Putin może zagrać va banque
Należy się obawiać, że jeszcze przed zimą Władimir Putin może otworzyć drugi front na Ukrainie oraz rzucić wyzwanie Zachodowi, naruszając granice Unii. Wydaje się to prawdopodobne z trzech powodów.
Po pierwsze prezydent Rosji jest przyparty do muru. Ukraińskie ataki na rafinerie i magazyny sieci handlowych sprawiają, że w Rosji półki sklepowe świecą pustkami, a na stacjach benzynowych brakuje paliwa. Żeby obejść zachodnie sankcje, Rosja sprzedaje tanio ropę naftową, którą po rafinacji skupuje za wysoką cenę. Kraj jest w stanie utrzymywać działalność zakładów zbrojeniowych jedynie kosztem pozostałych gałęzi przemysłu i całej gospodarki. Rosja pogrąża się w kryzysie, który dotyka nawet mieszkańców największych miast. Kres temu kryzysowi może położyć jedynie koniec wojny.
Stało się to tak oczywiste, że bankierzy i ekonomiści zaczynają mówić o tym otwarcie, a reżim nasila represje. Do niedawna dotykały jedynie jego jawnych przeciwników, dziś zaś spadają na przywódców niewielkiej liberalnej partii Jabłoko, a nawet na regionalnych przedstawicieli i działaczy Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, choć jest ona całkowicie podporządkowana Kremlowi.
Jeden z wiceprzewodniczących Dumy zaproponował, by ogłosić, że ukraińskie miasta zostaną zrównane z ziemią pod gradem bomb. Miałoby to skłonić mieszkańców do ucieczki i wywołać chaos w całym kraju. Pomysł zdaje się zyskiwać na popularności, ponieważ ukraińskie tereny mieszkalne są systematycznie bombardowane, władze Rosji nie kryją zamiaru pozbawienia Ukraińców ogrzewania i prądu, a sam Władimir Putin oświadczył, że, atakując rosyjskie rafinerie, Ukraina „otworzyła puszkę Pandory”.
Rosja może zatem wkrótce podjąć próbę zmuszenia ukraińskich cywilów do ucieczki, otworzyć drugi front na północy państwa i rzucić wyzwanie Zachodowi, wkraczając do któregoś z krajów bałtyckich lub do Mołdawii.
Właśnie taki scenariusz przewidują zachodnie służby wywiadowcze. Trzecim powodem do obaw, że prognozy są słuszne, jest to, że Władimir Putin spodziewa się wyjść z wojny zwycięsko. Ukraina nie będzie w stanie z powodzeniem walczyć na dwóch frontach, zwłaszcza jeśli wysiedlona ludność będzie błąkać się po drogach. Donald Trump raczej nie zaryzykuje konfrontacji z Rosją, skoro już teraz nie wie, jak poradzić sobie z irańską porażką i jak nie stracić kontroli nad Kongresem w jesiennych wyborach śródokresowych.
Amerykański prezydent mógłby dać Władimirowi Putinowi wolną rękę na Ukrainie, uznając, że atak na kraje bałtyckie nie zobowiązuje NATO do interwencji, a inwazja na małą Mołdawię jest problemem dla Europejczyków, ponieważ kraj ten nie należy do Sojuszu.
Władimir Putin może stwierdzić, że podejmując odważne działania bez dalszej zwłoki, mógłby nie tylko zachwiać stabilnością Ukrainy, zanim ta zdobędzie pociski dalekiego zasięgu, lecz także doprowadzić do rozłamu na froncie zachodnim i wykazać militarną słabość Europejczyków.
Nie jest to niestety rozumowanie całkowicie pozbawione sensu. Przeszkodami w realizacji tego planu są jednak: ogromna niechęć do przymusowego poboru do wojska, który Kreml musiałby przeprowadzić; długotrwały opór ze strony Ukraińców; broń ofensywna i defensywna, która będzie napływać na Ukrainę z Europy; niemożliwa na dłuższą metę bierność Donalda Trumpa oraz szybkie jednoczenie się europejskiego frontu politycznego i wojskowego w obliczu zagrożenia.
Szef CIA, który w zeszłym tygodniu odwiedził Kreml, niewątpliwie przedstawił tam pięć powyższych argumentów. Pytanie, czy Władimir Putin ma jeszcze wybór.