Trump nie ma już żadnych asów w rękawie
Donaldowi Trumpowi w Iranie zostały już tylko złe rozwiązania. Pierwszym z nich byłoby ogłoszenie zwycięstwa i wycofanie wojsk. Nikt mu tego nie zabroni, ale nic nie pozwala też uwiarygodnić tej bujdy. Gdyby prezydent się na to zdecydował, osłabiłby nie tylko własną wiarygodność na osiem miesięcy przed wyborami połówkowymi, lecz także wiarygodność Stanów Zjednoczonych w krajach Zatoki Perskiej, na całym Bliskim Wschodzie i w pozostałych częściach świata.
Reżim irański natomiast wyszedłby z tego równie korzystnie, co gdyby – rozwiązanie drugie – Donald Trump zdecydował się zawrzeć z nim pozorowaną ugodę. Republika islamska jak zwykle zobowiązałaby się do rezygnacji z wszelkich prób zdobycia broni atomowej. Dziś szczerość tych deklaracji byłaby jeszcze bardziej wątpliwa niż dawniej. Mimo to, w zamian za iluzoryczne gwarancje, kraj uzyskałby stopniowe zniesienie sankcji gospodarczych, które na niego nałożono. Dzięki temu dawni przywódcy mogliby ponownie przejąć kontrolę, co wzbudziłoby rozpacz narodu irańskiego, ogromny niepokój sąsiadów i radość Chin i Rosji, które umocniłyby zwycięstwo sojuszniczej sobie władzy.
Oczywiście Donald Trump rozgłaszałby wszem wobec, że wymusił na irańskim reżimie ustępstwa, których nikt oprócz niego nie byłby w stanie uzyskać. Sam nie miałby co do tego wątpliwości, ale żadne inne państwo nie dałoby się nabrać. Dla wszystkich byłoby bowiem oczywiste, że Donald Trump rozpętał dwie wojny, aby osiągnąć porozumienie znacznie mniej solidne niż to, które w 2015 r. wynegocjowali Europejczycy z Barackiem Obamą, a z którego obecny prezydent za pierwszej kadencji postanowił się wycofać.
Również w tym scenariuszu wiarygodność Stanów Zjednoczonych i samego Trumpa zostałaby poważnie podkopana. Tyle że trzecie rozwiązanie, czyli wysłanie do Iranu wojsk lądowych, wiązałoby się z ogromnym ryzykiem. Pomijając fakt, że oddziały te mogłyby ponieść poważne straty, czego żadna część amerykańskiej opinii publicznej nie byłaby gotowa zaakceptować, irańskie siły zbrojne nie zawahałyby się uderzyć w kluczową infrastrukturę monarchii bliskowschodnich, łącznie z instalacjami odsalania wody.
Gospodarcze skutki wojny, która niechybnie przerodziłaby się w wojnę totalną, byłyby tak poważne, że tymczasem Donald Trump rozważa jedynie zajęcie jednej z wysp Zatoki Perskiej: wysepki Chark, głównego terminalu eksportowego irańskiej ropy. Chce w ten sposób zdobyć kartę przetargową, którą mógłby następnie wymienić na faktyczne ustępstwa. Ten plan ostatniej szansy jest jednak niepewny, ponieważ przywódcy republiki islamskiej dobrze wiedzą, że Biały Dom długo nie wytrzyma.
Dziś Donald Trump może wyjść z tej sytuacji zwycięsko, tylko jeśli irański reżim nagle upadnie w wyniku wyczerpania zasobów i wynikłych z tego wewnętrznych sporów. Jest to nawet całkiem prawdopodobne, nie ma jednak gwarancji, że reżim opadnie z sił, zanim zabraknie ich człowiekowi, który wierzył, że pokona go w jeden weekend.
Popularność Donalda Trumpa w sondażach spadła tak bardzo, że Instytut Gallupa przestał ją mierzyć. W obliczu ponad 3 tys. protestów, które odbyły się w ostatnią sobotę pod hasłem „No Kings!” (ang. precz z królami), oraz coraz głębszych podziałów wśród głównych działaczy ruchu MAGA prezydent jest przyparty do muru. Osłabienie może skłonić go do przesadnego odwetu, tak jak po porażce z Joe Bidenem w 2020 r., kiedy nakazał swoim zwolennikom szturm na Kongres.
Stany Zjednoczone ogarnia niepewność: utraciły hegemonię, a wewnętrzny konsensus ustąpił miejsca głębokim rozłamom między dwiema Amerykami, które obecnie uosabia dychotomia Teksas versus Kalifornia lub Floryda versus Nowy Jork.
Skoro świat nie ma już żandarma, Europa musi wzmocnić swoją obronność i swój przemysł. Powinna też zacieśnić porozumienia z licznymi potężnymi państwami, które nie chcą dłużej być zależne ani od Chin, ani od Stanów Zjednoczonych. Unia musi wykazać się determinacją – nie może uchylać się od obowiązków, jakie nakłada na nią ta epokowa zmiana.