Kameralnie na Grochowskiej
Tradycyjnie już niedzielę po Warszawskiej Jesieni spędziłam na Szalonych Dniach Muzyki – po raz pierwszy w siedzibie Sinfonii Varsovii. To był zarazem dzień zamknięcia festiwalu Nowego Otwarcia.
Z góry odrzuciłam koncerty w namiocie, mimo iż dziś występowali tam gospodarze. A była to ostatnia okazja – za parę tygodni podpisany zostanie kontrakt z Warbudem, wbita będzie pierwsza łopata – i na długo koniec z orkiestrowymi koncertami w tym miejscu. Ale też nie ma czego żałować – akustycznie słuchało się tego trudno.
Ponadto chciałam sprawdzić nowe sale. Mnie osobiście słuchało się całkiem przyzwoicie i w Auli, i w Pawilonie Muzycznym, choć są tacy, co narzekają, a podobno też akustyka ma być jeszcze trochę poprawiana. W Auli stoi nowiutki steinway, wybrany dla SV w fabryce w Hamburgu przez Krzysztofa Jabłońskiego, który zresztą ten instrument zainaugurował. Dziś fortepian został poddany niełatwym próbom, ale o tym za chwilę.
Mimo utrudnień spowodowanych maratonem warszawskim (to już tradycja) udało mi się dotrzeć na pierwszy z koncertów, na których zaplanowałam być: recital wiolonczelisty Edgara Moreau z pianistą Davidem Kadouchem. Obaj są utalentowani, ale trochę mnie ubawili zwłaszcza w Sonacie Chopina, którą grali z wręcz nieznośną emfazą, bliską kiczu. Sonata Griega była trochę „normalniejsza”. Podejrzewałam nawet, że Chopina uczyli się niedawno ze względu na koncert w Polsce (pianista miał też wpadkę pamięciową, ledwo się połapali), ale nie, grali go wcześniej.
Kolejny koncert w tym miejscu: w połowie recital 17-letniej pianistki Arielle Beck, w połowie w duecie z włoskim flecistą Matteo Cesarim. To była po prostu petarda: młodziutka pianistka zagrała Sonatę fis-moll Schumanna, dzieło trudne i nierzadko odbierane jako zakalcowate, czemu winne są oczywiście nieadekwatne wykonania. Arielle Beck wykonała ją z ogromną pewnością, zrozumieniem, wyczuciem formy i frazy i wielkim temperamentem. Aż przypomniało mi się moje pierwsze zetknięcie z młodą (wówczas 23-letnią) Yulianną Avdeevą, która wystąpiła na ChiJE w 2008 r. na dwa lata przed wygranym Konkursem Chopinowskim, i zrobiła na mnie duże wrażenie, choć napisałam o niej tylko w komentarzu. Może skojarzenie też dlatego, że podobna fryzura na afro – ale na pewno podobna drapieżność. Kociczka nr 2 – ale już dojrzała. Po sonacie były dwie Pieśni bez słów Mendelssohna, a z flecistą, świetnym zresztą – Trzy romanse op. 94 Schumanna oraz Sonata Poulenca; w których pianistka okazała się też rasową kameralistką, umiejącą towarzyszyć, ale też wyjść na pierwszy plan, kiedy trzeba. Warto będzie śledzić jej karierę – René Martin podłapał ją do La Roque d’Anthéron już trzy lata temu. Ma rękę do młodych talentów.
Ma też rękę do zespołów kameralnych. Młody wciąż (istnieje od 2017 r., ale powstał jeszcze podczas gdy członkowie studiowali w Konserwatorium Paryskim), Quatuor Elmire (nazwa od pozytywnej postaci kobiecej ze Świętoszka Moliera) był na Szalonych Dniach Muzyki już w zeszłym roku, ale wówczas nie miałam szczęścia trafić na jego występ. Za to teraz wybrałam się od razu na dwa – oba w Pawilonie Muzycznym, gdzie sala jest większa i publiczności też mieści się więcej. Pierwszy z koncertów zawierał kwartety Debussy’ego i Ravela, oba – zwłaszcza ten drugi – zagrane przepięknie, z pieszczoną każdą frazą i prawdziwą rozmową muzyków, rzucających sobie nawzajem wraz z muzyką spojrzenia i uśmiechy. Na drugim był Haydn – Kwartet B-dur op. 75 nr 4 oraz Mozart – Kwartet G-dur KV 387. Ileż uroku i wdzięku, a na bis jeszcze po wirtuozowsku i z przymrużeniem oka zagrany finał Haydna Kwartetu D-dur op. 76 nr 5.
Między dwoma przedpołudniowymi koncertami w Auli odwiedziłam jeszcze Pawilon X, gdzie w pomieszczeniu, w którym znajduje się instalacja Wojciecha Blecharza i Ewy Marii Śmigielskiej, NeoQuartet grał utwór Blecharza pt. Intradźwięki. Polegał on na cichutkich, szmerowych dźwiękach wydobywanych nie tylko smyczkiem, ale też rurkami plastikowymi i kamertonami, przez muzyków stojących w czterech rogach sali; później było solo wiolonczeli, ale trzymanej strunami w stronę muzyka, wreszcie pobudzanie przez wszystkich dźwięków z dwóch wiolonczel leżących na stole – wyglądało to prawie jak na słynnej Lekcji anatomii Rembrandta (w tym wnętrzu odbywały się sekcje zwłok). Trwało to godzinę, ale w ogóle nie nużyło, wręcz relaksowało. Jedno tylko: ten pawilon nie ma w oknie aż pięciu szyb, jak muzyczny, i różnicę było słychać – dobiegały nas dźwięki tramwajów i samochodów, choć stłumione. W tym wypadku akurat szkoda.
I jeszcze ostatni koncert, z powrotem w Auli: pianista Nathanaël Gouin z ambitnym programem Lisztowskim pod hasłem Diabelskie podszepty (choć tytuł kojarzy się raczej z Prokofiewem). Diabelstwa w jego grze nie było wiele, więcej sprawności, choć też do czasu, bo to jednak program bardzo męczący: Totentanz, Sonata h-moll i jeszcze na koniec Reminiscencje z Don Giovanniego. Tak efektownie, ale zarazem solowo, zakończył się dla mnie festiwal – a do Don Giovanniego wrócę tu za parę dni.
Komentarze
Ciekawostka: znalazłam to: https://www.youtube.com/watch?v=hl0PxbXhWWc
To jest nagranie z Lugano z 2010 r., czyli na parę miesięcy przed Konkursem Chopinowskim. Wspaniałe. I tej pianistki nie przepuszczono przez eliminacje, nie stanęłaby do konkursu, gdyby nie interwencja Fou Ts’onga, co wielu uznało za skandal, ale skandalem byłoby, gdyby jej nie dopuścili.