Czy Polska przetrwa?
Gorszące sceny z posiedzenia Biura Bezpieczeństwa Narodowego to nie pierwszy sygnał destrukcji formalno-proceduralnych ram funkcjonowania państwa, zabezpieczających nas przed skutkami ekscesów niedorosłych do swych ról funkcjonariuszy państwa. To samo dzieje się również w innych krajach, na czele z USA. Rozprzężenie, jakie przyniósł ze sobą wynalazek internetu, a zwłaszcza mediów społecznościowych, sprawiło, że znikły bariery oddzielające sferę prywatną od publicznej i powagę od niepowagi. Osobiste słabości i niedomogi charakteru stały się czymś naturalnym, czymś, czego nie trzeba się wstydzić, skoro internet nauczył nas, że naprawdę wszyscy jesteśmy próżni i dziecinni, a kto byłby poważny i poważnie traktował poważne sprawy, ten jedynie się zgrywa i udaje kogoś, kim wcale nie jest.
Można powiedzieć, że opadły maski, a raczej zasłony. Świat stał się mniej więcej tak bezpieczny i obliczalny, jak zdziecinniałe serce Wielkiego Starego Bobasa, bawiącego się państwami, jak dawniej dzieci bawiły się ołowianymi żołnierzykami. Prawo międzynarodowe zaś stało się zaś retorycznym lukrem, blichtrem, wartym tyle, co żyrandole w nowej Sali balowej Białego Domu. Nikt poza Europą nie traktuje go poważanie. Widząc ten cały upadek, całkiem serio zadaję sobie pytanie, czy nasz kraj przetrwa jako niezależne państwo narodowe kolejne sto lat.
Jestem w tej kwestii umiarkowanym pesymistą. Nie ma wątpliwości, że przy obecnym poziomie spójności i powagi państwa, jest ono bardzo narażone na atak i utratę suwerenności, gdyby tylko zamknął się nad nim ochronny parasol. A przecież parasol właśnie się zamyka. NATO staje się bytem wirtualnym, zdanym na kaprysy aktualnego prezydenta USA, którym w dowolnym czteroleciu może być jakiś troglodyta. Żaden mechanizm nie chroni USA (i nas) przed taką ewentualnością. Nie ma więc mowy o tym, aby niepodległość Polski gwarantowana była przez USA w ramach NATO. Tylko zupełna wasalizacja naszego kraju względem USA, dawałaby coś w rodzaju warunkowej gwarancji vis a vis Rosji, lecz właśnie za cenę utraty suwerenności względem Ameryki, co zresztą właśnie na naszych oczach się materializuje.
Nie można też liczyć na jakiś poważniejszy sojusz wewnątrzeuropejski, przynajmniej dopóty, dopóki o wysyłaniu żołnierzy na wojnę decydować będą parlamenty narodowe. Gdy chodzi o wojnę gorącą, opartą na sile militarnej, realne zagrożenie polega na zażądaniu od Polski tzw. przesmyku suwalskiego. Doprawdy trudno sobie wyobrazić, aby w jego obronie parlamenty Francji i Niemiec wydelegowały na śmierć tysiące francuskich czy niemieckich żołnierzy. Zresztą i Polacy nie pójdą się bić za Tallin, skoro nawet nie biorą pod uwagę przyłączenia się do sił strzegących przyszłego pokoju w Ukrainie. A jak biliby się o przesmyk? No, nie byłbym taki pewien, że umieranie za przesmyk stałoby się sprawą honoru każdego młodego Polaka.
Nie, polegać możemy prawie wyłącznie na sobie, a „my” w dobie internetu to bardzo wirtualny niepewny byt. Mamy zresztą nie lada problem nie tylko z więzią społeczną, która wszędzie w świecie ulega osłabieniu, w rytm globalizacji kulturowej. Otóż wojna powoli staje się wolną technologiczną i informatyczną, ze wsparciem dywersji i dezinformacji. A jakie tu mamy szanse? Mizerne. Agresywna dezinformacja i dywersja opierające się na hakowaniu systemów informatycznych w ciągu kilku lat staną się głównym „rodzajem broni”, a podstawą jej skuteczności będzie oprogramowanie AI i cała wielka infrastruktura hardwearowa, do której nasz dostęp będzie w pełni uzależniony od dobrej lub złej woli USA. Może i poradzimy sobie informatycznie, bo mózgi mamy dobre, lecz chipy nie chipsy – ktoś nam musi je sprzedać.
Zdolności kontrwywiadowcze to ludzie i sprzęt. Ludzi mało, a sprzęt nie jest i nie będzie najnowocześniejszy. A jak wejdą do użytku komputery kwantowe, to przewaga wielkich mocarstw może stać się miażdżąca. Teraz też jest taka. Bądźmy szczerzy: gdyby dziś Putin kazał swoim szpiegom w Polsce wysadzić pociąg albo zatruć wodociąg, to miałby sporą szansę na sukces. Gdyby kazał wysadzić pięć pociągów i zatruć pięć wodociągów, to szansa, że polski kontrwywiad udaremniłby wszystkie dziesięć zamachów, byłaby bliska zeru. A za to w drugą stronę… Chyba nie ma nawet o czym gadać.
A jakie mamy szanse oprzeć się kremlowskiej dezinformacji i propagandzie? Cóż, skoro co dziesiąty Polak zamierza dziś głosować na człowieka, który mówi dokładnie to, czego z radością słuchają analitycy na Kremlu i co bardzo chętnie będą mu suflować copywriterzy rosyjskiej propagandy, to dlaczego za dekadę ten człowiek nie miałby dostać co piątego głosu? Przecież to tylko kwestia podkręcenia przekazu. Algorytmy są w rękach amerykańskich. Dopóki kwitnie biznesowo-kompromatowa miłość między Waszyngtonem a Kremlem, o ich przestrojeniu na niekorzyść Rosji bądź USA nie ma mowy. Ba! Taki Trump (lub jakiś Trump przyszłości) równie chętnie dogada się z Rosją w sprawie przesmyku suwalskiego, jak w kwestii Donbasu. Nikt nie wierzy dzisiaj w wycofanie się wojsk rosyjskich z okupowanych terenów, podobnie jak w upadek Hamasu. Po prostu Trumpowi nie zależy ani na jednym, ani na drugim. A o takich spawach dziś rozstrzyga jego kaprys i jego interes.
Czas powiedzieć sobie jasno – Polska nie ma przyjaciół. Nie ma żadnego narodu, który czułby się głęboko kulturowo i duchowo powiązany z Polakami, tak jak Słowacy z Czechami, Belgowie z Francuzami, Anglicy z Irlandczykami, Norwegowie z Duńczykami, Niemcy z Austriakami, a nawet Ukraińcy (tak, tak) z Rosjanami. Nikogo, dosłownie nikogo nie interesują nasi bohaterowie, nasz dobrobyt lub jego brak, nasza poezja i nasz przesmyk suwalski. Jesteśmy naprawdę sami. I to jest nasze największe narodowe nieszczęście. Również nas nikt nie obchodzi. To działa w obie strony i w obie strony jest przerażające. Zwłaszcza w kontekście niepodległości i szans jej zachowania.
Na co więc mamy postawić? Dziś pewnie jest już za późno, ale jeszcze w latach 90. była szansa na zbudowanie wspólnoty kulturowo-politycznej polsko-czesko-słowackiej. Mogliśmy się podczepić pod braterską więź Czechów i Słowaków, bo duży partner mógł być dla nich atrakcyjny. Dziś jest to już zupełnie nierealne. A zresztą Słowacja z Czechami to nadal za mało, aby wspólnie się obronić. Bo akurat nasz wróg ma taką cechę, że nie żałuje żołnierza, podczas gdy dla nas tysięczne straty byłyby narodową tragedią.
Owszem, Polska nigdy nie była tak bezpieczna, jak dziś. Ale to niewielka pociecha, bo przecież to polskie bezpieczeństwo, w każdym razie w XX wieku, było beznadziejnie mizerne i szybko zmieniało się w okupację i podległość. Na razie chroni nas to, co jest jednocześnie naszą tragedią: nikogo specjalnie nie obchodzimy. Ale to marna i chimeryczna ochrona. Może nie jesteśmy już państwem sezonowym – pewnie połowa ludzkości jakoś tam uświadamia sobie nasze istnienie, a połowa z tej połowy mogłaby przytaknąć, zapytana o nasze prawo do suwerenności – niemniej jednak daleko nam do tego, aby być państwem „nieusuwalnym”, to znaczy takim, którego zniknięcie nie mieści się w głowach ani wielkich tego świata, ani zwykłych ludzi. Nauczyliśmy się myśleć, że istniejemy od tysiąca lat. Ale to tylko baśń. Narodowe państwo polskie powstało w roku 1918 i ma mniej więcej taką „energię tożsamościową” jak nowe państwa afrykańskie, bliskowschodnie czy środkowoamerykańskie. Jesteśmy jak to młode drzewo na skaju lasu – niby dobre miejsce, niby już ładnie podrosło, ale jak chłop sobie je zetnie, to niedźwiedź w mateczniku nie zaryczy.