Kogo cieszy ta wojna?
Potworność reżimu w Teheranie jest czymś trudnym do wyobrażenia. Ci ludzie, broniąc swojej władzy, w ostatnim czasie wymordowali z zimną krwią być może nawet trzydzieści tysięcy Irańczyków protestujących przeciwko biedzie i zniewoleniu. Mimo to nie wiem, czy mieszkańcy Iranu cieszą się, że ich brutalny rząd właśnie dostaje łupnia od Amerykanów i Izraelczyków. Pewnie większość ma ambiwalentne uczucia, bo reżim na ogół jest wprawdzie znienawidzony, lecz również Ameryki, a tym bardziej Izraela nikt w Iranie nie kocha. Tak czy inaczej zabicie Chameneiego ucieszyło tak wielu Irańczyków, że mieli odwagę ją manifestować nawet w kraju, co z pewnością jest niebezpieczne. A przy okazji po raz kolejny wszyscy się przekonali, że Mossad ma naprawdę długie ręce i dopadnie każdego, kto zabija Izraelczyków.
Czy cieszą się z tej nowej odsłony Wielkiej Wojny Bliskowschodniej kraje arabskie i ich społeczeństwa? Pewnie się cieszą, bo w krajach sunnickich religijny fanatyzm szyickich ajatollahów i arogancja ich rozsianych po krajach regionu bojówek budzą niechęć i złość. Jeśli w ogóle ktoś się z agenturami Iranu solidaryzuje, to tylko w tej mierze, że dobrze kojarzą się w kontekście znienawidzonego przez większość Arabów Izraela. Większość, bo nie przez wszystkich. Nie brakuje Arabów, którzy akurat Izrael szanują, a Palestyńczyków, którzy pewnego dnia postanowili oddzielić się od narodu arabskiego, a od kilku dekad zasilają swoje organizacje terrorystyczne szyickim groszem, po prostu nie lubią.
Z ataku na Iran nie cieszą się też za bardzo w Moskwie, bo niby coś zyskają na spodziewanym wzroście cen ropy, lecz więcej stracą, nie mogąc już liczyć na dostawy tanich dronów i innego sprzętu z Iranu. Zresztą w ogóle utrata przyjaciela, jakim dla reżimu Putina jest reżim Chameneiego, z natury rzeczy jest porażką. Upadek Al-Asada i upokorzenie irańskiej dyktatury niewiele już pozostawiają Rosjanom przestrzeni na Bliskim Wschodzie. Za to w opuszczone przez nich miejsca mogą bez trudu wejść Chińczycy, będący zresztą o wiele atrakcyjnymi partnerami dla arabskich szejków i bonzów niż ślamazarni i alkoholiczni gangsterzy nasłani z Kremla.
A czy cieszą się mieszkańcy Izraela? Ogólnie tak, bo lęk przed Iranem przez ostatnie lata był dla Izraelczyków wielkim psychicznym obciążeniem, choć już pół roku temu, gdy okazało się, że Iran to jednak kolos na glinianych nogach, ten lęk się zmniejszył. Niemiej jednak nadal panuje w Izraelu przekonanie, że potężna broń atomowa i konwencjonalna, którą produkuje Iran, musi być zniszczona zawczasu, zanim zostanie użyta. A jednak mieszkańcom Izraela nie uśmiecha się, zwłaszcza po dwóch latach wojny w Gazie, zbieganie do schronów przez kolejne miesiące, nie mówiąc już o obawach przez tymi rakietami irańskimi, których jednak nie uda się zestrzelić. Wszyscy liczą się ze stratami w ludziach i jest to świadomość przygnębiająca. Z drugiej strony, a nuż się uda i wkrótce naród irański się obudzi i obali krwawą despotię? Na pewno wielu ludzi, może i w kręgach wojskowych, ma taką nadzieję. Oficjalnie wzywa do tego Netanyahu, wtórując w tym Trumpowi, ale nie sądzę, żeby mówili to szczerze.
Ta wojna pewnie nie skończy się prędko, na przykład w dwanaście dni, jak ta zeszłoroczna; zresztą obecny atak można uznać za kontynuację tego, co zaczęto w 2025 r. Najwyraźniej Amerykanie chcą jakiejś istotnej zmiany w Teheranie i będą strzelać, dopóki tej zmiany nie wymuszą. Jaka to może być zmiana? Nie znam się na sprawach bliskowschodnich, ale widząc, jak postępuje Trump, można zakładać, że nie obchodzi go żadna rewolucja ani demokratyczny zwrot, lecz podporządkowanie się nowej ekipy rządzącej dyktatowi USA w sprawach związanych z wojskowością. Gdy znajdzie się jakaś grupa generałów, którzy obiecają, że dadzą sobie spokój z zakazaną bronią, to Trump zapewne każe wstrzymać dalszy ostrzał. I jest to scenariusz bardzo prawdopodobny. Reżim przetrwa, ale w zmodyfikowanej formie – bez ambicji nuklearnych i masowego mordowania obywateli. Trumpowi może to wystarczyć, bo przedstawi to jako swoje kolejne wielkie zwycięstwo, które będzie mógł rzucić na szalę opinii o swojej prezydenturze, coraz mniej popularnej z powodu słabych wyników gospodarczych, dramatycznego łamania praworządności oraz afery Epstina. Obalenie reżimu byłoby bardzo trudne, nawet gdyby zarówno USA, jak i naród Iranu wykazały się wielką determinacją. Amerykanie musieliby wejść do Teheranu, tracąc wielu żołnierzy, a lud musiałby wylec na ulice, wprost pod kule „strażników rewolucji”. To z kolei bardzo mało prawdopodobny scenariusz.
Powodu do radości z pewnością nie mają Palestyńczycy. Zajęci w Iranie Izraelczycy będą osłabieni w Gazie, co niechybnie wykorzysta Hamas. Trump, w imię swoich wizji szponiastego gołąbka pokoju, zatrzymał wojnę w Gazie, umożliwiając Hamasowi przetrwanie. Pokazał tym samym, że wolność Palestyńczyków go nie interesuje, a organizacje terrorystyczne atakujące Izrael nie są jego bólem głowy. Jeśli na Izrael będą spadać irańskie rakiety, Hamas z pewnością się zaktywizuje i zacznie atakować izraelskie wojska w Gazie i po staremu pastwić się nad ludnością. To jest to, co umie i lubi robić najbardziej. A zajęte Iranem IDF nie będę mogły wiele z tym zrobić. Zresztą kapryśny patron zza wielkiej wody nie pozwoli. Nigdy jeszcze Izrael nie zależał tak bardzo od USA i nigdy ta zależność nie była tak frustrująca. Na dziś wygląda to tak, jak gdyby ofiara horroru w Gazie miała iść na marne. Wyzwolenie Gazy od Hamasu odwleka się na mglistą przyszłość, nie mówiąc już o powrocie do izraelskiego planu sprzed 21 lat, aby mieszkańcy Gazy mogli rządzić się całkowicie suwerennie.
Zgaduję, że prawdziwa radość z powodu krytycznych kłopotów szyickiego reżimu w Teheranie zapanowała w Arabii Saudyjskiej i w Turcji. Bo chyba jednak nie w USA. Dla Amerykanów to daleka wojna zastępcza, którą spanikowany Trump prowadzi w swoim prywatnym interesie, próbując ratować swoją topniejącą popularność. Przy tym wojna nielegalna, bo niezatwierdzona przez Kongres. Europa też nie jest szczęśliwa, bo widać już, że z tragedią Ukrainy i konfrontacją z Putinem wkrótce zostanie sama. Do tego komu dziś potrzebny wzrost cen ropy? A co tam w Pekinie? Cóż, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Niewiele ich to pewnie obchodzi, ale zawsze to jakiś punkt w rozgrywce z USA. Ameryka zajęta wojną nie jest wszak silniejsza. Wojna to kosztowna sprawa.
Mam nadzieję, że Iran nie będzie już krytycznym zagrożeniem dla Izraela ani innych państw. Mam nadzieję, że odrażający reżim nieco się ucywilizuje i przestanie mordować kobiety za nienoszenie chust. Mam nadzieję, że wojna nie będzie się ciągnąć przez długie miesiące. A przy tym śmierć Chameneiego sama w sobie jest jakąś satysfakcją. Nie ma bowiem prawdziwej sprawiedliwości na tym świecie, lecz przynajmniej są jej przebłyski.