Refleksje na Dzień Niepodległości
11 listopada to święto w co najmniej dwóch krajach. Francuzi świętują zakończenie Wielkiej Wojny, a Polacy odzyskanie niepodległości. Data jest nieco umowna, ale faktem jest, że w tych dniach Niemcy odpuścili. Między innymi zakończyła się niemiecka okupacja Warszawy i polska stolica znów stała się polska. Ale nie było to żadne „odzyskanie niepodległości”. Pojęcie niepodległości odnosi się wyłącznie do realiów nowoczesnego państwa narodowego, a takie przed rokiem 1918 w przypadku Polski bynajmniej nie istniało. Dawna rzeczpospolita nie była niepodległa, lecz co najwyżej można powiedzieć, że jako królestwo miała suwerena. Był nim król – przynajmniej nominalnie. Najczęściej jego władza była taka sobie, bo państwo nie było scentralizowane ani silne, niemniej było monarchią. Monarchią feudalną, wpisaną w system paranteli dworów panujących oraz w ogólnoeuropejski podział władzy między umownym „cesarstwem” i „papiestwem”.
Paradoksalnie, funkcjonując na przecięciu domeny katolickiej i prawosławnej Polska, czyli w praktyce polsko-litewscy królowie i magnaci oraz biskupi, mieli sporą niezależność polityczną. Mimo to nie ma sensu mówić, że dawna Polska była niepodległa i tę niepodległość utraciła, by potem ją odzyskać. Międzywojenna Polska była państwem nie tylko zupełnie innego rodzaju niż Polska przedrozbiorowa, lecz samo pojęcie państwa w obu przypadkach jest całkiem inne. Dawna Polska była zrzeszeniem szlachty, a II RP była państwem narodowym, należącym w założeniu do wszystkich mieszkańców, niezależnie od przynależności klasowej. W sposób uprzywilejowany należała zaś do tych, którzy definiowali się jako Polacy, co mogli czynić niezależnie od statusu społecznego. Zupełnie inaczej było przed rozbiorami – podmiotem państwa była wyłącznie szlachta, a dopiero pod sam koniec istnienia Pierwszej Rzeczpospolitej do jakiegoś stopnia również mieszkańcy niektórych miast. Za to przynależność etniczna miała znaczenie marginalne, a „Polak” nie znaczyło bynajmniej „członek narodu polskiego”, lecz katolicki szlachcic – poddany polskiego króla; co więcej, w pojęcie Polaka wpisana była rasowa odrębność (brak związków krwi) z wiejskim gminem, stanowiącym grubo ponad 90% społeczeństwa. I doprawdy mało komu przychodziło do głowy, że Polska ma się jakoś gorzej z tego powodu, że król jest Szwedem albo Niemcem. Ba, w konstytucji 3 maja zagwarantowano nawet, że będzie elektorem saskim, czyli właśnie Niemcem. Tylko pozazdrościć naszym przodkom niewinnego i zupełnego braku plemienno-nacjonalistycznych emocji. W kwestii tożsamości nie liczył się „etnos”, czyli coś, co wkrótce miało się stać tożsamością narodową, lecz religia. Gdyby Polską mieli rządzić królowie niekatoliccy, lecz protestanccy bądź prawosławni, to dla szlachty byłby problem. Dla chłopów w znacznie mniejszym stopniu, bo najczęściej nie mieli żadnych powodów interesować się przynależnością państwową ziemi ich pana ani, by tak rzec, kolorem jego paszportu. Napisy na urzędach też nie miały dla nich znaczenia, bo po niemiecku tak samo nie umieli czytać, jak po łacinie czy po polsku.
Rozbiory były nieszczęściem dlatego, że Polacy, czyli kilka procent społeczeństwa, dostali się pod panowanie władców innego wyznania, z którymi nie mogli zadzierzgnąć normalnej więzi feudalnej, gwarantującej im zachowanie przywilejów. Na całe szczęście pod koniec XVIII w. byli już ludzie myślący w całkiem innych, nowoczesnych kategoriach. Dla nich zabory stanowiły sygnał do walki o stworzenie nowej polskiej państwowości i nowego Polaka – Polaka-obywatela, cieszącego się gwarantowanymi konstytucyjnie prawami. Tym ludziom nie chodziło o „odzyskanie niepodległości”, lecz o stworzenie niepodległego, czyli nie podlegającego ani Rosji, ani Prusom, państwa polskiego. Całkiem nowego! Na całkiem nowych zasadach! A przywódcą tych nowo-Polaków był Tadeusz Kościuszko. To właśnie insurekcja kościuszkowska była momentem, w którym zaczął się rodzić naród Polski. Naród złożony z potomków ludności ciemiężonej i niewolnej przez dawnych Polaków (szlachtę) i przez tychże Polaków głęboko pogardzanej. Swoją drogą trudno sobie wyobrazić ten proces narodotwórczy bez reformacji, która wprawdzie została w Polsce brutalnie stłumiona, lecz zasiała ziarno polskości kulturowej („Polacy nie gęsi..”).
Z tych wszystkich powodów mówienie o „odzyskaniu niepodległości” jest nieporozumieniem i błędnym, ahistorycznym sposobem wyrażania się. W 1918 r. Polska po prostu uzyskała niepodległość i po raz pierwszy w swych dziejach zaistniała jako nowoczesne państwo narodowe. Z początku zresztą na kredyt, bo w pierwszych latach niepodległości ludzie mówiący o sobie „Jestem Polakiem, Polką” było znacznie mniej niż połowa. Jednakże w krótkim czasie szkoła, radio, kult Marszałka itp. zrobiły swoje. Ale najwięcej II wojna światowa. Nienawiść do okupanta zjednoczyła społeczeństwo, tak że w roku 1945 prawie wszyscy ludzie mówiący po polsku i żyjący w granicach „Polski lubelskiej” wiedzieli, że są Polakami, a Polska jest ich ojczyzną. W ten sposób ostatni „maruderzy” dołączyli do rosnącej przez cały wiek XIX rzeszy polskich patriotów i niepodległościowców.
Przywilejem małych narodów jest walczyć o niepodległość i tęsknić za „wolną ojczyzną”. Dzięki temu w konstrukcję ich tożsamości narodowej wpisana jest walka, bohaterstwo i ofiara, a „ojczyzna” jest krainą ze snów – snów o wolności. Duże narody muszą się zbudować na innym micie – najczęściej na micie zjednoczenia małych księstw albo demokratycznej rewolucji. Nie są to narody romantyczne, ale za to są polityczne, a dzięki temu, że demokracja wpisana jest w ich narodową dumę i tożsamość, łatwiej jest im dzisiaj praktykować ustrój wolności.
Tymczasem pojęcie „wolnej Polski” prawie w ogóle nie ma w sobie pierwiastka demokratyczno-konstytucyjnego. „Wolna” znaczy tu tylko „wolna od dominacji Rosji, Niemiec bądź Austrii”, nie zaś „wolna od autorytaryzmu i dyktatury”. Jakie to smutne, że ogromna większość Polaków w ogóle nie dostrzega tej zasadniczej różnicy i wcale o niej nie myśli. Dlatego bardziej im zależy na tym, żeby powiewały polskie flagi i rozbrzmiewał polski hymn, niż na tym, żeby ich państwo było praworządne i demokratyczne. Polacy nie zdążyli stać się narodem politycznym i teraz, gdy epoka państw narodowych i nowoczesnych narodowych wspólnot narcystycznych się kończy, zostali, by tak rzec, z flagą w ręku.