Nawrocki? Jaki Nawrocki?

Od początku było jasne, że Karol Nawrocki będzie niszczyć państwo i sabotować rząd, za wszelką cenę dążąc do jego upadku oraz rozpoczęcia procesu wychodzenia Polski z Unii Europejskiej. I to nawet nie dlatego, że posłał go do pałacu z takim zadaniem Jarosław Kaczyński (bo na niego Nawrocki nie musi się już specjalnie oglądać), lecz po prostu dlatego, że sam z siebie jest szczerym „kibolem” i „narodowcem”. A jaka jest ideologia tego towarzystwa, to przecież widzimy w internecie i słyszymy na stadionach i „marszach niepodległości”.

Urząd prezydenta, podobnie jak Trybunał Konstytucyjny, jest zablokowany i nie działa. Naiwni twórcy konstytucji nie przygotowali kraju na wewnętrzne przejęcie przez wrogów i sabotażystów, funkcjonujących w matni przesądów i obsesji, chciwości, strachu przed więzieniem oraz manipulacji rosyjskich agentów. Między innymi poniechano jasnego powiedzenia, że podpisywanie ustaw jest obowiązkiem prezydenta, który może zastosować weto wyłącznie z powodu kolizji ustawy z konstytucją, a nie z jego przekonaniami odnoście do tego, co jest dobrym rozwiązaniem ustawowym, a co nie. Oczywiście, prezydent ma taki obowiązek, tyle że za jego złamanie nie ma kary. A ludzie prości, a zwłaszcza ludzie zdemoralizowani nie znają nawet takiego rozróżnienia. Z pewnością Nawrocki jest przekonany, że skoro weto wynikające z osobistych przekonań jest całkiem bezkarne, to jest też dozwolone i legalne. Nie ma też zapewne możliwości intelektualnych i moralnych, aby pojąć coś takiego, jak obowiązek bez sankcji. Można przypuszczać, że jest autentycznie przekonany, iż wybrano go po to, aby rządził krajem.

Nawrocki w swoim szokującym orędziu z 12 marca posunął się do tego, że zagroził sądem tym, których uważa, za urzędników nielegalnie zadłużających Polskę. To całkiem realna groźba. Nie pierwsza zresztą. Gdyby tzw. prawica powróciła do władzy, z pewnością zaraz zaczęłyby się aresztowania. I być może pewność, że tak właśnie będzie, sprawia, że osoby niezbyt unikające za rządów PiS ostentacji w popełnianiu przestępstw bimbają sobie na wolności. Lękliwa władza chce sobie w ten sposób kupić ich łaskawość w przyszłości, to znaczy na wypadek, gdyby powrócili do władzy. Tymczasem to tak bynajmniej nie działa. Nagrodą za pozostawianie złodziei i przestępców politycznych (tak, jak najbardziej, są takie przestępstwa) może być co najwyżej ich pogarda.

Lękliwość władzy (pod pozorami praworządności) źle wróży zdolności rządu do radzenia sobie z sabotowaniem państwa przez „prezydenta”. Dlatego warto przypomnieć, że w sytuacji nadzwyczajnej, gdy już to system prawny, już to system wykonywania władzy jest sparaliżowany przez nagromadzone sprzeczności, jawnie niekonstytucyjne przepisy i procedury oraz warcholstwo albo zdradzieckość nieodwoływalnych urzędników, moralnym i prawnym obowiązkiem rządu jest działać w duchu i zgodnie z literą konstytucji. Gdy nie podobna nie łamać prawa (bo jest sprzeczne i sprzeczne z konstytucją), to siłą rzeczy to prawo się łamie. Wówczas jednak moralnym i prawnym obowiązkiem organów łamiących prawo jest dbałość o to, by poświęcać posłuszeństwo przepisom mniejszej rangi na rzecz zachowania przepisów wyższej rangi. Zaś lex superior jest zawsze w ostatecznym rozrachunku konstytucja. Polski rząd, a przede wszystkim kontrolujące władzę wykonawczą sądy muszą się nauczyć poważnego traktowania prawnej zasady mówiącej, że przepis wyższej rangi ma pierwszeństwo wobec przepisów niższej rangi, a urzędy muszą działać w taki sposób, aby nie naruszane były konstytucyjne prawa osób pokrzywdzonych przez niekonstytucyjne przepisy i sprzeczne z prawem działania organów władzy.

Okupowanie urzędu prezydenckiego przez wroga rządu i państwa jest takim właśnie przypadkiem, gdy przejawem legalizmu nie jest już drobiazgowe trzymanie się litery przepisów ustaw, lecz wierność stojącej nad nimi konstytucji oraz umowom międzynarodowym, na czele z traktatami europejskimi. Dlatego chciałbym powiedzieć to całkiem otwarcie i o taką otwartość proszę innych: rząd RP musi postępować tak, jak gdyby prezydenta nie było, czyli tak, jak gdyby na tym stanowisku był wakat. Gdy zaś nie ma możliwości uzyskania podpisu pod nominacją, trzeba ją zastąpić plenipotencją rządową oraz uchwałą sejmową. Na posiedzenia BBN i rady gabinetowe można po prostu nie chodzić. Bo niby co się stanie? Podniesie się rwetes „na prawicy”? Ależ ten rwetes i jazgot pełen obelżywości, ewidentnych łgarstw, oszczerstw i wyzwisk, i tak trwa nieustająco! Có to w ogóle za różnica?

Nie ma żadnego znaczenia, że za rządzenie bez ustaw i podpisów prezydenckich, członkowie obecnej władzy staną przed sądem, w razie dojścia wiadomych osób do władzy. Bo przecież i tak zostaną przed sądem postawieni. A zresztą nie po to chyba idzie się do rządu, by w godzinie próby szukać dla siebie bezpiecznej przystani?

Donald Tusk ma wystarczająco dużo lat i wystarczająco historyczny życiorys, aby nie bać się zemsty kiboli i pociągających za kibolskie sznurki ruskich agentów. Czas na zaprowadzenie w Polsce nadzwyczajnych rządów konstytucyjnych, a więc takiej formy rządów, które omijają przejęte i dysfunkcyjne instytucje, a opierają się na zarządzeniach zastępczych, formalnie niżej rangi i nieprzeznaczonych do regulowania spraw prawno-ustrojowych, lecz w warunkach nadzwyczajnej dysfunkcji państwa i – co tu kryć – zagrożenia państwa, gwarantujących przestrzeganie konstytucji i funkcjonalność organów władzy.

Nawrocki powinien zostać uznany przez rząd za urzędnika zdelegitymizowanego, czyli niezdolnego do pełnienia swojej funkcji, czego konsekwencją będzie non recognitio, faktycznie nieuznawanie go za prezydenta. Jest to oczywiście sytuacja głęboko kryzysowa i nadzwyczajna, constitutional hardball, niemniej jednak taki jest wymóg racji stanu. Mam nadzieję, że wraz z wetem Nawrockiego w sprawie SAFE, skończy się kurtuazyjne „upraszanie Pana Prezydenta”, „tłumaczenie i wyjaśnianie wątpliwości”, wycieczki ministrów do pałacu i temu podobne kurtuazje. Na żylecie nie ma Wersalu i żadnych „Panów Prezydentów”; tam są tylko „Tuski – matoły”. A pałac na Krakowskim Przedmieściu to właśnie polska „żyleta”. Z woli większości zresztą. Na szczęście konstytucja stoi wyżej niż wola większość wyrażona w dniu wyborów. I to ona jest wyrocznią, i to jej trzeba się słuchać i koło niej tańczyć, a nie wokół bramkarza z Grandu przebranego za prezydenta.

Reklama