Fykologia polityczna

Minęły czwartolipcowe obchody ćwierćtysiąclecia Stanów Zjednoczonych. Zdaje się, że nie były aż tak dużym sukcesem, jak zakładali organizatorzy, ale mniejsza z tym. Miały one natomiast swój, może nieduży, ale dla mnie interesujący hydrobiologiczny detal.

Nie jest tajemnicą, że Donald Trump uważa się za jednego z najlepszych prezydentów w historii USA. Jego poplecznicy starają się to podkreślić umieszczając jego podobizny na paszportach, monetach i banknotach. Lotnisko w Palm Beach już przyjęło jego imię. Chce po sobie pozostawić też bardziej trwałe i namacalne ślady w stolicy, jak przebudowane na nową salę balową skrzydło Białego Domu czy Łuk Triumfalny. Politycy Demokratów bez ogródek określają je jako projekty próżności Trumpa. Jak można się domyślić, wśród konserwatorów zabytków takie projekty są co najmniej kontrowersyjne. Wszystko jednak da się podciągnąć pod kwestie bezpieczeństwa narodowego, które ma pierwszeństwo przed uwagami konserwatorów dziedzictwa kulturowego.

Przyrodniczego zresztą też. Wycofano niejedną formę ochrony przyrody. Poluzowano wymagania co do zanieczyszczania wody i powietrza. Na wszelki wypadek zmniejszono zatrudnienie w instytucjach odpowiedzialnych za ochronę środowiska, a także jego badania – od meteorologii po ekologię. Powymieniano też rady naukowe. To zresztą nie jest zupełna nowość, ale skala, z jaką się to dzieje jest przez niektórych tłumaczona jako chęć przekonania społeczeństwa, że nie istnieje konsensus naukowy i każde ustalenia naukowców są zależne od polityków.

W tej sytuacji modernizacja jednego z waszyngtońskich stawów mogła się wydawać błahostką. Dobra, to nie byle jaki staw. Lincoln Memorial Reflecting Pool (polska komisja standaryzacji nazw geograficznych nie nadała mu egzonimu, ale można by go nazwać Stawem Lustrzanym Mauzoleum Lincolna) zgodnie z nazwą służy do generowania efektownego odbicia Mauzoleum Lincolna, przynajmniej, gdy stoi się na jego wschodnim brzegu. Gdy stoi się pod samym mauzoleum, w wodzie odbija się obelisk będący pomnikiem Waszyngtona. W pobliżu są różne rządowe pałace, a skwer nad stawem był świadkiem niejednego ważnego wydarzenia.

Rzecz w tym, że stojąca woda w betonowym basenie to idealne miejsce do rozwoju glonów. Lustro wody (w znaczeniu hydrologicznym) ma być lustrem w znaczeniu potocznym, więc nie może być zacienione. Brzegi nie mogą być porośnięte szuwarem, który by zużywał azot i fosfor. Co się stanie z takim zbiornikiem, pisałem w jednym ze swoich pierwszych wpisów. Jednocześnie nie można takiego miejsca potraktować chlorem (oczywiście do dezynfekcji nie używa się gazowego chloru, tylko związków tego pierwiastka), jakby był to basen z często wymienianą wodą. Zakwity co jakiś czas się pojawiały, sprawiając kłopot federalnym służbom (jakiś czas temu zarządzający uznali, że nadzór nad nim dostanie administracja parków narodowych).

Ostatni remont stawu przeprowadzono w czasach Obamy. Na zakwity zbytnio to nie pomogło. Trump jednak uznał, że skoro może wszystko swoimi ukazami, to może też zlikwidować zakwit. Zlecił kolejny remont. Ponieważ lubi swoje posunięcia ogłaszać w mediach społecznościowych, zwłaszcza na Truth Social, tam umieścił informację, że długość Stawu Lincolna jest podobna do wysokości drapaczy chmur. Zapewne miało to oznaczać, że jego remont to nie byle co. No i rzeczywiście – koszty z planowanych niecałych dwóch milionów dolarów wzrosły wkrótce mniej więcej dziesięciokrotnie. (Trzeba przyznać, że remont Obamy był droższy). Nie mam na to oparcia w badaniach, ale jestem przekonany, że wśród zwolenników Trumpa istnieje większe przekonanie niż wśród zwolenników Obamy, że niezwiązany procedurami przetargowymi wybór wykonawcy robót, jest zawsze lepszy, bo przecież rozsądny inwestor wybierze racjonalniej niż jakaś komisja związana jakimiś procedurami. Firmy wybrane do remontu stawu wybrano bez przetargu. Trump miał zachwalać jedną z nich, jako że miała mu dwadzieścia lat temu robić prywatny basen i do dziś wszystko działa. Później się tego wyparł, twierdząc, że wyboru dokonali urzędnicy, ale nie uprzedzajmy faktów.

Żeby było jasne, że remont zlecony przez Trumpa jest świetny i jest naprawą czegoś zepsutego przez Demokratów, Trump w swoim ulubionym medium przedstawił zestawienie zdjęć stawu. Pierwsze przedstawiało brudną wodę i ponure otoczenie, drugie wodę czystą i otoczenie w świetlistych barwach. Drugie podpisano Trump, pierwsze Hussein Obama. Husein to drugie imię byłego prezydenta, a, wybierając je, Trump zasugerował, że Obama nie jest prawdziwym Amerykaninem, tylko jakimś Arabem. Zestawienie zdjęć było zrobione ładnie. Kadrowanie idealnie się zgadzało, żeby było dokładnie widać różnice. Rzecz w tym, że zgadzało się też wszystko inne, czyli układ chmur nad pomnikiem i kaczek na tafli. Nie trzeba być wyrafinowanym grafikiem, żeby rozpoznać, że to to samo zdjęcie poddane retuszowi. A nawet nie tyle retuszowi, który wymagałby jakiejś umiejętności graficznej, a filtrowaniu i wykadrowaniu osób z lewego dolnego rogu. Oryginalne zdjęcie do repozytorium Wikimedia Commons (skąd trafiło do Wikipedii) wrzucił niezbyt aktywny autor Dtcdthingy~commonswiki w kwietniu 2005 roku, a więc za prezydentury George’a W. Busha.

Swoją drogą, przykład tego prezydenta, który dla odróżnienia od noszącego to samo imię ojca był nazywany „W”, pokazuje, że niechęć amerykańskich prezydentów i ich zaplecza nie jest nowością. Z racji roli litery „w”, ustępujący pracownicy Białego Domu pousuwali ją z części służbowych klawiatur. W Polsce za to przez wiele lat każde niespełnienie obietnicy wyborczej tłumaczono wszechmocną Dziurą Bauca.

Remont dotyczył m.in. hydrauliki, ale to coś, czego nie widać. Trzeba było czegoś spektakularnego, więc nie ograniczono się do spraw technicznych, ale przy okazji pomalowano dno basenu na niebiesko. Nie wiem, czy decydentom wydawało się, że dzięki temu woda będzie wyglądała na błękitniejszą, więc czyściejszą, ale ewidentnie zmieniło to charakter surowego, neoklasycystycznego wyglądu stawu. Tak naprawdę nie wiem, jak to wpływa na optykę samego odbicia obrazu. Firma malująca nie ukrywała swoich inspiracji bahamskimi kurortami, ale Trump uznał najwyraźniej, że lepiej zabrzmi, określenie „błękit narodowej flagi”. Oczywiście weksylolodzy wytknęli, że to nie ma nic wspólnego z odcieniem z amerykańskiej flagi, ale kogo by to obeszło.

W każdym razie, basen pomalowano, wodę napuszczono i sprawa by ucichła, gdyby nie to, że niemal od razu woda zakwitła na zielono. Specjaliści od utrzymania basenów mówią, że takie rzeczy się zdarzają, bo świeżo napuszczona woda ma nieustabilizowaną mikrobiologię (jak wspomniałem, w takim miejscu nie stabilizuje się jej, trując wszystko chlorem). Na dodatek ciemnoniebieskie dno łatwiej się nagrzewa, sprzyjając zakwitowi. Sieć zaroiła się od satyrycznych obrazków rozprowadzanych nie tylko przez politycznych oponentów Trumpa, ale i hydrobiologów czy botaników. Biolodzy, ostatnio odsunięci od decydowania o polityce środowiskowej, też poczuli rodzaj satysfakcji, że coś, co znają ze swoich badań od lat, wydarzyło się i tym razem, wbrew przekonaniu Trumpa, że jest wszechwładny i wszystko może nakazać lub kupić. Przypomniano rolę szuwarów i zwierząt planktonowych w ograniczaniu zakwitów. Administracja zaś rozpoczęła zwalczanie zakwitu perhydrolem (nadtlenkiem wodoru). To uznana metoda – w Polsce jest stosowana do zwalczania Prymnesium parvum, choć nie zawsze przynosi rezultaty powalające na kolana, zwłaszcza trwałością. W basenie zresztą ma większą szansę działania niż w rzece.

Fykolodzy zidentyfikowali rodzaj odpowiedzialny za zakwit. Desmodesmus to powszechna zielenica, sam nią karmiłem badane na studiach rozwielitki. Nic niezwykłego w takim zakwicie. Nie jest on toksyczny, ani nawet szczególnie uciążliwy. Co prawda po jakimś czasie pojawiły się doniesienia o martwych kaczkach, ale należy podchodzić do nich z rezerwą. Tak samo było z doniesieniami o martwych ptakach czy bobrach w czasie katastrofy odrzańskiej. Po pierwsze – pojedyncze martwe osobniki zawsze można znaleźć – zwierzęta umierają niekoniecznie z powodu toksycznego zakwitu. Oczywiście, nie można wykluczyć, że z czasem w zakwicie pojawił się jakiś toksyczny gatunek, ale nie ma na to dowodów.

Jednym z powodów tego braku jest blokada stawu. Trump nie przyjął do wiadomości, że przyroda go nie posłuchała i ogłosił, że glony do basenu wpuściła Antifa (na wszelki wypadek wyjaśnię, że antifa to nie jest organizacja, tylko ogólne określenie grup anarchizujących, które powstały w latach 80. w subkulturze punk jako forma samoobrony przed atakującymi ich grupami subkultury skinheadów, która w tym czasie zaczęła stawać się neofaszystowska). Polecam wrzucenie w wyszukiwarkę hasła „antifa algae” – to wspaniała kopalnia satyrycznych obrazków (oraz nielicznych wpisów osób, które najwyraźniej uwierzyły w tę tezę).

Wrócę teraz do firmy malującej dno, której się wyparł Trump. Może jego basen wytrzymał 20 lat, ale w Stawie Lincolna farba zaczęła się łuszczyć już po kilkunastu dniach. Może perhydrol w tym pomógł, a może to zwykła fuszerka. Tu również ogłoszono sabotaż, a osoby, które próbowały się temu przyjrzeć z bliska – aresztowano. Wśród nich znalazł się były reprezentant USA na igrzyskach olimpijskich David Hearn. Staw ogrodzono, wodę wymieniono, a blamaż pozostał. Z jednej strony starła się satyra, czasem podparta wiedzą hydrobiologiczną, z drugiej uruchomiono siły policyjne. I tak to nawet bycie hydrobiologiem może okazać się podejrzane politycznie.

Piotr Panek

fot. Dtcdthingy~commonswiki, licencja CC BY-SA 3.0

Reklama