Uczta Jarosława

A więc „wszystko skończone”, oznajmił w krótkim oświadczeniu prezes PiS. Wątpię, raczej wszystko się zaczyna dla jego partii i skrajnej prawicy. Na paskach czytam, że PIS się rozpadł i pogrążył w chaosie. To skrót publicystyczny, bo się na razie nie rozpadł, bo wciąż jest drugą partią po KO w Sejmie. A chaos, owszem, widać tu i ówdzie, lecz naprawdę to kryzys, z którego PiS może się wyczołgać do wyborów.

To, co obserwujemy, to raczej bunt „harcerzy”, a z buntami Kaczyński dotąd sobie radził. Fronda, ale jeszcze nie nowa partia na prawicy. Zarówno Kaczyński, jak i Morawiecki w piątek uważali na słowa. Tak jakby obaj brali pod uwagę, że kryzys da się opanować na swoich warunkach i PiS przetrwa. Może to płonne nadzieje, lecz Morawiecki zdaje sobie sprawę, że ryzykuje więcej niż Kaczyński. Do wtorku, kiedy Komitet Polityczny ma zrobić ostateczny porządek w PiS, wiele może się jeszcze zdarzyć.

Sam pomysł, by polityczna odpowiedzialność za czystkę w partii spadła na to gremium, a nie jedynie Kaczyńskiego, też jest oznaką obawy przed konsekwencjami. Z kolei Morawiecki podczas swego spotkania z mediami w Sejmie, dwie godziny po oświadczeniu Kaczyńskiego, oddalał wszystkie konkretne pytania dotyczące jego dalszych planów. Obaj unikali jak ognia postawienia politycznej kropki nad i. Nie przekonują mnie więc teorie spiskowe dotyczące kryzysu w PiS. Ani ta o „ustawce”, ani ta, że Morawiecki wróci do Tuska, odegrawszy rolę konia trojańskiego KO w szeregach partii Kaczyńskiego. Inne szatany tu działają: ambicje i frustracje „harcerzy” i samego Morawieckiego.

Jego wytłumaczenie, że uwierzył Kaczyńskiemu w sprawie „dwóch płuc” PiS, brzmią dla mniej bardziej przekonująco niż spiskowa teza prezesa o planie podzielenia partii. Morawiecki ma przyszłość w obozie pisowskim, a nie poza nim. Chciał przygnieść kolanem Kaczyńskiego, ale zostać w PiS razem ze swym stowarzyszeniem i przejąć przywództwo w partii, gdy nadarzy się sposobna chwila. Na przykład po wyborach, gdy wynik PiS będzie gorszy niż wynik KO i skrajnej prawicy.

Widok frondystów podczas briefingu Morawieckiego był żałosny: litania żalów plus frazesy. Żadnej odwagi. A takie postaci jak Cieszyński, Jabłoński, Buda w roli frontmanów to kiepski żart. Z tymi funkcjonariuszami przegranej władzy można uprawiać samochwalstwo, ale o pozyskaniu znaczącego poparcia w masach wyborczych nie ma mowy. Czym w ich oczach ma się różnić fronda Morawieckiego od PiS? Jeśli już, to tym, że „zdradzili”, a za to zasłużyli na polityczny niebyt. W tym kierunku pójdzie kampania zniesławiania frondy w machinie propagandowej Kaczyńskiego.

Czy Tusk może spać spokojnie? Nie może, bo z PiS nie został „kamień na kamieniu”. A sam Morawiecki podczas briefingu nie zostawił na rządzie Tuska suchej nitki: „ojkofobiczny”, „kompradorski”, „kosmopolityczny” (kto w centrum, o które chce walczyć Morawiecki w ogóle rozumie taki język?), nieudolny, leniwy, powodujący pogorszenie poziomu życia obywateli. Tak były premier, który pozwolił na gigantyczne afery korupcyjne i rozpanoszenie się ziobrystów, i kłamał od rana do wieczora, chce rozszerzać poparcie dla prawicy? Przecież centrum nie ma aż tak krótkiej pamięci. Zostanie w domach lub zagłosuje na KO i Lewicę.

Tak czy inaczej, jesteśmy w środku pewnego procesu politycznego. Zyska na nim raczej skrajna prawica, co jest fatalną wiadomością dla Polski. Losy frondy mało mnie obchodzą, jak na razie to wewnętrzna rozgrywka w partii Kaczyńskiego. Nawet jeśli ostatecznie wyłoni się z niej nowe ugrupowanie i zmieni się wskutek tego arytmetyka parlamentarna, to istota zasadniczego sporu politycznego się nie zmieni.

Jest nią walka pomiędzy nacjonalistami różnej maści, w tym Morawieckiego, a zwolennikami demokratycznego państwa prawa, czyli, przypomnę: trójpodziału władzy, niezawisłości sądownictwa, poszanowania równych praw wszystkich obywateli bez względu na światopogląd, wyznanie lub jego brak, pochodzenie społeczne, narodowość, orientację seksualną, byle w ramach sprawiedliwego prawa.

W biblijnej opowieści o uczcie Baltazara, ostatniego króla Babilonii, kluczowy moment przychodzi, gdy na ścianie pałacu on sam i biesiadnicy widzą, jak ręka pisze na niej „mane, theke, Fares” – „policzono, zważono, rozdzielono”. To zapowiedź upadku i rozbioru królestwa. Komu by dzisiaj ten wyrok pojawił się na ścianie gabinetu, zadecydują już niedługo obywatele.

Reklama