Iranowi potrzeba transformacji w stylu hiszpańskim
Dyktatura dogorywa. Agonia może być długa i bolesna. Albo wręcz przeciwnie: w najbliższych dniach możemy być świadkami nagłego upadku irańskiej teokracji, która tak szybko zawłaszczyła demokratyczną rewolucję 1979 r.
Wszystkie scenariusze są możliwe, ale protesty przeciw drożyźnie rozprzestrzeniają się błyskawicznie, a reżim ewidentnie jest u schyłku konania, podzielony, znienawidzony, intelektualnie wyczerpany i od prawie trzech dekad nieustannie kontestowany.
W 1997 wystarczyło, że wywodzący się z obozu władzy reformator Mohammad Chatami obiecał więcej tolerancji, wolności i poszanowania prawa, a niemal wszyscy, w tym kobiety i młodzież, popędzili do urn wyborczych, zapewniając mu prezydenturę. Iran już wtedy odrzucał teokrację, ale w republice islamskiej przydawka liczy się znacznie bardziej niż rzeczownik.
Republika z prezydentem podporządkowana jest instytucjom religijnym, których szef Ali Chamenei, „Najwyższy Przywódca”, ma pod kontrolą sądy, radio i telewizję, policję, basidżów, czyli organizację paramilitarną odpowiedzialną za przestrzeganie prawideł religii, a przede wszystkim Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, czyli armię reżimu, państwo w państwie i największą potęgę gospodarczą kraju. Mohammad Chatami nie mógł więc dotrzymać praktycznie żadnej ze swoich obietnic, a mimo to w 2001 r. Irańczycy wybrali go ponownie, potwierdzając chęć zmian.
Pięć lat później Przywódca zadbał o to, żeby prezydentura wróciła do młodego konserwatysty Mahmuda Ahmadineżada, którego ponowne zwycięstwo w sfałszowanych wyborach doprowadziło do prawie półrocznych protestów i demonstracji. Ze względu na roszczenia demokratyczne i wykorzystanie mediów społecznościowych do zwoływania zgromadzeń ruch ten, zwany „zieloną rewolucją”, był jaskółką arabskiej wiosny z 2011 r.
Zielona rewolucja została krwawo stłumiona, ale Irańczycy znakomitą większością głosów wybrali, dwukrotnie, reformatora Hasana Rouhaniego. W 2022 r., ponad 20 lat po pierwszym zwycięstwie wyborczym Chatamiego, społeczeństwo irańskie piąty raz odrzuciło teokrację. Stało się to, gdy młoda kurdyjska studentka Mahsa Amini, zatrzymana za nieodpowiednie noszenie chusty, zmarła w wyniku brutalnego pobicia przez policję obyczajową.
W ten sposób narodził się ruch Kobieta, Życie, Wolność, skierowany przede wszystkim przeciwko Przywódcy. Jego uczestniczki tak masowo zrzuciły chusty, że reżim praktycznie nie egzekwuje już ich noszenia. Także ten ruch został stłumiony, ale władza musiała ugiąć się przed buntem kobiet, jeszcze zanim izraelsko-amerykańskie bombardowania ujawniły bezsilność Iranu. Teraz to ceny w sklepach – inflacja przekroczyła 50 proc. – zmobilizowała do protestów handlarzy z Wielkiego Bazaru Teheranu, który wcześniej stanowił ostoję reżimu. Na ulice wyszli też studenci i mieszkańcy prowincji.
Obecny prezydent, reformator, ogłosił niedawno, ewidentnie pod adresem mułłokracji, że „jeżeli nie rozwiążemy problemów bytowych obywateli, skończymy w piekle”. I miał rację. Jeśli reżim zacznie strzelać, ryzykuje pospolite ruszenie. Jeśli nie zainterweniuje, da do zrozumienia, że władza jest do wzięcia. Przywódca jest stary, chory i zmęczony. Reżim i kler – coraz bardziej podzielone. Wszystko się może zdarzyć, ale należy mieć nadzieję, że najrozsądniejsi przedstawiciele władz wezmą na siebie odpowiedzialność i ogłoszą otwarcie więzień oraz wybory parlamentarne, które pozwolą na opracowanie nowej konstytucji.
Iran potrzebuje transformacji wynegocjowanej, która może zacząć się wyłącznie wewnątrz reżimu – tak jak stało się w Hiszpanii po śmierci generała Franco. W przeciwnym razie w perspektywie krótko- lub średnioterminowej dojdzie do wojny domowej, rozlewu krwi i interwencji tak wielu podmiotów zagranicznych, że napięcia międzynarodowe jeszcze bardziej się zaostrzą. Ani Irańczycy, ani reszta świata nie zasługują na taki scenariusz.