Parateatry
Na tej Jesieni, która właśnie się skończyła, dużo było wydarzeń z gatunku muzyki związanej z gestem, obrazem, czasem też tekstem. Czasem nawet i muzyki w nich nie było.
Taki był Cantus (Vol. III) duńskiego kompozytora Jeppego Ernsta, wykonany we środę w ATM Studio przez duński zespół SCENATET. Jedynymi dźwiękami, jakie były słyszalne, były odgłosy dłoni uderzanych o uda. Reszta to były gesty i miny, czasem przemieszczanie się; zabawa dobra na kilka minut, ale nie na pół godziny. Mauricio Kagel robił coś podobnego kilkadziesiąt lat temu, ale właśnie krócej (Pas de cinq 1965, Con voce 1972; w tym pierwszym było słychać tylko kroki i tupnięcia laskami, w drugim – trochę bezgłośnych dmuchnięć w instrumenty). Przeciwieństwem był utwór Memoriam również Duńczyka Nielsa Rønsholdta, w którym muzycy w dziwacznych strojach grali i śpiewali lub recytowali długi tekst poetycki autorstwa kompozytora, przemieszczając się po scenie. Miało to ładne momenty, ale jako całość nużyło.
Skandynawia zaznaczyła się na festiwalu także przez obecność Norwega Tronda Reinholdtsena, który przyjechał z kolegami performerami. Przedstawił w Muzeum Etnograficznym swoją „oprę” (nie operę) The Chosen Ones, trwającą pięć godzin; właściwie była to filmowa dokumentacja z wydarzenia, które odbyło się gdzieś w szwedzkim lesie, gdzie grupa „wyznawców Ø”, co brzmi jak sekta miłośników serialu pod tą jednoliterową nazwą, który Reinholdtsen regularnie kręci (powstało 17 odcinków, są na YouTube; jeden z nich wykonała 7 lat temu na WJ Spółdzielnia Muzyczna), ubrana w śmieciowe stroje, budowała równie śmieciową wioskę, pokrzykując absurdalne teksty. Ogólnie czujemy się w tym jego świecie jak w oparach absurdu, a już jego szczytu sięgnął moment przerwy między aktami, podczas którego wytoczył się przed nas jakiś kształt wielkiej brązowej parówki śpiewając: „Kieł – basa! Kieeeł – basabasabasa!” (tak, po polsku), co okazało się zapowiedzią poczęstunku. Niestety inny utwór Reinholdtsena, którym festiwal został zamknięty, Theory of the Subject, nie był już tak zabawny, choć przez pewien czas również śmieszył. Jednak rozciągnięty bez umiaru, a przy tym z aluzjami politycznymi (w Skandynawii raczej niewielkie mają pojęcie o Leninie czy Che Guevarze), coraz bardziej osuwał się w niesmak, przynajmniej moim zdaniem. Jeśli ktoś ciekaw, można tu obejrzeć.
Dwa wydarzenia dźwiękowo-wizualne były z gatunku katastroficznych, oba w Komunie Warszawa. Świetne jak zwykle trio Kompopolex pokazało No Future Alexandra Schuberta – „współczesny cyfrowy postpostpunk przeciw algorytmicznej ekstrakcji cech” – w skrócie mówiąc, chodziło o wymykanie się algorytmom. Zero Gained Krzysztofa Wołka ze znakomitymi wizualizacjami Artura Lisa – to, jak kompozytor się wyraża, „pofragmentowana transmisja z przyszłości skazanej na rozpad” (składa się z 13 krótkich utworów). Dźwięki w obu tych przypadków były wręcz przeciwestetyczne, do tego drugiego rozdano nawet zatyczki do uszu, które bardzo się przydały. Jak rozpad, to rozpad.
Z innego, poetyckiego świata było Jak by to powiedzieć… Tadeusza Wieleckiego. O tym dziele już pisałam przy okazji jego prawykonania; tym razem był inny aktor (Tomasz Nosiński) i zamiast Joanny Freszel – Agata Zubel, która dzięki zupełnie innemu gatunkowi głosu nadała utworowi nowych barw.
Jednak było na tym festiwalu jeszcze trochę „czystej” muzyki, choćby na efektownym jak zawsze koncercie European Workshop for Contemporary Music, choć i tu nie zabrakło audiowizualnego wydarzenia: The Game Przemysława Packa, trzy poziomy po kolei (między innymi utworami). Gra polegała na tym, że muzycy podzieleni na grupy próbowali przepchnąć kropkę przez labirynt. Wciągające, jak to gra, i zabawne. Ale też zapadły mi w pamięć utwory kompozytorek: Polki Adrianny Kubicy-Cypek, Chinki Yiran Zhao i Iranki Farzii Fallah.
Na koncercie zamknięcia miał też swoje prawykonanie szczególny eksperyment: BSCH na orkiestrę symfoniczną Sławomira Wojciechowskiego, czyli jego własne odczytanie znaków, które umieścił w swojej partyturze Symfonii elektronicznej Bogusław Schaeffer. Tam nie było orkiestry, tu dominowała; tam były abstrakcyjne dźwięki elektroniczne, najczęściej o nieokreślonej wysokości; tu brzmienia łagodne, chwilami niemal tonalne. „The open graphic score can be interpreted in an infinite number of ways” – ten napis z początku utworu Reinholdtsena okazał się niespodzianym komentarzem.