Pletnev za mgłą

Krzesło z oparciem, niepewny chód po estradzie, ogólnie ściszona dynamika i zamglenie – wydaje się, że rosyjski pianista ma kłopoty z kręgosłupem i ma to wpływ na jego interpretacje.

Zawsze było tak, że niektóre kupowałam bez problemów, choć mnie zadziwiały (jak np. Rachmaninow sprzed 9 lat na Chopiejach), a niektóre wręcz złościły, jak Chopin w zeszłym roku w Dusznikach czy dzisiejszy Bach. Pletnev wykonał kilka preludiów i fug z Wohltemperiertes Klavier: jedną z I tomu (g-moll) i trzy z II tomu (D-dur, G-dur i b-moll). Strasznie to było dziwne, grane tym jego pięknym dźwiękiem, ale im dalej, tym więcej było zamgleń właśnie, a już najbardziej mnie zdenerwowała Fuga b-moll, którą akurat znam dokładnie, bo grałam ją na dyplomie: ma ona krystaliczną formę, wyrazisty temat, temat w odwróceniu, stretta – wszystko było kompletnie zamazane. Nie, Bach zupełnie się nie udał. Bałagan był również w Kreislerianach Schumanna, nie było tam niemal żadnych emocji, nie było kontrastów, można było przysnąć.

Zupełnie inaczej było w drugiej części, choć chwilami i wtedy odnosiłam wrażenie, że pianiście nie bardzo starcza sił. Grał zestaw Utworów lirycznych Griega z różnych okresów jego twórczości – norweski twórca pisał je przez całe życie, zostały wydane w kilku opusach. Wiele z nich jest dobrze znanych adeptom pianistyki – sama grałam Motyla, Ptaszka i Nokturn. Ale niemało jest też mniej popularnych, a bardzo ciekawych. Taki np. Valse-impromptu op. 47 nr 1: rozpoczyna się jak końcówka finału Koncertu fortepianowego, ale zaraz potem rozbrzmiewa jakby bitonalność (dwie tonacje równocześnie). Nie ma w nich beztroski, jak mogło się w czasach szkolnych wydawać, jest nostalgia, smutek, chwilami wręcz depresja. Takie skandynawskie klimaty, które Pletnevowi bardzo odpowiadają i potrafi je adekwatnie oddać. Oczywiście są i pogodniejsze utwory, nawet w zestawie wybranym przez Pletneva, jak wdzięczny Menuet babci op. 68 nr 2 czy słodka Kołysanka. A także zagrane na bis Z karnawału z cyklu Sceny z życia wiejskiego op. 19, które znów zaczynają się jak z ostatniej części Koncertu fortepianowego, ale mimo beztroskiego temaciku za chwilę znów pojawia się smuteczek (drugi bis z kolei rozweselił, bo był to „nokturn pendolino” zagrany świadomie kiczowato, jak w Dusznikach). U Griega jest jeszcze bardzo wiele do odkrycia; już tu nieraz powtarzałam, że pod koniec życia stworzył niezwykłe folkowe utwory, których nie powstydziłby się Bartók, gdyby mieszkał w Norwegii.

Najbliższego wieczoru znów idę na wagary – jest inauguracja sezonu Orkiestry Polskiego Radia pod nowym szefem, Bassemem Akiki. Zrobiłam z nim ostatnio sympatyczny wywiad do papierowej „P”, więc się poczuwam do kibicowania.

Reklama