Pod nową dyrekcją
Rzadko zdarza się, by w tym samym mieście wystąpiły równocześnie w różnych miejscach dwie orkiestry radiowe. W FN – NOSPR, a w Studiu im. Lutosławskiego – Orkiestra Polskiego Radia w Warszawie (tak obecnie brzmi jej nazwa, skrót OPRW) inaugurowała swój sezon.
Z Bassemem Akikim, swoim nowym szefem artystycznym, orkiestra zna się już i lubi od dawna. Dziś można było to odczuć – muzycy grali z pasją, wyraźnie zmotywowani, starając się wykonywać swoją robotę najlepiej jak mogli. W końcu to oni go sobie wybrali. Dyrygent jest człowiekiem bardzo zajętym, więc w tym sezonie mógł zaplanować osiem koncertów z orkiestrą (czyli pozostało siedem), ale miał też swój udział w kształtowaniu repertuaru. Dzisiejszy koncert zapowiadał, co będzie najważniejsze. A więc muzyka współczesna, klasyczne wielkie dzieła i wielka symfonika.
In the Shade of an Unshead Tear Agaty Zubel to utwór sprzed dokładnie dekady, napisany na zamówienie orkiestry w Seattle i wykonany kilka razy z powodzeniem w Stanach, a w Polsce po raz pierwszy – na inauguracji festiwalu Musica Polonica Nova w 2018 r.; później został nagrany przez paryską Orchestre Pasdeloup pod batutą Marzeny Diakun i znalazł się na płycie firmy Anaklasis (PWM). Dzisiejsze wykonanie było bardzo dynamiczne, a w orkiestrze działo się wiele – podziwiałam znów mistrzostwo instrumentacji kompozytorki.
Popularny i lubiany Koncert wiolonczelowy h-moll wykonał białoruski solista Ivan Karizna, 34-latek, który 15 lat temu, czyli jako 19-latek, zdobył brązowy medal na Konkursie im. Czajkowskiego; nie był to zresztą jedyny konkurs, na którym go doceniono. Już w tym czasie mieszkał na Zachodzie – studiował w Konserwatorium Paryskim. Szczera, otwarta natura, intensywna ekspresja, znakomita współpraca z orkiestrą – utwór, choć trwa 40 minut, przeleciał nie wiadomo kiedy. Bis bardzo oryginalny: Lamentacja Giovanniego Solimy, wiolonczelisty i kompozytora (Giovanni Antonini bardzo go lansował podczas swojej dyrekcji Wratislavii), w której trzeba grać i śpiewać jednocześnie, a nie jest to łatwe.
I na koniec VII Symfonia Sibeliusa. Wymyślono nietuzinkowy zabieg: przed wykonaniem utworu zgaszono światło i w zupełnej ciemności zabrzmiał komentarz do utworu napisany przez dyrygenta: o tym, jak ta symfonia stawała się czymś innym niż symfonią, bez podziału na części, bez powtarzalności, i jak w końcu jednak symfonią została. Miała też nie być ostatnią, a ostatecznie nią jest. Po tym tekście przyznam, że rzeczywiście lepiej się słuchało tego strumienia świadomości, tym bardziej, że w znakomitym wykonaniu. Choć osobiście nie przepadam za taką koncepcją formy, ale to już rzecz gustu.
Podnoszące na duchu, że była dziś praktycznie pełna sala. Pewnie podobnie było w FN – to świadczy o tym, że melomanów w Warszawie nie brak.
Tutaj troszeczkę o planach orkiestry, choć za mało – powinna być strona z programem sezonu, niestety nie ma. A tutaj fajna rolka.
Komentarze
To był bardzo dobry koncert, gratulacje dla całej kapeli 🙂 też mam nadzieję, że OPRW doczeka się przyzwoitej strony internetowej z jawnym programem na cały sezon 🙂
Tak, bo to chałupnictwo jest okropnie wkurzające. Podobnie ze stroną studiów koncertowych.
Oj, o stronie studiów koncertowych to by poemat napisać…
Tymczasem wczoraj w FN NOSPR i Tianyao Lyu w koncercie f-moll. Orkiestra (którą bardzo lubię i kiedy tylko mogę, słucham w ich siedzibie) tym razem nie zrobiła takiego wrażenia jak zwykle – nie wiem, czy to kwestia naszej sali, czy braku chemii z dyrygentem, Christianem Armingiem.
Tianyao Lyu nie należała do moich faworytek na zeszłorocznym konkursie – mimo jej niesamowitych umiejętności niezmiennie czegoś mi w jej grze brakowało (poezji? głębi?). Ale podobnie sceptyczna byłam w zeszłym roku wobec Vincenta Onga, który jednak oczarował mnie swoim czwartkowym recitalem. Dlatego wczoraj szłam do FN bez sprecyzowanych oczekiwań, ale z nadzieją, że i tym razem zmienię zdanie. Niestety – I część w ogóle mnie w wykonaniu pianistki nie zainteresowała. II, za którą przepadam, została obsłużona stylem brillant. A przecież liryczne frazy też muszą mieć swój ciężar (może zwłaszcza one). Tymczasem, gdy słuchałam tego wykonania, przypomniało mi się konkursowe spostrzeżenie PK (cytuję z głowy, więc niedokładnie), że wiele dźwięków jest w koncercie Lyu niedogranych. Koncert był wówczas inny, problem pozostał ten sam – również w III części. Publiczność jednak przyjęła artystkę bardzo ciepło i licznie zerwała się z miejsc, co zaowocowało dwoma bisami: „Lento con gran espressione” i drugim, którego nie rozpoznałam.
Do tej pory, kiedy mam ochotę na kawał romantyzmu w muzyce, najchętniej wracam do konkursowego wykonania „Koncertu f-moll” Charlesa Richard-Hamelina z 2015 roku. To był ktoś, kto pozwalał zobaczyć dźwięk ze wszystkich stron jednocześnie (swoją drogą, szkoda, że już tak dawno go u nas nie było).