Węgierska porażka Donalda Trumpa
Poczuliśmy ogromną ulgę, ale przed nami jeszcze wiele pracy. Porażka Viktora Orbána jest powodem do radości: dziś Węgry mogą obalić półdyktaturę podziwianą przez Władimira Putina i wychwalaną przez Donalda Trumpa i europejską skrajną prawicę, która uczyniła sobie z niej wzór do naśladowania.
Węgrzy położyli kres dławieniu wymiaru sprawiedliwości, kontroli nad prasą i uniwersytetami, defraudacjom funduszy europejskich oraz notorycznemu przyznawaniu zamówień publicznych osobom z otoczenia premiera, które dzięki temu błyskawicznie się bogaciły.
Na Węgrzech zamknął się więc rozdział „demokracji nieliberalnej”, czyli ustroju stworzonego przez Orbána, który pozbawił demokrację podstawowych mechanizmów kontrolnych.
Koniec z ministrami, którzy na bieżąco informują Kreml o obradach europejskich przywódców. Koniec z premierem, który w październiku zeszłego roku oświadczył Putinowi, że „jest do jego dyspozycji”, i zablokował wypłatę 90 mld euro, które w grudniu Unia Europejska jednogłośnie, a więc i z głosem Węgier, zdecydowała się pożyczyć Ukrainie.
Owszem, 16-letnie nieprzerwane rządy pupila Donalda Trumpa i Władimira Putina wreszcie się skończyły. Nie można jednak zapominać, że źródła sukcesu Viktora Orbána nadal biją, zasilając powszechny nacjonalizm oraz tendencję do odrzucania demokracji liberalnej.
Na Węgrzech, podobnie jak we wszystkich innych krajach byłego bloku sowieckiego, to brutalne przejście na gospodarkę rynkową umożliwiło renesans skrajnej prawicy. Obywatele Związku Radzieckiego i Europy Środkowo-Wschodniej po wyjściu z systemu, który odmawiał im dobrobytu i wolności, ale zapewniał całkowitą stabilność społeczno-polityczną, musieli nagle mierzyć się z bezrobociem, gwałtownym wzrostem cen i drastycznym pogłębieniem nierówności.
Podczas gdy młodzi w miastach na tej transformacji skorzystali, mieszkańcy wsi i najsłabsi szukali otuchy w tradycjach i twardych granicach państwowych. Z jednej strony mieliśmy zatem jedność europejską i otwartość na międzynarodową konkurencję, z drugiej zaś – strach przed obcym i gloryfikację własnego narodu. W ten sposób w byłych krajach komunistycznych powstawały dwa wielkie, antagonistyczne obozy. Równocześnie stare demokracje podążały bardzo podobną drogą.
W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych strach przed światem zewnętrznym oraz nostalgię za idealizowaną przeszłością wywołał spadek zatrudnienia w przemyśle (ze względu na konkurencję krajów o niskich kosztach produkcji), ograniczenie zakresu usług publicznych oraz wzrost imigracji. Dodatkowym czynnikiem był niepokój mężczyzn wytrąconych z równowagi zmianą społecznej pozycji kobiet. Właśnie w ten sposób nieliberalna demokracja Viktora Orbána stała się awangardą reakcyjnej międzynarodówki łączącej Biały Dom z Kremlem.
Na Węgrzech skala korupcji i nadużycia władzy ostatecznie doprowadziły skrajną prawicę do klęski. Umacnia się ona jednak w Niemczech, coraz mocniej zakorzenia się też we Francji, Wielkiej Brytanii i Austrii. Istnieje ryzyko, że wrośnie w Europę na dobre, a demokraci nie będą w stanie jej powstrzymać. No chyba że spełnione zostaną dwa warunki.
Pierwszy: zdefiniowanie nowej obietnicy awansu społecznego, którą od końca wojny aż do lat 80. dawała ludziom demokracja. Wolny świat oznaczał wówczas nie tylko wolność osobistą, lecz także ciągły rozrost klas średnich i poprawę poziomu ich życia.
Dopóki wolność znów nie stanie się synonimem postępu i sprawiedliwości, uświęcone w konstytucji amerykańskiej prawo do „dążenia do szczęścia” pozostanie potężnym, choć zupełnie fikcyjnym atutem w rękach nowych ugrupowań skrajnej prawicy.
Gra będzie długa. Zwycięstwo nie jest przesądzone, a demokraci go nie odniosą, jeśli centryści i socjaldemokraci nie zjednoczą się w walce o wolność i sprawiedliwość. To właśnie drugi warunek, który trzeba spełnić, aby zatriumfować nad reakcyjną międzynarodówką.