Nauczyciele do szkół!

Jeszcze niedawno wydawało się, że unowocześnianie szkoły polegać powinno na wyposażaniu uczniów w tablety oraz na tworzeniu „interaktywnych” aplikacji oraz portali edukacyjnych. „Multimedia” były słowem-kluczem w opowieści o postępie i „nadążaniu” za duchem czasu. Tymczasem media społecznościowe, na czele z uwielbianym przez dzieci Tik Tokiem, a potem AI, na czele z Chatem GPT, wywróciły edukacyjny stolik, czyniąc wspomniane opowieści poczciwym anachronizmem. Szkoda, że razem z tym w czarną czeluść wpadały niezliczone produkowane na całym świecie „nowoczesne” platformy edukacyjne. Kosztowały krocie, a dziś nikt tam nie zagląda. Za wiele kliknięć, za długa odpowiedź!

A przecież od dawna było wiadomo, w jakim to wszystko zmierza kierunku. Wiadomo było, że nadchodzi epoka wielkich modeli językowych, a powszechne uzależnienie od mediów społecznościowych zdewastuje naszą zdolność do koncentrowania uwagi i zatrzymywania jej przez dłuższy czas na jednym temacie. Szkoła myślała, że jakoś to będzie, ratując się bardziej czy mniej zakamuflowanym obniżaniem wymagań i tworzeniem różnego rodzaju fikcji, jak egzaminy testowe czy matury „na poziomie podstawowym”.

Dziś jednakże nastała godzina prawdy. Głęboka, dysfunkcyjna ignorancja absolwentów szkół stała się zjawiskiem masowym i nie da się już ukryć. Stało się jasne, że szkoły uczą jedynie tam, gdzie nauce towarzyszy brutalna presja (jak w Chinach), nie do pomyślenia w krajach demokratycznych i w liberalnych społeczeństwach.

W jaki sposób można by więc jeszcze uratować edukację na Zachodzie? To pytanie absolutnie kluczowe, a jeśli nie znajdziemy na nie praktycznej odpowiedzi, za kilkanaście lat Zachód stanie się poznawczym trzecim światem, podczas gdy kognitywne zasoby ludzkości na dobre osadzą się w kosmosie Azji, gdzieś pomiędzy Japonią, Chinami, Koreą i Indiami.

Szkoła jest instytucją tak słabą i defensywną, że w żaden sposób nie można wymagać od niej cywilizacyjnego leadership. Wisi nad nią zalękniona i opresyjna biurokracja, obciążają zadania polityczne i ideologiczne, a presja społeczna (rodzicielska) sprawia, że w umysłach zastraszonych i upokorzonych nauczycieli oraz uczniów co rusz włącza się oportunistyczny „tryb przetrwania”. Oportunizm i działanie pod presją lęku jest stałym atrybutem współczesnej szkoły, którego nie można zmienić przez żadną reformę.

Upadek szkoły jest faktem, lecz i szansą. Kryzys jest tak głęboki, że możliwe stało się fundamentalne przewartościowanie edukacji i redukcja jej celów. Skoro nie ma już mowy o tym, aby kompetentni nauczyciele (w porównaniu do AI i edukacyjnych awatarów nie są ani trochę kompetentni!) nauczali skupioną i pragnącą wiedzy młodzież (bo nie jest skupiona i niczego nie pragnie zatrzymać w pamięci), to pozostaje jedynie robić z młodzieżą dokładnie to, na co ją stać, a więc przeglądać internet i zatrzymywać się na krótkie postoje to tu, to tam.

Jeśli lekcje mają czegoś uczyć, to głównie tego, aby dziecko chciało oglądać w internecie mądrzejsze rzeczy – aby chciało i umiało je znaleźć oraz miało ambicję, żeby zatrzymać uwagę na kilka minut i zrozumieć coś, co może mieć znaczenie i wartość. Wartość poznawczą, moralną, estetyczną. Nauczyciel może być przewodnikiem po internecie, pokazującym, co warto oglądać i czytać, a czego lepiej unikać. Wspólne serfowanie i skrolowanie, oglądanie filmików, a także pisanie promptów i odczytywanie odpowiedzi AI może być wstępem do rozmowy i źródłem pomysłów na uczniowskie projekty i prezentacje.

Nie ma co udawać, że nauczyciele wiedzą więcej i mają lepszy dostęp do wiedzy, niż dowolny „agent” sieci – ludzki, pozaludzki albo mieszany. Ściganie się z AI, podcastami tematycznymi, seriami filmów popularnonaukowych itp. nie ma żadnego sensu. Cała wartość dodana, jaka może wnieść szkoła (oprócz pilnowania i zabawiania dzieci przez kilka godzin pięć dni w tygodniu), to obcowanie z inteligentnym i światłym użytkownikiem tych samych narzędzi, czyli z nauczycielem. Tylko tyle i aż tyle.

Bo też ilu nauczycieli jest w stanie mądrze poczynać sobie z zasobami sieci i mądrze rozmawiać w modelem językowym AI? Większość zapewne niewiele odstaje pod tym względem od swoich uczniów, którzy dobrze to wyczuwają. Jeśli to się nie zmieni, autorytet nauczyciela zostanie ostatecznie zdewastowany.

Okazuje się więc, że nawet taka radykalna redukcja zadań szkoły wymaga poważnej mobilizacji. Trzeba nauczycieli nauczyć utrzymywania wysokiej zdolności krytycznego i inteligentnego korzystania z zasobów internetu i możliwości AI, a to wcale nie jest łatwe, choćby dlatego, że ucząc się tych umiejętności, natychmiast konfrontujemy się z bezmiarem własnej ignorancji. A jednak nie obędzie się bez wpuszczenia do szkół akademickich edukatorów przygotowujących nauczycieli do nowej roli. Nauczyciele muszą iść do szkoły!

Dopiero wtedy, gdy uczniowie nabędą umiejętności poruszania się w sieci i zdolności panowania nad hedonistycznymi nałogami, na czele z kompulsywnym skrolowaniem mediów społecznościowych, można myśleć o poważnej edukacji dla bardziej uzdolnionych i zmotywowanych. Bo tak czy inaczej, ktoś „w tym kraju” musi mieć wiedzę na serio. Tylko że wiedza w naszych czasach naprawdę stała się „wyższą szkołą jazdy” i nie ma mowy o masowej edukacji, jeśli przez wiedzę i wyedukowanie rozumie się autentyczną znajomość rzeczy, nawiązującą jakoś do erudycji naukowej.

Reklama