komunizmu, większego zła, tłumaczono.
Nowe stare imperium
Komunizm jednak upadł, na jego gruzach zaczął się nowy ład oparty na globalizacji. Thomas Friedmann w „Nexus i drzewo oliwne” wychwalał triumf wolnorynkowego kapitalizmu i nowy etap rozwoju dziejowego, definiując go tak: „Niewidzialna ręka rynku nigdy nie będzie działała bez ukrytej pięści. McDonald’s nie może rozkwitnąć bez McDonnell Douglasa, konstruktora F-15”. Liberalny komentator liberalnego „New York Timesa” nie miał już wtedy złudzeń, że ład, nawet oparty na prawie i regułach, w istocie jest oparty na sile i strachu uczestników tego ładu, że siła ta zostanie użyta przeciwko wyłamującym się z porządku.
Czy Stany Zjednoczone zaciskały niewidzialną pięść w ramach utopijnej wiary w kantowski wieczny pokój? Chyba nie Kant, a George Bush powiedział, co jest stawką amerykańskiej polityki i zaangażowania w świat. W 1992 r., podczas Szczytu Ziemi w Rio, zadeklarował jednoznacznie, że „amerykański styl życia nie podlega negocjacjom”. Innymi słowy, nawet jeśli Stany Zjednoczone uczestniczą w rozpoczynającym się procesie klimatycznym, nie będą respektować jego ustaleń, jeśli oznaczać będą ograniczenia dla USA. I rzeczywiście, USA nie ratyfikowały protokołu z Kioto. I generalnie amerykańskie rozumienie suwerenności jest dość proste – jeśli jakieś reguły ograniczają swobodę amerykańskiego działania, to reguły te ignorujemy lub występujemy z niewygodnych układów.
Wykorzystanie dronów do „extrajudicial killings” poza Stanami ma niewiele wspólnego z prawem międzynarodowym. Ponieważ jednak metoda sprawdza się zdaniem Amerykanów, to, co rozpoczął George W. Bush, twórczo rozwinął i zintensyfikował Barack Obama, laureat Pokojowej Nagrody Nobla. Obama też, mimo zapowiedzi, nie zdołał zlikwidować obozu w Guantanamo. Ta placówka też ma niewiele wspólnego z prawem międzynarodowym.
Wojna w Iraku w 2003 r. była już opisywana na wiele sposobów, warto jednak przypomnieć, że też miała niewiele wspólnego z prawem międzynarodowym, dowody na istnienie broni masowego rażenia w Iraku – oficjalny casus belli – okazały się fałszywe. Przeciwko wojnie 15 lutego 2003 r. protestowały miliony ludzi w wielu miastach Europy. Wojna jednak się rozpoczęła. Stany wspierane przez Wielką Brytanię i grono sojuszników, w tym Polskę, zmiotły Saddama Hussajna. Likwidacja reżimu okazała się najłatwiejszą częścią projektu, reszta była katastrofą kosztującą życie setki tysięcy Irakijczyków, gigantyczne straty materialne, zniszczone zabytki kultury itd. Itp.
Nieograniczona suwerenność
Lament nad złym zachowaniem Donalda Trumpa jest zrozumiały, ale niekonsekwentny. Jak przypomina Julian Borger w „The Guardian”, USA nigdy nie zrezygnowały z imperialnej polityki oraz jej najważniejszego atrybutu – prawa do pełnej realizacji amerykańskiej suwerenności, nawet jeśli miałoby się to odbyć kosztem prawa międzynarodowego lub suwerenności innych podmiotów tego prawa. Co nie oznacza, że USA zawsze prowadziły taką politykę jak obecnie Donald Trump.
Borger zwraca słusznie uwagę, że ocena amerykańskiej polityki bardzo zależy od miejsca, w którym się żyje. Inny pogląd mają Stany Zjednoczone kraje Ameryki Południowej, inny europejskie. Warto jednak przypomnieć, że to właśnie w 2003 r. doszło do wielkiego pęknięcia i pogorszenia relacji między USA a zwłaszcza Francją i Niemcami, które najbardziej przeciwko w wojnie w Iraku zaprotestowały. Amerykanie bojkotowali francuskie produkty, a french fries zostały przemianowane na freedom fries.
Nie chodzi jednak o porównywanie stylu rządzenia Trumpa ze stylem Obamy czy Busha. Istotniejsze jest pytanie, czy rzeczywiście amerykańska polityka tak bardzo zależy od stylu, czy też polega na raczej niezmiennych zasadach? Stawiałbym na tę drugą opcję. Najważniejsza jest realizacja interesu narodowego USA, czyli zapewnienie narodowi bezpieczeństwa i dobrobytu, tak aby nic nie naruszyło „amerykańskiego stylu życia”.
Uważniejsi analitycy dorzucą, że w przypadku Stanów nie można zapominać o komponencie ideologicznym. Bo pragmatyzm pragmatyzmem, ale dobre uzasadnienie odwołujące się do wizji świata nie zaszkodzi. Takiego uzasadnienia wojnie w Iraku w 2003 r. dostarczyli neokonserwatyści. Teraz dominującą ideologią obozu władzy w USA jest chrześcijański nacjonalizm.
Oczywiście, realizacja tego interesu może być zmienna i zależy od geopolitycznego kontekstu.
Wieczne interesy, nietrwałe sojusze
Lamentując nad niepewną przyszłością NATO, warto pamiętać, że Amerykanie cały czas zastanawiają się, czy powołany do powstrzymywania radzieckiego zagrożenia Sojusz nadal pełni swoją funkcję, czyli przyczynia się do zwiększenia amerykańskiego bezpieczeństwa. To kluczowe pytanie, kwestie wspólnoty kulturowej czy aksjologicznej mającej łączyć USA z Europą mają drugorzędne znaczenie. Nie wiem, jaką odpowiedź znajdują Amerykanie, ale jeśli Sojusz ma przetrwać, to należy Amerykanów przekonać, że ich bezpieczeństwu służy (jeśli stracili do tego argumentu przekonanie). Jeśli tego przekonania nie będą mieli, nie będą mieli też powodu uczestnictwa w kosztownym przedsięwzięciu.
Podobnie jest z prawem międzynarodowym. To dobry instrument kontroli rzeczywistości, znakomicie obniża „koszty transakcyjne” korzystającym z prawa państwom, a hegemonowi przynosi imperialną rentę. Tyle że ten instrument działa tak długo, jak na podwórku wszyscy boją się pięści schowanej za plecami głównego gracza. W 2014 r. Putin powiedział „sprawdzam” i pytanie, czy ciągle trwa licytacja, czy już rozpoczęło się wykładanie prawdziwych kart (by użyć metaforyki Trumpa).
Niezależnie od odpowiedzi faktem jest, że to nie Trump pierwszy zrozumiał, że USA nie mają już takiej hegemonicznej siły jak na początku lat 90. Zaczynają więc zwijać interes, godząc się, że władzę nad światem będą dzielić. Czy uda się świat podzielić tak, żeby nie doszło do konfliktu i III wojny światowej? Dobre pytanie. Tak czy inaczej, Polska ma problem, bo minimalnym warunkiem pokojowej stabilizacji byłby akceptowany przez uczestników rozgrywki podział na strefy wpływów. Strefa Stanów Zjednoczonych została zdefiniowana w strategii bezpieczeństwa. Wizję rosyjską wyłożył Władimir Putin w 2021 r. i nadal ją podtrzymuje.
Nowy ład
Jeśli do stabilizacji nowego ładu dojdzie w oparciu o obecnie wyłożone karty, to dla Polski oznacza ryzyko powrotu do strefy rosyjskiego oddziaływania lub strategicznej samotności bez szansy na uzyskanie strategicznej autonomii. Oczywiście, ten scenariusz można unieważnić, jeśli do gry na równych prawach siądzie Europa i pokaże się jako przestrzeń zdolna do strategicznego samostanowienia. I oto w tej chwili toczy się najważniejsza rozgrywka, której konkretnym wyrazem jest wojna w Ukrainie. Jeśli Europa pomoże Ukrainie uzyskać rozstrzygnięcie wojny na określonych przez ukraińskie społeczeństwo warunkach i umożliwi Ukrainie włączenie do europejskiej przestrzeni gospodarczej, odzyska legitymację do mocarstwowego statusu i prawo do udziału w kształtowaniu światowego ładu.
Zdaje się jednak, że taka pozycja Europy nie odpowiada żadnemu z pozostałych mocarstw o imperialnych aspiracjach. Cóż, wyrazem strategicznej autonomii nie jest pytanie adwersarzy o zgodę, tylko demonstracja własnej siły. Zdaje się, że właśnie nadszedł na to czas. Warto przy tym pamiętać, że pozostali gracze mocno blefują i żaden z nich nie jest taki silny, jak próbuje się pokazać.