16 lat po „Smoleńsku”

16 lat to kawał czasu. A jednak każdy, kto ma choć dwadzieścia kilka lat pamięta ten dzień. Wiadomość o katastrofie smoleńskiej była surrealistyczna. Z gatunku takich, jak uderzenia samolotów w wieże WTC dziewięć lat wcześniej. A jednak 11 września trochę nas już przygotował na niesamowitość i absurdalność, jaka może towarzyszyć wielkim nieszczęściom zawinionym przez ludzi.

Wina była niemal od początku jasna. Po kilku godzinach wiadomo było o nieszczęsnej mgle, lądowaniu na siłę na nieprzystosowanym do takich lądowań lotnisku, niedostatkach szkolenia pilotów, ścięciu drzew. W ogóle nie było przestrzeni na spiskowe teorie. Jarosław Kaczyński z początku też nie rzucał na prawo i lewo oszczerstw i insynuacji.

Ale wkrótce potem zaczął się dziki taniec na grobach i festiwal bezprzykładnego cynizmu w kreowaniu „religii smoleńskiej”. Ten zupełny amoralizm, przekraczający granice autosugestii (gdy sam Kaczyński zaczynał jakby wierzyć w łgarstwa o dowodach zamachu), sprawił, że życie publiczne w Polsce nigdy nie mogło już mieć w sobie żadnej etyczności. Pogrążyliśmy się w jakiejś monotonii bezwstydu i bezgraniczności. Nie było już i nie ma żadnych nieprzekraczalnych moralnych granic, znikły wszelkie konwencje i konwenanse, a utyskiwanie na upadek obyczajów i rozpanoszenie się chamstwa i brutalizmu uchodzi na niestosowną zgrywę. Wszak wszyscy wiemy, że dawny świat się skończył i nigdy już nie będzie żadnych manier ani przyzwoitości. W dodatku na to wszystko przyszedł Trump i kultura hejtu/trollingu. Jeszcze raz czy drugi oniemieliśmy, ale to już przeszłość.

Gdyby dziś wydarzyło się coś podobnego, to co? Z pewnością nie byłoby już wielkiego wstrząsu ani narodowej żałoby. Byłoby wydarzenie, owszem. Byłoby gadanie o spisku i oskarżenia. Ale też nic, co choć w zarysie przypominałoby fenomen Macierewicza i jego „podkomisji”. Nie przeszłyby też parówki, sztuczne mgły i inne błazeństwa. Wraz z utratą moralnej niewinności, utraciliśmy też energię zbiorowej afektacji, a za to nabraliśmy odrobinę rozsądku i krytycyzmu; już nie taki ciemny jesteśmy naród. No i nam nie zależy. Dziś taki news, jutro inny. Upadł samolot? No, fakt, jest temat na kilka dni skrolowania. W telefonie nic nie jest dostatecznie ważne ani dostatecznie straszne. Snujemy się, rozkojarzeni, zmęczeni i cyniczni, w oczekiwaniu jakiejś nowej pandemii albo wojny, a jednocześnie pewni, że wszystko da się przeżyć i niczemu nie należy się dziwić. Coś na pewno pieprznie, ale może tylko u sąsiada? Zawsze trzeba myśleć pozytywnie, czyż nie?

Smętne doświadczenia XXI wieku uczyniły nas nieczułymi i odebrały entuzjazm. Zestarzeliśmy się o stulecie. Nic nas nie ruszy. Wszystko jest fikcją, zgrywą i filmikiem w telefonie. A i nasza śmierć nikogo nie obejdzie na dłużej niż tydzień. Dziś nawet dziecko jest dość stare, żeby to wiedzieć. Groza? Jaka groza?

Ideały sięgnęły bruku, ale ktoś je przed świtem sprzątnął. Smoleńsk był ostatnim podrygiem anarchicznej epoki „transformacji” i ostatnim porywem szczerych uczuć. Śmierć ofiar tej tragedii nie poszła na marne. Wraz z samolotem upadły złudzenia i ekstrawagancje epoki odprężenia. To był nasz krajowy 11/9, nasz początek wieku. A szesnaście lat, które upłynęło od tego nieszczęsnego dnia, wydaje się epoką. Polska to teraz inny kraj, Europa to teraz inny kontynent, a świat to teraz inny świat. Żyjemy kompletnie czym innym, nasze serca są twarde, a umysły wycofały się i zamknęły w sobie, ustępując miejsca machinom korporacyjnym i AI. Nawet wojna nie jest już jak wojna. Jakieś drony, srony. Wszysto jest zresztą „sr”. Dla człowieka-srowieka nie ma już miejsca, więc i starać się nie trzeba. Korpo zadba, żeby nie zabrakło nam na przyjemności, więc kupujmy je, póki jakiś wariat nie spuści nam bomby na łeb. Hedonizm jest jedyną odpowiedzią na świat, którego nie da się już zrozumieć, a tym bardziej kontrolować. Dopóki nam biznes kręci się…

W jednym mieli szczęście ci, którzy nie wrócili tego dnia. Zakończyli życie w pięknej epoce i zostali jej wierni. My zdradziliśmy chyba wszystko, co było do zdradzenia, a oni zatrzymali się w tragicznym kadrze historii, jak gdyby odmawiając pójścia dalej. Za to my poszliśmy w tę przyszłość, zasobną i odrażającą, bez czci i sensu. Ich pamięci jest cześć, a naszej już pamięci ani uczczenia nie będzie, ani nawet tej pamięci nie będzie. Po co? Mało to ludzi się tu pęta?

Reklama