Czego nauczył mnie Jeffrey Epstein?

Pragnę bardzo gorąco podziękować b.p. Jeffrey`owi Epsteinowi za lekcję życia i polityki, jakiej udzielił mi swoim niechwalebnym życiem i samobójczą (być może) śmiercią. Albowiem to dzięki niemu wyzbyłem się resztek idealistycznych złudzeń odnośnie do tego, wokół czego kręci się świat i na czym, i czym, tak się kręcąc, stoi.

Jak wiadomo, chodzi o pieniądze, władzę i seks. Ale właśnie nie do końca „wiadomo”, albowiem żadna ze znanych teorii socjologicznych i politologicznych nie potwierdza tego ludowego przekonania i nie nadaje mu naukowej rangi. Tym gorzej dla socjologii! Wkradła się w nią pruderia i siedzi, pilnując, by prawda zamotana była w bawełnę żargonowych słówek.

Gdy mówi się o historii dawniejszej, to jakoś z całą naturalnością przyjmuje się tę prawdę, że każdy król i książę pragnie poszerzać swoje włości, nawet drogą podboju, a córek swych używa jako waluty w matrymonialno-dynastycznych targach, w których stawką jest ziemia i panowanie. Jakkolwiek było to obrzydliwe, uznane zostało za rzecz całkowicie naturalną i nikt nikomu z tego powodu wstrętów nie czyni. Zupełnie inaczej zrobiło się w czasach, gdy władza została przejęta z rąk ziemskich arystokratów i dostała się właścicielom przedsiębiorstw i bankierom, wywodzącym się z warstwy mieszczańskiej. Nie mieli błękitnej krwi, więc musieli ją czymś zastąpić. Tym czymś były wartości republikańskie i obywatelskie (a później nawet liberalne i demokratyczne). Jeśli książę nie musiał dobrze się prowadzić ani powściągać swej chciwości pieniędzy i władzy, to dlatego, że zalecał się krewkością i honorem. Były to cnoty prostackie, lecz przynajmniej dość dostojne przez swoją sięgającą plemiennej dzikości pradawność i pierwotność. A co może zaproponować taki nowoczesny „książę”, nazwiskiem Smith, Schneider czy Petit, będący jakimś tam premierem albo przewodniczącym parlamentu? Cóż, mogą to być co najwyżej jakieś ogólnodostępne zalety charakteru i obyczajność zalecana przez nowoczesną purytańską pruderię.

I tym sposobem daliśmy sobie wmówić w XX, że „książę” nie gwałci dzieci, nie kradnie, nie stręczy własnych córek i w ogóle nie oddaje się aktom rozwiązłości i chciwości. A to bzdura! Dzięki aferze Epsteina i politycznej operze mydlanej, nadawanej wprost z Waszyngtonu, wróciliśmy na łono prawdy i do jaskimi troglodyty, gdzie ta prawda sobie leży, zawalona śmierdzącymi skórami, które niejedno już widziały.

Pan Epstein zdjął błonę pruderii z mych oczu i za to jestem mu wdzięczny. Jestem też wdzięczny każdemu z tych rozochoconych dygnitarzy, wkręcanych jak dzieci przez ruskich (i jakich tam jeszcze) szpiegów, że pokazali, jeden po drugim, ile warta jest ich powaga, dojrzałość i odpowiedzialność „państwowca”, gdy na horyzoncie rysuje się możliwość darmowego pobytu na rajskiej wyspie w towarzystwie nastolatek. Jakże nieszczęśliwy i samotny jest mężczyzna, gotów lecieć kilka godzin w ustronne miejsce, aby do kolekcji znanych sobie rozkoszy dodać tę, której jeszcze nie zna i która nareszcie da mu pełnię szczęścia. Chuć i żądza „pełni życia” zaćmiewa mu umysł i pozbawia rozsądku, rozwiewając niewygodne myśli i podszepty zdrowego rozsądku – że będzie nagrywany, że kiedyś to wyjdzie, a przede wszystkim, że będzie się czuł bardzo nieszczególnie, patrząc na dziecko czy prawie dziecko, z którego zlazł i które łykając niewidoczne łzy przemyka do łazienki.

To ja już wolę niepiśmiennego średniowiecznego księcia, który o skrupułach nie słyszał, piętnastolatka to dla niego kobieta, a w krwawym rzemiośle, jedynym jakie jest mu znane, szkolono go od samych postrzyżyn. Problem Główny współczesnych miliarderów, polityków i profesorów-celebrytów, czyli „jak w sposób dyskretny i niewykrywalny skorzystać z usług prostytutki?” byłby dla niego zupełnie niezrozumiały. Wprost absurdalny.

Wszystko przez tą cholerną Reformację! Gdyby nie purytanizm i cała ciągnąca się na nim pruderia i obyczajowa obłuda, każdy wielki pan, tak jak zawsze, miałby swój harem i nie musiałby frymarczyć tajemnicami gospodarczymi ani zdradzać swojego kraju, nie mówiąc już o traceniu czasu na dalekie podróże.

Ci wszyscy żałośni „przyjaciele” Epsteina, składający mu zlecenia na „usługi finansowe”, a przy okazji na młode ciała, reprezentujący rozmaite modele „człowieka sukcesu” i rozmaite kręgi kulturowe, mają nam do powiedzenia jedno: miliardy i władza nie cieszą, jeśli nie towarzyszy im pełna satysfakcja seksualna; jej osiągnięcie nie jest zaś wcale łatwiejsze, gdy jesteś bogaty i masz władzę. Potężni mężczyźni mogą być zrobieni z galarety. I jest coś naprawdę wyzwalającego w tej prawdzie i pocieszającego w tym fakcie, że nasze płynne i na swój sposób bardzo demokratyczne czasy zdołały obalić ostatnie mity nowoczesnego życia publicznego. Po Epsteinie nic nie będzie już takie samo – bo wszystko będzie znowu tak, jak było przez wieki.

Reklama