Przemeblowanie Bliskiego Wschodu
Talleyrand już dawno ostrzegał, że „bagnetami można załatwić wszystko, ale do jednego się nie nadają – nie można na nich usiąść”. Najwyższy Przywódca Iranu i jego poplecznicy wkrótce się przekonają, jak głęboko prawdziwe to słowa.
W najbliższych dniach lub miesiącach reżim upadnie. Po chwili dzikiej radości Iran będzie musiał się odbudować, a przez to cały Bliski Wschód ulegnie przemeblowaniu. Krach dyktatury nie otworzy bram raju, ale owszem, dyktatura w końcu zostanie obalona i bardzo dobrze, bo nie ma do zaoferowania już nic poza bronią.
Kule, drony i czołgi – to właśnie nimi w piątek Najwyższy Przywódca groził demonstrantom, którzy nie chcą już ani jego, ani jego reżimu. Broń służy do zabijania i zastraszania. Jest tym bardziej istotna, że w ciągu prawie pół wieku istnienia Republika Islamska siłą rzeczy uzyskała poparcie całych grup społecznych, milionów rodzin, które wraz z jej upadkiem straciłyby wszystko. Będą więc próbowały jej bronić. Amunicja jest jednak zasobem wyczerpywalnym.
Kiedy arsenał się opróżnia, trzeba albo dokupić broń, albo zaproponować rozwiązanie, które pozwoli na choćby minimalny konsensus. W obu przypadkach potrzeba pieniędzy, i to niemało. Tymczasem program jądrowy, konsekwencje sankcji międzynarodowych oraz finansowanie libańskiego Hezbollahu, dyktatury syryjskiej, jemeńskiego ruchu Huti, szyickiej milicji w Iraku i wszystkich innych regionalnych agentur mułłów tak doszczętnie wydrenowały kasę państwa, że dla Irańczyków już nic w niej nie zostało. Nie ma ani dinara na podwyżki płac, infrastrukturę czy wydatki socjalne.
Nie da się też ponownie rozbudzić marzeń o wielkości narodowej, bo irańska rewolucja już nikogo na Bliskim Wschodzie nie porywa. Teraz mułłowie nie mają w regionie żadnej mocy oddziaływania, gdyż stracili wszelkich przyjaciół i zwolenników. Przestali się też łudzić, że na dłuższą metę uda im się kontrolować Irańczyków strachem, skoro nie byli w stanie oprzeć się izraelsko-amerykańskim bombardowaniom ani przeprowadzić odwetowego ataku na Tel Awiw.
Reżim jest wycieńczony.
Reżim jest bezbronny. Reżim jest skończony, gdyż jego jedyny prawdziwy sukces – otwarcie kobietom dostępu do studiów wyższych – odwrócił się przeciwko niemu, odkąd studentki de facto zdołały wymusić zniesienie obowiązku noszenia chust. Wielu wojskowych, przedstawicieli i stronników reżimu wkrótce się od niego odwróci, by odzyskać polityczną niewinność lub uniknąć bezsensownego okrucieństwa.
Władza, rozdarta między zatwardziałymi a pragmatykami, ideologami a reformatorami, zaślepionymi a realistami, musi ulec rozpadowi. W Teheranie otwiera się nowy rozdział. Miejmy nadzieję, że będzie jak najmniej krwawy i jak najkrótszy. Na pewno dojdzie jednak do wielkiego przemeblowania.
Bez konfliktu o utrzymanie granic między osią irańsko-szyicką a potężnymi sunnitami bardziej rażące stanie się rozdrobnienie państw wytyczonych przez podziały kolonialne.
Już dziś jest to widoczne w Syrii, gdzie kwestia kurdyjska może wkrótce doprowadzić do interwencji Turcji, a następnie zagrozić równowadze społeczności w sąsiednim Libanie. Region Kurdystanu, od dawna autonomiczna jednostka administracyjna Iraku, może jeszcze bardziej uniezależnić się od Bagdadu. W samym Iranie mniejszości religijne i narodowościowe zamieszkujące pogranicze kraju mogą ulec pokusie rozpoczęcia działań separatystycznych.
Niewykluczone, że cały region niepostrzeżenie pogrąży się w napięciach między rywalizującymi mocarstwami, takimi jak Arabia Saudyjska, Turcja, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Iran, który szybko odzyska siły i sojuszników.
Na wielki paradoks zakrawa to, że w takim scenariuszu Izrael nie miałby już żadnego przeciwnika państwowego. Dawna wizja Iranu dotycząca zbliżenia trzech niearabskich mocarstw regionalnych – Turcji, Iranu i Izraela – mogłaby zatem wrócić do łask.