Powrót do Świata Nart
Za kilka dni będę miał okazję wrócić na stoki tyrolskiego obszaru Wilder Kaiser Brixental, znanego też pod promocyjnie szumną nazwą SkiWelt. Ostatni raz byłem tam równe dziesięć lat temu. Będzie więc stosowna okazja do porównania, co się w Świecie Nart zmieniło przez dekadę.
SkiWelt to grupa wzgórz położonych między poszarpanymi turniami wapiennego pasma Wilder Kaiser (na północy) a doliną Brixen (na południu) we wschodniej części Tyrolu (niedaleko znanej autostrady Monachium-Innsbruck – ze stolicy Bawarii jest do SkiWelt niewiele ponad 120 km, czyli godzina jazdy).

Gospodarze chwalili się, że dzięki swoim 280 km (!) przygotowywanych tras są „największym łączonym obszarem narciarskim” austriackich Alp, a równocześnie jednym z największych na kontynencie.
Zimą 2015/2016 roku szczycili się również nowoczesną infrastrukturą. Jako dowód podawali fakt, że choć trasy wytyczone są na stosunkowo niewielkiej, jak na Alpy, wysokości (najwyższy punkt, czyli Hohe Salve leży na 1829 m n.p.m.), to aż 250 km z nich (czyli ponad 90 proc.) może być dośnieżonych armatkami i lancami najnowszej generacji.
Przyznawali równocześnie, że tak naprawdę w rejonie Alp Kützbuhelskich (bo SkiWelt jest – wespół ze słynnym Kützbuhel – ich częścią) o dobre warunki najlepiej dba sama natura.

Region słynął, po pierwsze, z częstych i sporych opadów. Tamtejsze masywy górskie stanowią tzw. północno-zachodnią barierę Alp i są rodzajem naturalnej zapory dla krążących chmur, co sprzyjało kumulacji opadów. Wymowne było choćby, że od 1993 meteorolodzy notowali na obszarze Kitzbüheler Alpen wyraźne… oziębienie klimatu, dzięki czemu roczna średnia opadów (powyżej 2,5 w dolinach i ponad 8 m w wyższych partiach gór) utrzymywała się w okolicy na niezmienionym poziomie od… pół wieku.
Pod drugie, podłożem większości tamtejszych stoków jest miękka trawa, nie zaś, jak gdzie indziej, skały. Ułatwia to przygotowanie tras – by po takim podłożu dało się jeździć, wystarczy ok. 20 cm ubitego śniegu. A przy sprzyjającej temperaturze i wilgotności można pokryć od zera wystarczającą warstwą sztucznego śniegu około 120 km nartostrad w ciągu dwóch-trzech dni. Co też ważne: już dekadę temu do produkcji śniegu używana była woda o jakości… pitnej – bez żadnych chemicznych dodatków.

Wtedy obszar obsługiwało 90 kolejek – w tym 15 gondoli i 36 krzesełek. Wyróżniała się wśród nich nawet nie Hartkaiserbahn, jedna z najnowocześniejszych wówczas gondoli w Alpach (wygodna dzięki długiemu peronowi, Wi-Fi itp.), lecz „najszybsze ośmioosobowe krzesełko na świecie” Jochbahn poruszające się z prędkością 6 m/s. Powodem do dumy było również 20 wyciągów z ułatwieniami przy wsiadaniu i wysiadaniu oraz z zabezpieczeniami przed wypadnięciem dzieci.

W swojej strategii SkiWelt stawiało bowiem na wygodę gości, wśród których główną rolę odgrywały właśnie rodziny z dziećmi. Pomysłów na to gospodarze mieli co niemiara. Atrakcją były choćby nocne narty na liczących aż 10 km (w Austrii był to wówczas największy taki obszar) oświetlanych trasach w Söll (był tam i nocny tor saneczkowy długości 7,5 km). Dzieci miały do dyspozycji także liczne place narciarskich zabaw. Jedno z nich – ze szkółką i restauracją – zasadnie zwane jest Hartkaiser Adventure Eldorado, z kolei Hexenwiese było za darmo. Osobną jakością stanowiła osada Apleniglu, składająca się z… osiemnastu igloo (można w nich było nocować – i nie kosztowało to więcej niż pokój w dolinie).

Posiłki oferowało ponad 70 górskich barów i restauracji – z cenami, co istotne, zwykle nieco niższymi niż w większości innych tyrolskich kurortów.
Co też ważne: około 80 proc. narciarzy jeżdżących po stokach SkiWelt stanowili początkujący lub średnio zaawansowani – aż 136 km tras oznaczono na „niebiesko” (a zatem zakwalifikowano jako łatwe). Reszta jednak – a więc 144 km! – miało status trudnych bądź bardzo trudnych (wszelako zwykle przewidziano na nich warianty „ratunkowe” w postaci objazdów dla mniej wprawnych).
Większość tras poprowadzono po halach lub szerokimi przecinkami i tylko przy dojazdach do doliny robiło się węziej. Były też możliwości dość bezpiecznej – i łatwej – jazdy w terenie.
Niezależnie zaś od którego, z której stacji obszaru się startowało – z Söll, z Scheffau, z Ellmau czy z Going (bo kwatery dla gości znajdowały się, co też charakterystyczne, w kilku okolicznych wioskach i osadach, obszar nie miał więc, jak to się zdarza gdzie indziej, jednego, i często zatłoczonego, centrum) – zawsze na horyzoncie pojawiają się kolejne kuszące wzniesienia. Nawet więc otrzaskani z górami mogą się pogubić. Miejscowi radzili, by się nie przejmować, bo zawsze w końcu da się zjechać do doliny (i wrócić do miejsca noclegu skibusem). Ale na wszelki wypadek miała zostać uruchomiona specjalna aplikacja na komórki i inne e-urządzenia (w tym specjalne gogle zaopatrzone w miniwyświetlacz), identyfikująca położenie narciarza i wskazująca najlepszą trasę do wskazanego celu (oraz okoliczne restauracje i inne atrakcje). Na pewno warto sprawdzić, czy zamysł się powiódł i rzeczywiście sprawdza w praktyce.

Jednak kluczowe dziś pytanie tyczące nart w SkiWelt brzmi: czy także tego obszaru wciąż nie dosięgło globalne ocieplenie i pogodowe szaleństwa? Przed dziesięciu laty, zimą 2015/2016 (a konkretnie na początku lutego 2016), sezon też wydawał się zwariowany – jeszcze pod koniec stycznia w okolicy padał deszcz! Lecz kiedy wówczas dotarłem do Brixental, zaczęło sypać wielkimi płatami śniegu i warunki z nagła stały się znakomite. Skosztowałem nawet puchu.
Jak będzie teraz? Zobaczymy (i nie omieszkam zdać relacji).