2027 nadchodzi! Czy Czarzasty udźwignie?
Coraz bardziej niepokojąca staje się sytuacja polityczno-partyjna w kraju. Źle to wygląda na rok przed rozpoczęciem decydującej gry. Utrzymanie przez siły demokratyczne władzy po wyborach parlamentarnych w 2027 r. jest tak samo ważne, jak odepchnięcie PiS w roku 2023. Jeśli się nie uda, to czeka nas jednoznaczna i nieodwołalna faszyzacja kraju. Jeśli władza wpadnie w ręce takich ludzi jak Braun i Nawrocki, z asystą Czarnków i Mentzenów, to o państwie prawa, demokracji i jedności z zachodnią Europą możemy zapomnieć. Czeka nas wówczas nawałnica agresywnego nacjonalizmu, gigantyczna korupcja, masowe represje i rozpanoszenie najgorszego chamstwa, a wszystkimi porami w struktury państwa i gospodarki zaczną przenikać rosyjskie toksyny. Mentalna rusyfikacja będzie już tylko kwestią czasu.
Tymczasem cała konstrukcja władzy opiera się na rachubie, że KO uda się zrobić fantastyczny wynik wyborczy, to znaczy zdobyć większość mandatów. Jest to mało prawdopodobne, tak jak mało prawdopodobna jest wspólna lista wszystkich ugrupowań demokratycznych. A jakie się szanse, że małe partie przejdą próg wyborczy i wejdą do koalicji wokół KO? Tylko Lewica może być tego pewna. Tyle że to może nie wystarczyć. Gdyby PSL nie wszedł do parlamentu, mogłoby nie być większości. Dlatego tak wiele zależy dziś od tego, czy uda się zjednoczyć lewicę. Skoro partia Hołowni pogrąża się w niebyt, jedyną szansą na odepchnięcie już nie PiS, lecz po prostu – sił faszystowskich – jest wzmocnienie lewicy. PSL może bowiem co najwyżej wejść na listy KO – samodzielny start będzie samobójczy. No, chyba, że zdradzi, czego też wykluczyć nie można.
Tymczasem grozi nam powtórka z roku 2015, gdy to Leszek Miller z Januszem Palikotem umyślili sobie, że razem ułożą listy, udając, że jest to właśnie „jednoczenie lewicy”. I wynik tego warcholenia był taki, że lista koalicyjna lewicy otrzymała 7,5% głosów, co otworzyło Kaczyńskiemu drogę do przejęcia pełni władzy. Tak, tak, mało kto pamięta, że Kaczyński zawdzięcza osiem lat rządów, a my osiem lat politycznej smuty w Polsce tym dwóm „strategom”. O winie Adriana Zandberga szkoda nawet mówić, bo to, że odebrał wówczas demokratom 3% głosów okazało się później całkowicie spójne z jego intencjami.
Dziś klucz do przyszłości jest w rękach Włodzimierza Czarzastego. To od niego będzie zależało, jak szerokie będą listy lewicy, a przede wszystkim to, czy uda się stworzyć jedną listę z Razem. Razem nie było i nie jest zainteresowane we wzmacnianiu obozu demokratycznego. Jest partią czysto populistyczną, doskonale czującą się w opozycji (pod warunkiem posiadania dotacji). Będzie tak samo zadowolona z siebie przy Nawrockim i Braunie, jak jest zadowolona przy Tusku. Gra na dwóch klawiszach – rozdawnictwa i „anty-syjonizmu” – a to jak na razie zapewnia jej pewny wikt i opierunek, nawet poza sejmem.
Okiełznanie Zandberga będzie najtrudniejszym wyzwaniem politycznym, przed jakim Czarzasty stanie w całej swojej politycznej karierze. Już sam decyzja o zawiązaniu koalicji wyborczej po traumie roku 2015 będzie niezwykle trudna do podjęcia dla Lewicy. A dogadanie się z Razem będzie istnym koszmarem. Z pewnością Zandberg będzie domagał się co najmniej zgody Lewicy na dalsze uwodzenie antysemickiego elektoratu przez nawoływanie do bojkotu wszystkiego, co kojarzy się z Izraelem, ale takiej zgody przecież nie może uzyskać. Konieczny jednakże będzie jakiś paskudny kompromis. Nie wiem, jak mógłby on wyglądać, ale wiem, że sprawa antysemityzmu będzie całkowicie kluczowa w tych próbach tworzenia lewicowej koalicji wyborczej. A to oznacza, że kwestia antysemityzmu po raz pierwszy od roku 1968 będzie decydować o politycznych losach Polski. Antysemityzm jest paliwem dwóch partii, od których będzie zależeć bardzo wiele. Jeśli to paliwo będzie w roku 2027 tak kaloryczne, jak jest dzisiaj, może to oznaczać, że Razem podziękuje za współpracę i podziękuje za demokrację, odchodząc ze swoim kanisterkiem w siną dal. A to z kolei może oznaczać koniec polskiej demokracji. To niesamowite, jak wiele dziś zależy od tego, co dzieje się w umyśle jednego nieodpowiedzialnego i niedojrzałego polityka. Zandberg stał się języczkiem, żeby nie powiedzieć ozorkiem u wagi, na której ważą się nasze losy. Żałosne, żenujące, ale prawdziwe.
Życzę Włodzimierzowi Czarzastemu powodzenia w jego niemalże niemożliwej misji, jednocześnie bardzo mu jej współczując. Negocjowanie z okropnymi ludźmi to jedna z najpaskudniejszych powinności przypisanych do zawodu polityka.