Mit powołania

Apollo belwederski, zdj. Livioandronico2013, za Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Po uzyskaniu wyników matur studenci jak co roku składają papiery na wymarzone uczelnie, także na kierunki lekarskie. Na jedno miejsce bywa ponad 20 chętnych. Po niedawnej aferze pojawiają się pytania: chodzi o pieniądze czy powołanie? To absurd. Czemu?

Na początku zastanówmy się, czym właściwie jest powołanie. Formalnie używa się go w kontekście powołania do wojska czy też na pewne często wysoko postawione stanowiska. Jeszcze częściej chyba mówi się o powołaniach osób duchowych, o które regularnie modli się choćby Kościół katolicki.

Co łączy te sytuacje? We wszystkich powołanie jest czymś przekazanym z zewnątrz samemu powołanemu. Do wojska powołuje państwo, w poprzednich latach często wbrew woli samych powoływanych. Ministrów powołuje prezydent (przynajmniej tak stanowi Konstytucja, w następnych latach może się okazać, że tak jak sędziów powołuje albo nie powołuje). Kto zaś powołuje księży i zakonnicy? Bóg. Powołanie w teologii stanowi dar Boga (też niekoniecznie zgodny z preferencjami danej osoby, która winna dar ten przyjąć i się podporządkować).

Z którą z powyższych sytuacji powiązać można lekarza czy pielęgniarkę? Wbrew pozorom z tą ostatnią, bo formalnie pełnienie zawodu lekarza nie wymaga powołania (medycy pracują zwykle na podstawie stosunku pracy, kontraktu bądź jednoosobowej działalności gospodarczej).

Wiele osób, zwłaszcza krytycznie nastawionych do działalności Kościoła katolickiego, wyklęłoby mnie za stwierdzenie, że powołania lekarskie czy pielęgniarskie pochodzą od Boga. Napiszę jednak coś, co może (zwłaszcza po ujawnieniu kolejnych afer finansowych) jeszcze bardziej im się nie spodoba: przypisywany medykom boski status jest starszy od chrześcijaństwa.

Bierze się, jak znaczna część naszej tradycji, z kultury klasycznej, ze starożytnej Grecji, gdzie lekarz studiował najpierw filozofię, a dopiero potem brał się za medycynę. Urzędował on często przy świątyni Apollina bądź jego syna Asklepiosa, zwanego później przez Rzymian Eskulapem. Apollo, grecki bóg poezji i wszelakiej sztuki, uzbrojony w łuk był także panem nagłej śmierci, obarczanym winą za epidemie. Ale przypisywano mu też – odwrotnie – sztukę uzdrawiania, którą po ojcu odziedziczył jego syn, spłodzony z nimfą Koronis Aslepios. Ten ostatni doszedł w leczeniu do takiego kunsztu, że potrafił ożywiać zmarłych. Spotkała go za takie podważenie reguł rządzących światem kara ze strony Zeusa, który raził śmiałka piorunem. W odwecie Apollo, nie śmiąc jawnie wystąpić przeciw swemu gromowładnemu ojcu, zabił z łuku produkujących dla władcy nieba pioruny Cyklopów, synów Uranosa i Gai o imionach Arges, Brontes i Steropes.

By nie rozpłynąć się w zachwytach nad leczeniem, Apollo był też patronem artystów i im także przypisywano cześć boską, natchnienie Dziewięciu Muz, córek Zeusa i bogini pamięci Mnemozyny. Największy twórca starożytnej Grecji Homer, niezależnie, czy rzeczywiście istniał, cieszył się kultem jak pomniejszy heros. O Homerze więcej przeczytać można w wydanej ostatnio książce Marka Węcowskiego “Homer na nasze czasy”, wróćmy natomiast do tematu lekarzy.

Przysięga Hippokratesa, na którą powołują się głównie osoby, które w życiu na żadnych zajęciach z etyki nie były, ewentualnie medycy, którzy zasnęli w połowie pierwszego wykładu, poświęconego historii dziedziny, stanowi starożytną modlitwę do wyżej wspominanych greckich bóstw:

Przysięgam na Apollona lekarza, na Asklepiosa, Hygieje, i Panakieje oraz na wszystkich bogów i boginie (…)

Co kiedyś miało brzmieć podniośle, dzisiaj raczej śmieszy. Dalej jest jeszcze gorzej:

Mistrza mego w tej sztuce będę szanował na równi z rodzicami (…)

(…) prawideł, wykładów i całej pozostałej nauki będę udzielał swym synom, synom swego mistrza oraz uczniom, wpisanym i związanym prawem lekarskim, poza tym nikomu innemu.

Sposób życia urządzać będę chorym dla ich dobra, podług sił moich i zdolności (…)

Czyż to nie piękne? Nie, nie w dzisiejszych czasach. To pochwała obdarowanej przez bóstwo zamkniętej kasty z czasów, kiedy ludzi dzielono na tych większej i mniejszej wartości (obywatele, przyjezdni, kobiety i niewolnicy; Spartanie, metojkowie i heloci itd.) A gdzie w tym wszystkim autonomia pacjenta? O jakiej autonomii czy woli pacjenta możemy mówić, gdy nie jest on równorzędnym partnerem w leczeniu, a jedynie przedmiotem oddziaływań boskiego wysłannika?

W dzisiejszym coraz bardziej zlaicyzowanym społeczeństwie lekarz na szczęście nie jest powołanym do leczenia i urządzania podporządkowanemu, bezwolnego pacjentowi życia, ale równorzędnym choremu człowiekiem jak każdy inny, trudno też uzasadniać Bogiem (a nie daj Boże Apollinem) codzienne decyzje w sferze publicznej. Wszyscy podejmujemy wybory, za które potem odpowiadamy. Nie da zgonić winy za złe decyzje na byty nadprzyrodzone. Trudno też kogoś podziwiać albo winić za obecność bądź brak darów od nich. Czy można w takich warunkach w ogóle sensownie mówić o powołaniu lekarskim? Osobiście powątpiewam. W każdym razie etyka medyczna dzisiaj operuje zupełnie innym językiem.

Apollo, centaur Chiron i Asklepios, fresk z I w. n.e., Pompeje, Muzeum Archeologiczne w Neapolu, za Wikimedia Commons w domenie publicznej

Dar powołania wydaje się raczej kolejnym mitem, pielęgnowanym także przez część środowisk medycznych. Zapewniającą społeczeństwu pewne poczucie bezpieczeństwa fantazją, że cała wielka grupa społeczna obrała sobie za cel swego życia ratowanie mojego życia. Piękne, ale nierealne. A drugiej stronie dająca możliwość poupajania się swoją wyimaginowaną wyższością.

Czemu o tym piszę właśnie teraz? Przecież chyba nikt dzisiaj nie uważa lekarzy za nadludzi? Przeciwnie – dochodzi raczej do hejtu, odsądzania od czci i wiary? Istotnie świadomie nikt nie przypisuje lekarzom nadludzkich cech. Jednak przebijające się gdzieś, w dużej mierze także w hejcie, a może głównie w nim, prezentowanych emocjach, utyskiwania zdają się wynikać po części z nierealizowania oczekiwań, które tylko wysłannik niebios mógłby spełnić. Praca za darmo, niezważanie na pieniądze, zwracanie pieniędzy za studia, zostawanie po godzinach, by pomóc wszystkim potrzebującym, przestrzeganie godzin pracy…

Wróćmy do początkowego pytania: powołanie czy pieniądze. To nie jest tak, że po jednej stronie mamy ratowanie ludzkiego zdrowia i życia za darmo, a z drugiej olbrzymie pieniądze za nic. Leczenie bywa wyjątkowo ciężką, odpowiedzialną pracą, oczywiście znacznie cięższą na SOZe niż w prywatnym gabinecie. Jednak w obu miejscach polega ona na pomocy cierpiącemu człowiekowi. W obu jest potrzebna. Gdyby nie te przeklinane prywatne gabinety, w których lekarz zarabia, znacznie więcej byłoby zgłoszeń na SOR. W obu wiązać się może z realizacją ważnych wartości.

Przeciętny zdrowy psychicznie człowiek, mogąc pracować za mniejsze lub większe pieniądze, wybiera te większe. Większość ludzi wśród głównych powodów, dla których podejmuje pracę, wymienia nie tylko wielkie wartości, ale także obrzydliwie przyziemną konieczność utrzymania się, zarobienia na życie, finansowego bezpieczeństwa. Lekarze (niestety, na szczęście? Wybierz wedle uznania) są ludźmi, nie wysłannikami niebios. Założenie o setkach tysięcy osób pracujący głównie dla idei, nieważne, lekarzy, nauczycieli, naukowców czy policjantów, możemy w bajki włożyć. Ludzie co do zasady tacy nie są. Nie piszę, czy być powinni. Nauka zajmuje się faktami, nie fantazjami.

Nie znaczy to, że nie są skłoni do drobnych codziennych poświęceń, pojedynczych aktów miłosierdzia, pomocy bliźniemu. To ludzka cecha – niezależnie od powołania. Ale zachowajmy skalę.

Nie znaczy to też, że lekarz nie podlega żadnej odpowiedzialności. Wprost przeciwnie. Lekarz-człowiek z definicji będzie się mylił, w przeciwieństwie do nieomylnego wysłańca bogów. Ma obowiązek porządnie wykonywać swoją pracę, zgodnie z wiedzą medyczną i poszanowaniem spotykanych w niej osób, i pacjentów, i współpracowników – jak w przypadku innych zawodów, ale ze szczególną ostrożnością związaną z charakterem tego obarczonego znacznym ryzykiem skrzywdzenia innych zajęcia. Czasem jednak zawiedzie, jak każdy. A w zebranej dużej grupie medyków znajdą się osoby nieuczciwe, jak w każdej innej dużej grupie ludzi. I muszą one ponosić odpowiedzialność za swoje czyny – jak każdy inny człowiek. A brak powołania? Na poważnie w XXI wieku wyrzucamy komuś, że nie otrzymał daru niebios?

Tak wygląda rzeczywistość, którą trzeba zaakceptować, bo brak zgody jej nie zmienia. Dopiero akceptacja tego, co jest, umożliwia nam wprowadzenie adekwatnych zmian tego, co da się zmienić. Ochrona zdrowia to zbyt poważny temat, by dyskusję o niej dalej dominowały mity.

Marcin Nowak

Reklama