Chłopiec i jego tygrys badają świat

Trzydzieści lat temu Calvin i Hobbes po raz ostatni zjechali z zaśnieżonej górki na sankach i postanowili eksplorować otaczający ich świat już bez udziału czytelniczek i czytelników.

Nie będę ukrywał: dla mnie to jeden z najważniejszych komiksów w historii medium. Arcydzieło, które dowodzi nie tylko jak wielki potencjał tkwi w pojedynczym, złożonym z czterech kadrów pasku komiksowym, lecz również tego, że w tych paskach można konsekwentnie zbudować cały wszechświat. Fizycznie ograniczony do domu, szkoły i otaczających je lasów, lecz w wyobraźni małego bohatera nieograniczony absolutnie niczym.
Jeśli nie znacie „Calvina i Hobbesa” (dlaczego?), krótkie wprowadzenie: Calvin to inteligentny, ale nieokiełznany sześciolatek obdarzony fenomenalną fantazją. Hobbes to jego pluszowy tygrys. To znaczy pluszowy dla wszystkich, poza Calvinem, który widzi w nim prawdziwego, jak najbardziej żywego i pomysłowego przyjaciela codziennych przygód. Calvin w pierwszym odcinku złapał Hobbesa w pułapkę na tygrysy (przynętą była kanapka z tuńczykiem) i od tej pory są nierozłączni. Paski o ich przygodach stworzył w 1985 roku (w listopadzie minęło równo czterdzieści lat od premiery) Bill Watterson, rysownik wówczas zaledwie 27-letni.
„Calvin i Hobbes” nieco zmieniali się przez lata, lecz od samego początku Watterson wiedział, jaki chce osiągnąć efekt. Nakreślił miejsce akcji – bardzo podobne do miasteczka, w którym sam dorastał – i szybko wprowadził do komiksu najważniejsze postaci drugiego planu: rodziców Calvina, jego koleżankę Susie Derkins, nauczycieli, opiekunkę, szkolnego prześladowcę. Najważniejsze są jednak relacje między chłopcem i jego tygrysem, popis absolutnie fenomenalnej wyobraźni zarówno Wattersona, jak i samego Calvina. Bo siłą tego komiksu jest nie tylko błyskotliwy, inteligentny humor, lecz również to, jak bardzo wiarygodni wydają się jego bohaterowie. Jakby żyli trochę poza kontrolą swojego twórcy. Jakby gdzieś tam, między kolejnymi epizodami, wydarzały się inne, może nawet jeszcze bardziej niesamowite rzeczy, których my nie mieliśmy nigdy szansy zobaczyć na własne oczy. Z całą miłością dla Charlesa Schulza i jego „Fistaszków” (które swoją drogą również dla Wattersona były ważną lekturą i kluczową inspiracją), Charlie Brown i jego przyjaciele zawsze sprawiali wrażenie wymyślonych postaci. Tymczasem Calvin i Hobbes wydają się absolutnie prawdziwi, jakby Watterson tylko podglądał ich codzienne wybryki, czasami nieco je koloryzując na potrzeby kolejnych pasków.

Komiksy Wattersona poznałem jakoś na początku lat dwutysięcznych dzięki przyjacielowi, który miał oryginalne wydania albumów zbiorczych. W Polsce Calvina i Hobbesa można było czytać już wcześniej, choć pod innymi imionami: część pasków ukazała się w połowie lat 90. w krótko istniejącym magazynie komiksowym „Kelvin & Celsjusz” (pismo publikowało także inne komiksy, nie tylko prace Wattersona, w tym dzieła polskich rysowników). Jaki był cel zmiany imion bohaterów, tego do dziś nie jestem w stanie zrozumieć. Wtedy paski Wattersona – choć doceniłem dojrzały, atrakcyjny i zabawny styl jego rysunków – jeszcze nie wzbudziły mojego zachwytu; ten nadszedł dopiero później. Wreszcie Egmont Polska wydał całość w jedenastu tomach.
Być może w małych dawkach „Calvin i Hobbes” nie działa aż tak mocno. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to seria oparta na prostym patencie. Owszem, inteligentna, wybijająca się spośród setek innych pasków komiksowych publikowanych w amerykańskiej prasie (swoją drogą, szkoda, że u nas nigdy się ten fenomen nie przyjął, choć próby podejmowała m.in. „Gazeta Wyborcza”), ale pozornie zwyczajna. Ot blaski (dzieciństwa) i cienie (rodzicielstwa) podane w humorystycznej formule. Tyle że komiks Wattersona jest czymś znacznie więcej. Niemal niepostrzeżenie z satyrycznego opisu codzienności sześciolatka o wybujałej fantazji zmienia się w opowieść egzystencjalno-filozoficzną. Wciąż zabawną (z czasem coraz bardziej) i nieprzewidywalną, ale chwilami zaprawioną nutką goryczy i lęku o przyszłość, a na pewno coraz częściej stawiającą czytelnikom poważne pytania. A Watterson w ten niby beztroski komiks wplatał tematy poważne: jak wtedy, gdy na chwilę uwaga autora koncentruje się nie na chłopczyku i tygrysku, lecz na zmęczonych codzienną walką wychowawczą rodzicach lub na Susie, która w otoczeniu innych dzieci czuje się samotna, a Calvin jest dla niej jedyną namiastką przyjaciela (choć przecież nieustannie jej dokucza). Albo kiedy kilka kolejnych pasków układało się w opowieść o znalezionym przez Calvina rannym szopie, a nagle humor ustępował powadze, radość – żałobie, zabawa – refleksji. „Parę dni temu nie wiedziałem nawet, że istnieje, a teraz odszedł na zawsze. Tak jakbym znalazł go bez powodu. Musiałem go pożegnać, ledwie się przywitałem”, mówi Calvin, a przejmujący smutek, jaki na kilka kadrów ogarnia jego mały świat, natychmiast udziela się czytelnikom. Bo Watterson bardzo umiejętnie wplatał w narrację emocje oraz pozornie proste życiowe spostrzeżenia i nauki. I to takie, które mogą przydać się nie tylko rówieśnikom Calvina, lecz także dorosłym. Zresztą każda lektura tego komiksu pozwala otwierać się na nowe, wcześniej niedostrzeżone szczegóły. Rzeczywistość wygląda dziś inaczej, dzieci wychowuje się również w inny sposób (Watterson wspominał, że jego rodzice regularnie zostawiali go samego w aucie, gdy szli do marketu po zakupy, co dziś prawdopodobnie skończyłoby się wezwaniem przez przechodniów policji), ale fantastyczny – wyobrażony i nie – świat Calvina znosi próbę czasu doskonale: także jako opowieść o nieustającym zachwycie tym, co nas otacza. Pat Oliphant, malarz i rysownik, który napisał wstęp do drugiego zbiorczego tomu pasków Wattersona „Coś się ślini pod łóżkiem”, miał rację: tu dzieje się magia, która zmienia „zwykły papier i tusz w czyste złoto”.

Nie chcę tu pisać o wydawniczych perypetiach i utarczkach Wattersona z wydawcami, którzy próbowali go namawiać na licencyjną sprzedaż wizerunku bohaterów. Autor „Calvina i Hobbesa” nigdy się na to nie zgodził. Jeśli więc widzicie gdzieś koszulki czy kubeczki z żółtowłosym chłopczykiem i jego tygrysem, to na pewno macie do czynienia z piracką podróbką. Watterson konsekwentnie odmawia nie tylko powrotu do serii, lecz także komercyjnego jej wykorzystywania – fanom muszą wystarczyć wznowienia zbiorczych albumów i nieliczne wywiady, jakich artysta udzielił. Watterson zawsze był skryty, niechętny do rozmów. Z reguły nie przyjeżdżał na imprezy komiksowe, nie odbierał wręczanych mu przez branżę nagród. Po zakończeniu „Calvina i Hobbesa” niemal całkowicie wycofał się z zawodu, publikuje pojedyncze ilustracje bardzo rzadko (czasami zaprojektuje jakiś plakat, kiedy indziej pojawi się gościnnie jako autor innego paska komiksowego). Pierwszą autorską książkę po albumach z Calvinem, „The Mysteries”, wydał dopiero w 2023 roku.
Ostatni pasek „Calvina i Hobbesa” ukazał się 31 grudnia 1995 roku. Watterson uprzedził o tym czytelników, pisząc, że powiedział już wszystko, co chciał powiedzieć. Na finałowym kadrze* serii Calvin woła z entuzjazmem: „To magiczny świat, Hobbes, stary kumplu! Chodźmy go badać!”. Powinniśmy brać częściej brać z niego przykład.

* Polskie wydanie albumów Wattersona ukazało się w zmienionej kolejności. Finałowy tom „To magiczny świat” ukazał się jako 9. w kolejności, co zaburza chronologię pasków, a przede wszystkim częściowo odbiera temu ostatniemu epizodowi jego znaczenie.

Cytaty z komiksu w przekładzie Piotra W. Cholewy.

Reklama