Co mówiła dzisiejsza Mistrzyni
Jesienią ub. roku rozmawiałem w Krakowie z Zuzą Witych – która dziś może szczycić się tytułem pierwszej w historii mistrzyni świata w narciarstwie freeride’owym (wywalczyła go w Andorze we wtorek 3 lutego podczas firmowanych tym mianem przez Międzynarodowa Federację Narciarską zawodów cyklu Freeide World Tour). Warto przypomnieć słowa Mistrzyni (zapis spotkania – zatytułowany Zuza na mistrzowski freeride – ukazał się ew Ski Magazynie” 2025/2026).
„Jestem dumna i zaszczycona, że udało mi się zakwalifikować na pierwsze, historyczne Mistrzostwa Świata FIS we freeridzie!” – napisała na swoim profilu społecznościowym Zuza Witych, najlepsza rodzima narciarka w jeździe pozatrasowej. „Dzięki wynikom osiągniętym w ostatnich sezonach zostałam oficjalnie zakwalifikowana jako jedna z 16 zawodniczek z całego świata i jedyna osoba z Polski” – doprecyzowała 32-letnia riderka z Łodzi. Freeride stał się oficjalną konkurencją Międzynarodowej Federacji Narciarskiej FIS – w efekcie został zrównany z narciarstwem alpejskim czy skokami. W najbliższym sezonie odbędą się więc pierwsze Mistrzostwa Świata FIS w tej dyscyplinie. Do tej pory za kluczowe zawody uchodził cykl Freeride World Tour, w którym Zuza startuje z powodzeniem od 2020 r. Już rok później w ogólnej klasyfikacji Freeride World Tour 2021/2022 zajęła zaszczytne trzecie miejsce. Sukces powtórzyła w sezonie 2023/2024. Minionej zimy szło jej równie dobrze: w styczniu była trzecia w katalońskiej Baqueira Beret i pierwsza w gruzińskim Tetnuldi. Niestety, w przedostatnich zawodach cyklu, rozgrywanych w tyrolskim Fieberbrunn, doznała skomplikowanej kontuzji kolana.

*
Krzysztof Burnetko: Tej zimy w Andorze odbędą się pierwsze w historii mistrzostwa świata w narciarstwie freeride’owym firmowane przez FIS. Weźmiesz w nich udział, więc wiesz już pewnie, jakie będą reguły ich rozgrywania. Czym będą się różnić freeride’owe mistrzostwa świata FIS od zawodów kultowego cyklu Freeride World Tour?
Zuza Witych: To będzie dokładnie taka sama formuła, jaka obowiązuje w zawodach Freeride World Tour. Jedynym dylematem było to, czy będą dwa przejazdy czy tylko jeden – jak jest we FWT. Natomiast system sędziowania jest dokładnie taki sam. Kryteria oceniania przejazdów również są takie same, jak w FWT. Sędziowie będą więc zwracać uwagę na stopień trudności wybranej przez zawodnika linii zjazdu, jego kontrolę nad jazdą, płynność przejazdu oraz poziom zaawansowania i sposób wykonania ewolucji w powietrzu.
Lista startowa też jest już znana – jest na niej 24 panów i 16 pań. Są na niej riderzy startujący we FWT plus dodatkowe osoby, które się zakwalifikowały z poszczególnych państw albo z kwot kontynentalnych, a wreszcie z tak zwanych dzikich kart. Lista startowa też jest już znana – jest na niej 24 panów i 16 pań.
Czy startuje się pod flagą narodową, czy w innej formule?
Pod flagą narodową. Oczywiście, ze względu na naturę tej konkurencji nie ma drużyn, każdy reprezentuje siebie, swoje nazwisko. Ale też swój kraj. To dodatkowa motywacja.

Ale mistrzostwa świata są elementem Freeride World Touru czy osobną inicjatywą?
Pod tym względem jest analogicznie jak w narciarstwie alpejskim, gdzie corocznie rozgrywany jest Puchar Świata, a co dwa lata odbywają się dodatkowo mistrzostwa świata – jako osobna impreza. Ktoś może wygrać zarówno kwalifikację Pucharu Świata, jak i zdobyć medal na mistrzostwach. Ale mogą być także różni zwycięzcy.
Do tej pory jednak to Freeride World Tour uchodził w środowisku za najważniejszy sprawdzian klasy riderów. Czy teraz między FWT a mistrzostwami FIS nie zacznie się konflikt o prymat i prestiż?
Absolutnie nie. Choćby dlatego, że mistrzostwa wespół z FIS współorganizuje od początku ekipa FWT. Dość powiedzieć, że negocjacje między obu trwały dobre kilka lat. Twórcom Freeride World Touru zależało na tym, że jeśli FIS miałby objąć patronatem mistrzostwa świata w tej dyscyplinie, to powinny one odbywać się wedle sprawdzonych już właśnie podczas wielu edycji FWT. Chodziło choćby o wypracowane przez lata zasady oceniania. Sprawę konsultowano też, co ważne, za zawodnikami. Inicjatywa została zatem przeprowadzona naprawdę fair.

Riderzy słyną z niezależności i, by tak rzec, niechęci do ram instytucjonalnych. Czy wszyscy spośród liczących się w środowisku ludzi zaakceptowali pomysł zawodów podległych jednak i firmowanych przez organizację o rozmaicie jednak ocenianej reputacji? Innymi słowy: czy nie czekają nas protesty, bunty i skandale?
Oczywiście były głosy sceptyczne. Wynikały głównie z obaw, żeby freeride nie stracił swojej specyfiki i atmosfery. Powoływano się zwłaszcza na przykład freestyle’u, który ostatnio, choćby po wejściu do struktur olimpijskich, zagubił nieco swojego ducha. Właśnie w odpowiedzi na takie wątpliwości inicjatorzy przedsięwzięcia organizowali rozmaite dyskusje i spotkania z zawodnikami, podczas których nie tylko przedstawiali pomysł, ale też zapewniali, że im też zależy na utrzymaniu freride’owej tradycji i stylu. Równocześnie przekonywali, że mistrzostwa to sposób na popularyzację dyscypliny i jej rozwój. Bo dzięki nim więcej ludzi obejrzy freeride, ba – w ogóle się o nim dowie. Łatwiej też będzie zdobyć pieniądze i innego rodzaju wsparcie – choćby przez to, że dyscyplina może znaleźć się w sferze zainteresowań kolejnych krajowych związków narciarskich. Wielkich protestów więc raczej nie będzie. Po prostu: rusza pociąg, do którego trzeba wskoczyć i wykorzystać jego możliwości, a nie obrażać się na nowe szanse.
A czy Polski Związek Narciarski był zaskoczony, że nagle w narciarskim kalendarzu znajdą się nowe mistrzostwa świata? Podczas naszej ostatniej rozmowy przez minionym sezonem wspominałaś, że chcesz rozmawiać z władzami PZN o stworzeniu systemu szkolenia dla młodych freeriderów.
Faktycznie, już od dłuższego czasu rozmawiam z PZN, związek też chyba wie coś o moich startach w FWT i sukcesach. Sprawa nowych mistrzostw była też od kilku lat omawiana na kongresach FIS. Dlatego nie mogły być one dla nikogo z działaczy niespodzianką. Dla PZN ważnym momentem mogło być to, że zostałam zakwalifikowana na te mistrzostwa – i związek został o tym oficjalnie poinformowany przez FIS. Co więcej, w związku z tym także PZN dostał zaproszenie dla swoich działaczy na tę imprezę. Wszystko to zobligowało niejako związek, by zacząć traktować nas troszkę poważniej. Okazało się, że mają zawodniczkę, która zdobywa miejsca na podium we Freeride World Tour, czyli rodzaju Pucharu Świata, a potem dostaje się na mistrzostwa świata.
A na dodatek, co nie jest pewnie bez znaczenia, nie musieli dotąd w nią inwestować! Muszę przyznać, że w PZN znalazły się osoby, które w ogromnym stopniu nam pomogły i wstawiły się za nami, dzięki moim wynikom i ich dobrym chęcią, mamy pierwszą w historii kadrę Polski, dodatkowo przyznano nam dofinansowanie, które w znacznym stopniu pomoże w przygotowaniach do nadchodzącego sezonu. W podziękowaniu za takie wsparcie mam nadzieję „zarobić” na konto PZN możliwie najlepsze wyniki w nadchodzącym sezonie.
Jak się przygotowywałaś do tego sezonu? Będzie on dla Ciebie szczególny także dlatego, że pod koniec minionej zimy miałaś fatalny upadek podczas przedostatnich zawodów FWT sezonu 2024/25 w tyrolskim Fieberbrunn. Kontuzja wyglądała na poważną. Jaka była ostateczna diagnoza?
Zerwane więzadło krzyżowe przednie, zerwane prawie całe więzadło poboczne wewnętrzne i uszkodzone obydwie łąkotki. Tak że było tego sporo… Dosyć duże kombo. Ale trafiłam w najlepsze ręce – naprawiał mi to doktor Piotr Zagórski, który sam też jest narciarzem, więc świetnie ten sport rozumie.
Wybrałaś na operację Polskę, a nie Szwajcarię, gdzie mieszkałaś?
Tak, operowałam się w Katowicach. Dr Zagórski specjalizuje się w kolanach, często operuje narciarzy i piłkarzy. Zrobił mi to naprawdę świetnie.
Opowiedz coś o tym okresie pokontuzyjnym.
Wiadomo było, że stało się pechowo. Ale też miałam od razu takie podejście, że to się nie odstanie i teraz trzeba całą energię i siłę włożyć w powrót do zdrowia. Od razu założyłam, że na pewno wracam do nart. Nie, że może spróbuję wrócić, ale że wracam. I że mam na to wystarczająco dużo czasu oraz dużą dawkę motywacji. Choć wiedziałam, że będzie to wymagało mnóstwo pracy. I staram się tego trzymać.
Akurat jestem po kolejnych testach motorycznych. Dość złożonych, a więc wymiernych – i mam same dobre informacje. Otóż porównuje się różnym specjalistycznym sprzętem głównie jedną nogę do drugiej. Siłę, wytrzymałość, skoczność, szybkość – tych parametrów jest dużo. Okazuje się, że wszystko udało mi się fajnie wyprowadzić. Jeszcze trochę brakuje tylko mi do wyrównania pełnej siły w mięśniu czworogłowym, ale cała reszta działa dobrze. Bada się też obciążenie przy różnego rodzaju ruchach – czy ono jest symetryczne, bo to jest bardzo ważne. Tu też wszystko zostało sprawdzone i świetnie działa. Tak że nie powinno być problemu z tym powrotem.
A stałaś już na nartach po tym upadku? I czy nie obawiasz się, że kontuzja wpłynie jakoś na twój styl jazdy, na psychikę, wybór taktyki, planowanie trasy.
Byłam już w tym sezonie na dwóch wyjazdach – mam zaliczone osiem dni na nartach, a jest dopiero początek listopada!
A ile czasu minęło od bum w Fieberbrunn do pierwszego Twojego teraz zjazdu?
Pierwszy raz pojechałam na śnieg sześć i pół miesiąca po operacji. Wiadomo, była duża niepewność. Nie wiedziałam, jak na to zareagują i noga, i głowa. Ale przejechałam jakieś 50 metrów i poczułam znowu te narty. Już docisnęłam, wiesz, raz, drugi mocniej… I myślę, kurcze, wszystko działa, nic nie boli, czuję, że mięsień się aktywuje i włącza. I mogłam naprawdę swobodnie dosyć i mocno jeździć na stoku. Myślałam, że będę się tam gdzieś zsuwać delikatnie, a dałam radę pojechać fajnym, ciętym skrętem, bez żadnego problemu.
Czyli głowa też puściła? W tym sensie, że nie masz żadnych oporów?
Puściła od razu – i to do dość sporych prędkości. Jasne, to nie jest jeszcze pełne 100 procent. Czuję trochę mniej siły w tej nodze i nad tym muszę popracować. Ale na to jeszcze jest czas. Plan rehabilitacji to przewidywał – że trzeba pracować nad mobilnością, szybkością i cały czas budować tę siłę. Wiedziałam, że to po prostu musi potrwać, ale na ten etap jest naprawdę super. Tak że jestem bardzo zadowolona i sama siebie zaskoczyłam jak i kolano, i głowa mi puściły. Potem byłam drugi raz i nawet udało mi się wyjechać poza trasę. I także na różnych nierównościach przy wyższych prędkościach wszystko działało. Nic mnie specjalnie nie blokowało. Wiadomo, wciąż muszę uważać, bo proces odbudowy tkanek trwa, więc fizjoterapeuta powtarza, żebym nie przesadziła. Słucham się, ale gdyby to zależało tylko ode mnie, to mogłabym już dużo robić.
Więc się cieszę, że to tak wygląda.
Czy tej zimy nadal będziesz jeździć na polskich nartach Majesty?
Tak. Właśnie testowałam nowy model, który wychodzi na ten sezon. W zeszłym sezonie były jego prototypy, a w tym pojawia się oficjalnie. Mieli bardzo fajną nartę freeride’ową z tym, że dość szeroką, bo 118 mm. Teraz zrobili wersję tej samej narty w szerokości 108 mm, czyli bardziej uniwersalnej. Są ponadto różnice w długościach tej linii, więc próbuję, czy tym razem nie będzie bardziej mi odpowiadać dłuższa. Pierwsze wrażenia są bardzo fajne. Jeszcze tylko mi brakuje dnia, w którym by było troszkę więcej śniegu. Wtedy warto by było w tym samym terenie sprawdzić jednak kilka szerokości i długości, bo dopiero takie porównanie pozwala na ostateczną ocenę i wybór – także pod kątem zawodów. Po prostu muszę zrobić takie klasyczne testy.

A kto jeszcze, poza Majesty, jest teraz twoim sponsorem i partnerem sprzętowym?
Scott – bo to oficjalnym partner Freeride World Tour, jeśli chodzi o gogle, kaski i plecaki lawinowe. Co do wiązań, to przedłużyłam kontrakt z Tyrolią, bo świetnie się nam współpracuje. A z Viking, drugą – obok Majesty – polską firmą, robimy rękawiczki i bieliznę termiczną. Mogę uchylić rąbka tajemnicy, że latem opracowaliśmy razem taki promodel skórzanej rękawiczki freeride’owej. Jestem z tego dumna, bo ma kilka moich patentów, które przez lata mi się sprawdziły i wiem, że są ważne. Chodziło też o to, żeby nie przesadzić z grubością. Żeby były ciepłe, ale też żeby można było w nich otworzyć plecak, czy działać z detektorem. A i by nie pociły się w nich ręce przy podchodzeniu. Poza walorem użyteczności w trudniejszych warunkach, są również w moim guście i stylu estetycznym.
Współpracuję ponadto ze szwedzką firmą Montec, która zaopatruje mnie w ciuchy, z Suunto (zegarki), oraz kolejną polską firmą – NikaLab, która dostarcza mi najwyższej jakości suplementy.

A czy od kiedy zakwalifikowałaś się na mistrzostwa PZN zaczął już jakoś wymiernie wspierać rodzimych freeriderów?
Jak wspomniałam, pod koniec września została powołana pierwsza Kadra Polski Freeride Senior. Otrzymaliśmy również środki finansowe, które wspierają nas w pokryciu kosztów związanych z wyjazdami treningowymi (zakwaterowanie, karnety). Na razie mowa jest nie o puli samego PZN-u czy jego sponsorów, ale ministerstwa sportu. Prace w każdym razie trwają. Co najważniejsze, jest kilka osób, które bardzo nam pomogły – między innymi Martyna Mital, odpowiadająca w związku za kadry narodowe oraz sekretarz PZN Tomasz Grzywacz.
Jako że obowiązuje rozliczenie roczne, więc te środki są do końca grudnia 2025 roku. Na rok 2026 trzeba kolejnej decyzji.
Podpatrywałaś już potencjalnych kadrowiczów? Są jakieś nadzieje?
W tym momencie w kadrze są trzy osoby. W tym dwie zaproponowane przeze mnie, które już startują w zawodach i mają obiecujące wyniki. To Michał Dendys na nartach i Gosia Śniegórska na snowboardzie. Jesteśmy też dla siebie sparingpartnerami, bo ten sport ciężko trenować indywidualnie, choćby ze względów bezpieczeństwa. Choć też nie wymaga on tak wielkich ekip, jak narciarstwo alpejskie. Jeździmy w takim składzie i na razie to wystarcza.
Ale na przystanki FWT jeździsz wciąż za swoje pieniądze? PZN się nie dokłada?
Na razie tak, jak będzie w 2026 roku jeszcze nie wiem, bo nie znamy jeszcze budżetu na 2026 rok. We FWT mechanizm jest taki, że organizatorzy pokrywają część kosztów na miejscu kolejnych zawodów, ale my musimy się tam dostać we własnym zakresie, czyli sięgając do własnej kieszeni…
Kraków, 9 listopada 2025