To nie jest zwykłe miasto. Dlaczego uderzenie na Dimonę jest takie szczególne?
To była dramatyczna noc zwłaszcza dla mieszkańców południowego Izraela. W wyniku uderzenia irańskich rakiet rannych zostało ponad 140 osób.
To jedno miejsce szczególnie działa na wyobraźnię: Dimona. Mniej więcej 40-tysięczne miasteczko na pustyni Negew, 30 kilka kilometrów od Beerszewy i tyle samo od Aradu. Miasteczko założono w latach 50., ale rozkwitło w latach 90. wraz z falą emigracji z krajów byłego Związku Radzieckiego. Mieszkańcy Dimony pracują głównie w okolicznych zakładach przemysłowych wokół Morza Martwego, a część z nich w tutejszym Nuklearnym Centrum Badawczym Negew im. Shimona Peresa, zwanym po prostu jako Reaktor Dimona. To serce izraelskiego programu nuklearnego, nie tylko reaktory atomowe, ale także, jak się uważa, miejsce powstawania izraelskich bomb atomowych („uważa się”, bo Izrael oficjalnie nigdy nie przyznał się do posiadania broni jądrowej, chociaż ostrożne szacunki mówią o co najmniej 200 głowicach nuklearnych).
Mimo że centrum nuklearne oddalone jest od samej Dimony o ok. 10 km, natychmiast po uderzeniu pojawił się komunikat, że nie odnotowano podwyższonego poziomu promieniowania radioaktywnego. W miejscu upadku rakiety w dzielnicy mieszkalnej powstał ogromny krater, okoliczne konstrukcje się zawaliły. Było to w sumie jedno z czterech bezpośrednich uderzeń rakiety w samym Izraelu (poza tymi w Bet Szemesz, pod Tel Awiwem, Aradzie). W Dimonie rannych zostało 28 osób, w Aradzie 115 (tu rakieta spadła pomiędzy trzema budynkami, w wyniku eksplozji zwaliły się ściany niektórych z nich).
Według przedstawiciela IDF zarówno w Dimonie, jak i w Aradzie spadły typowe, kilkusetkilogramowe irańskie rakiety, jakie wcześniej były przechwytywane przez izraelskie systemy obrony powietrznej. Nie wiadomo, dlaczego nie zostały zestrzelone tym razem (pojawiły się informacje, że próby zostały podjęte, ale nie udało się celnie zestrzelić przynajmniej jednej z nich). Wstępna wersja mówi o „łańcuchu usterek”, a nie błędzie systemowym.
Byłam dziś na briefingu z wojskowym z IDF, który bardzo pilnował się, by nie powiedzieć ani jednego słowa za dużo, zwłaszcza o Dimonie. Uchylił się np. od odpowiedzi na pytania, czy znajdujący się w pobliżu ośrodek nuklearny budzi szczególny niepokój wojska w kontekście jego obrony oraz który z systemów został wykorzystany do próby zestrzelenia rakiety. Oczywiste jest, że nie ma sensu liczyć na żadne oficjalne informacje na ten temat, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że akurat to miejsce chronione jest w sposób szczególny. Zresztą w samej Dimonie od północy do rana jeszcze pięciokrotnie wyły syreny. Irańczycy mieli w ten sposób odpowiedzieć na rzekomy atak na ich ośrodek nuklearny w Natanz w sobotę rano (ale nie ma potwierdzenia, że do takiego ataku rzeczywiście doszło).
Każda wojna, a ta w szczególności, to również wojna na słowa, narracje, obrazy. Wojna wywiadów i cyberarmii. Nieprzypadkowo w sieci pojawiają się fejkowe nagrania mieszkańców Teheranu skandujących imię Bibiego (izraelskiego premiera) podczas ataków na cele związane z reżimem. Wszystkie chwyty dozwolone. W ostatnich dniach Mosad zwrócił się do Irańczyków posiadających wiedzę z „branży nuklearnej”, gwarantując im przyszłość. Podczas tej wojny pojawiały się już informacje, że Irańczycy sami wysyłają informacje Izraelowi, co pomogło m.in. zaatakować punkty kontrolne milicji Basidż w Teheranie.
To działa w obie strony. Dwa dni temu izraelskie media poinformowały o aresztowaniu przez agencję bezpieczeństwa wewnętrznego Szin Bet 26-letniego żołnierza rezerwy, technika w jednej z baterii Żelaznej Kopuły, który miał przekazywać informacje na temat tego systemu w zamian za 1 tys. dol. w kryptowalucie. Kontakt z nim miał zostać nawiązany już w grudniu 2025 r. na Telegramie przez osobę, która przedstawiła się jako irański agent. Miał przekazywać zdjęcia, nagrania wideo, lokalizacje baz izraelskich sił powietrznych oraz systemów Żelaznej Kopuły. Za te czyny grozi mu nawet dożywocie lub kara śmierci (której w praktyce się nie stosuje).
Wczoraj szef izraelskiego sztabu generalnego gen. Ejal Zamir ogłosił, że izraelskie wojsko będzie kontynuowało ataki na Iran do święta Paschy, dodając, że Izrael jest „w połowie” realizacji swoich celów wojennych. Wydaje się, że pozostała Izraelowi druga połowa jest tą „gorszą”. Mimo wyeliminowania co najmniej 75 proc. wyrzutni rakiet czy samych rakiet, obezwładnienia irańskiej obrony przeciwpowietrznej Teheran jest w stanie nadal wysyłać rakiety, drony, bomby kasetowe w kierunku Izraela i swoich sąsiadów w regionie. Nie wiemy też, jak zakończy się spór o cieśninę Ormuz. Donald Trump dał Iranowi 48 godzin na jej odblokowanie, grożąc atakiem na instalacje energetyczne, gdyby Teheran tego nie zrobił (a na to się nie zanosi, przeciwnie – grozi, że w odwecie zaatakuje wszystkie instalacje z udziałem USA w regionie). To może wyglądać na kolejną eskalację konfliktu (choć jak zauważył w ostatnich godzinach amerykański sekretarz stanu, „czasem trzeba eskalować, żeby deeskalować”). To może być przełomowe 48 osiem godzin dla tego konfliktu.
Dziś rano dostałam newsletter jednego z palestyńskich profesorów zajmujących się m.in. prawami człowieka. Tytuł newslettera brzmiał złowieszczo: „48 godzin do trzeciej wojny światowej?”. Oby to były tylko słowa.