Dzieci z dala od latarni

US Department of Defense, w domenie publicznej

Stary dowcip opowiada o mężczyźnie pochylającym się pod latarnią.

– Czego pan szuka? – Pyta przechodzień.

– Mojego portfela. – Pada odpowiedź. Przechodzień stara się mu pomóc, schyla się, ale portfela nie widać.

– A na pewno tu pan zgubił? – Pyta.

– Nie, po drugiej stronie ulicy.

– To dlaczego pan szuka tutaj?

– Bo tu jest jaśniej.

Absurd? Tak właśnie wygląda wdrażany w zachodnim świecie z krajami anglojęzycznymi na czele model ochrony dzieci. A przynajmniej tak wynika z książki amerykańskiego psychologa Jonathana Haidta “Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa wywołało epidemię chorób psychicznych”. (Gwoli ścisłości użyty w tytule zwrot jest niepoprawny, w książce nie chodzi o prawie niespotykane w populacji rozwojowej choroby, ale o zaburzenia psychiczne). 

Amerykański psycholog społeczny, znany z kontrowersyjnych badań nad ludzką moralnością, wywodzi w niej drastyczne pogorszenie stanu zdrowia psychicznego młodzieży z kontrastu pomiędzy dwoma sprzecznymi tendencjami w wychowywaniu dzieci w krajach anglosaskich, ale też i w całej kulturze Zachodu: przesadną troską w świecie realnym i całkowitą swobodą w świecie wirtualnym.

Badacz opisuje absurdalne wręcz ograniczanie wolności młodego pokolenia w realnym świecie: odwożenie, podwożenie do szkoły i ze szkoły, masę kontrolowanych przez dorosłych zajęć pozalekcyjnych, place zabaw z zakazem zabawy bez nadzoru dorosłego… Wskazuje na podawany przez dorosłych Amerykanów wiek, w którym dziecko może samemu bawić się w ogródku przed domem, gdy rodzic jest w środku, zostać samemu w domu przez krótki czas i bez nadzoru rodziców iść do parku: odpowiednio 10, 12 i 14 lat. Podaje przykłady rodziców z jednej strony jadących na wszelki wypadek za autokarem wiozącym szkolną wycieczkę, z drugiej skazanych przez sąd za krótkotrwałe pozostawienie bez opieki dziecka w wieku 9 lat z powodu konieczności udania się do pracy. 

Skutki autor obserwuje także wśród własnych studentów, nieustannie reagujących lękiem na uczelni, bojących się nawiązywać relacje społeczne i notorycznie narzekających, że przerabiany na zajęciach materiał wywołuje u nich negatywne emocje, z którymi nie potrafią sobie poradzić. 

Haidt z rozrzewnieniem wspomina natomiast stare czasy, kiedy dzieci bawiły się razem na dworze, same rozwiązywały swe problemy, a do domu wracały nieraz z niegroźnymi siniakami. Dzisiaj byłoby to w większości znanych mu środowisk nie do pomyślenia: dzieci i młodzieży pilnuje się wszędzie, począwszy od przekroczenia progu domu. Wszędzie poza własną sypialnią. 

Cóż może grozić dziecku w jego własnym pokoju? W zasadzie nic… Chyba że… Że dziecko miałoby jakimś cudem nieograniczony dostęp do całego świata z wszystkimi jego zagrożeniami, nie wychodząc z łóżka… Tak, tak właśnie działa Internet. 

Ile osób dziecko spotka w drodze do położonej kilka przecznic dalej szkoły? Z iloma porozmawia? A z iloma ma kontakt na Facebooku, ile widzi jego zdjęcia na Snapchacie i Instagramie, ile komentuje na TikToku, odpowiada na Discordzie, ile… ? 

Trudno nie zauważyć przesady w utyskiwaniu autora na nadmierne bezpieczeństwo (tak, profesorze Haidt, zabawa musi zawierać pewien element nowości i ryzyka, ale ja akurat redukcję liczby urazów dzieci wartościuję pozytywnie), chociaż po wysłuchaniu dziesięciu opowieści streszczanych popularnym memem “było nas jedenastu, mieszkaliśmy w jeziorze” miłą odmianą jest ktoś wspominający dobrze dawne czasy.  Niemniej jeszcze trudniej nie zgodzić się z drugą częścią rozumowania Haidta – o zagrożeniach płynących z sieci. 

Czy zastanawialiście się Państwo, czy Wasze dzieci miały w Internecie kontakt z przemocą, pornografią, rasizmem? Nie ma się co zastanawiać: jeśli nie żyją w pustelni, na pewno miały. Czy spotkały się z brainrotami, patostreamami, hatem? Tak, spotkały się. Na telefonach własnych bądź (super, że ustawiliście im zabezpieczenia) swych kolegów (których rodzice żadnych blokad nie ustawili). Przecież grają tylko w Robloxa? Roblox to nie gra, tylko platforma do tworzenia gier, które mogą być bardzo zróżnicowane pod względem wymagań wiekowych.

Haidt opisuje m.in. historię nastolatki, u której w wyniku używania Internetu rozwinęły się istotne problemy psychiczne. Gdzie była wtedy matka? – Zastanawia się dziewczyna. – W kuchni, czuwając, by przygotowany przez nią dla córki posiłek zawierał odpowiednią liczbę warzyw.

Z książki wynika, że rzeczywiście staramy się zapewnić dzieciom bezpieczeństwo pod latarnią. W starym, dobrze nam znanym świecie realnego życia, w którym rzeczywiście potrafimy zapewnić im bezpieczeństwo. Tylko że dzieci tam nie ma. Dzieci i młodzież wypisują się z tego świata, pochłonięte wirtualną rzeczywistością Internetu i mediów społecznościowych. To tam czyha na nie większość zagrożeń. To tam zaznają przemocy psychicznej i seksualnej. Tam czatują naciągacze i pedofile. Tam drobny błąd czy niewinny żart skutkuje wyśmianiem przez dziesiątki (a niekiedy setki, tysiące) osób. Tam życie polega na ciągłej ocenie, porównywaniu się z innymi, niedościgłej gonitwie o popularność wyrażaną liczbą laików, shareów, followersów. 

Czy rozumiecie Państwo te słowa? Dziś musi znać je każdy rodzic, nauczyciel, opiekun… (W przypadku brainrotów i patostreamów doradzam nie przesadzić z kształceniem własnym). Inaczej w dalszym ciągu będziemy udawać, że dbamy o bezpieczeństwo dzieci. Świat debatuje o ograniczeniu mediów społecznościowych i rozsądne rozwiązania wymagają wiedzy. Inaczej dalej będziemy zapewniać bezpieczeństwo pod latarnią, podczas gdy dzieci błądzą w ciemności

Marcin Nowak

P.S.

Osoby zainteresowane tematyką mózgu i zdrowia psychicznego informuję, że w tym tygodniu w Łodzi odbędzie się Światowy Tydzień Mózgu (wstęp bezpłatny).

Reklama