Wyścig na okręcie Beagle czyli Faliński po latach
Bez niepotrzebnej skromności napiszę, że miałem szczęście być studentem jednych z najwybitniejszych polskich naukowców i naukowczyń przełomu wieków. Były przypadki, że poza wpisem do indeksu w sumie niewiele z tego pozostało, ale kilkoro z nich zapisało się wyraźniej w mojej pamięci. Nie tak dawno opisałem tu w ramach rozszerzonych nekrologów Piotra Węgleńskiego i Andrzeja Prejsa. (Trochę dawniej Zbigniewa Podbielkowskiego, ale jego poznałem już jako emeryta, a mnie uczyli jego uczniowie.) Parę razy wspomniałem Macieja Gliwicza (w tym przypadku wspomnienie napisałem dla Pulsara), a i niektóre inne osoby zainspirowały mnie do wpisu.
Do osób, które również wyróżniły się w mojej edukacji należy Janusz Bogdan Faliński. O nim wspomnienia nie napisałem, bo zmarł zanim trafiłem na ten blog. Mogę jednak powiedzieć, że choć poznałem kilka, a czytałem kolejnych wiele osób opisujących Puszczę Białowieską, to właśnie wizja Falińskiego ukształtowała mój pogląd na nią najmocniej. Faliński spędził w puszczy kilkadziesiąt lat, prowadząc badania określane jako monitoring, zanim to słowo weszło na dobre do języka polskiego. Monitorował sukcesję roślinności na Polanie Białowieskiej, dokumentując rok po roku (monitoring cechuje powtarzalność, interwały wcale nie muszą być w tym częste) wkraczanie lasu na łąkę. Był jednym z pierwszych w Polsce badaczy roślin inwazyjnych. Był prekursorem ekologii i ochrony przyrody, łącząc te dwie dziedziny i jednocześnie wyraźnie je odróżniając. Jednocześnie przyznał (w 1985 roku!) „Zadekretowany z wysoka podział na ekologów i ekologistów miał oddzielić naukę od nie-nauki, świadomość od emocji, głębokie studia
przyczynowe od doraźnej ekspertyzy, a spowodował tylko zamieszanie.”
Był jednym z liderów przekształcania się geobotaniki w ekologię roślin i ochronę przyrody, a jednocześnie z przekąsem pisał o zmianie nazw instytutów z zoologii i botaniki na ekologię i ochronę środowiska. Był przekonany, że ochrona przyrody nie powinna być tylko modą, ale powinnością każdego biologa, a właściwie każdego kulturalnego człowieka. Pracując w białowieskiej stacji UW, starał się przekonywać miejscowych do swoich wizji, a jednocześnie starał się ich zrozumieć. Podczas jednych z zajęć wyznaczył nam spotkania z różnymi osobami – mnie trafił się miejscowy pastor ewangelicki. Nawet udało mu się zostać miejscowym radnym, jak i być pobitym przez nieznanych sprawców, najwyraźniej niezadowolonych z jego dokonań. Przypuszczam, że nie była to żadna osoba studencka niezadowolona z jego bezwzględnego zakazu wnoszenia kawy lub herbaty do pracowni. Pod względem utrzymania porządku był bezkompromisowy. Nie sądzę, żeby był zadowolony, gdyby zobaczył zdjęcie, na którym siedzę na dachu białowieskiej stacji geobotanicznej, wykorzystując jego wyjazd.
Był to czas rozszerzania parku narodowego i niektórzy byli bardzo niechętni do dialogu – zwłaszcza przedstawiciele Lasów Państwowych. Spośród przekonań, które moim zdaniem nieco podważają jego autorytet obserwatora, było to, że sama obecność pięknych dzieł kultury podnosi kulturę (a więc konsekwentnie i podziw dla przyrody) osób stykających się z nimi. W tym świetle zazdrościł mieszkańcom regionu śródziemnomorskiego, przypuszczając, że obojętność na brzydotę architektury i walory natury, z którymi na co dzień stykał się w Polsce, wynika z braku zabytków. W konflikcie postaw dotyczących sposobu ingerencji człowieka w Puszczy Białowieskiej raczej skłaniał się ku maksymalnej ochronie, ale nie ukrywał, że kultura dawała o sobie znać na jej terenie od tysięcy lat, podkreślając obecność puszczańskich kurhanów.
Te sprzeczności były pozorne – nie wynikały z oportunizmu i skłonności do lawirowania czy wręcz hipokryzji, a z głębokiej refleksji i wnikliwego zmysłu obserwacji. Przyznam, że jako student znałem tylko jego prace naukowe, czy raczej podręcznikowe, nie zdając sobie sprawy z tego, że przez lata oprócz nich publikował swoje eseje we „Wiadomościach Ekologicznych” (nieodżałowanych). Oczywiście, dowiedziawszy się o tym, nie doznałem szoku poznawczego – to jak najbardziej pasuje do jego obrazu. Eseje to poznałem dopiero ostatnio, dzięki reklamie w mediach społecznościowych, których nazwa wrzuca komentarze do czarnej dziury blogów Polityki. Pojawiła mi się oferta wydawnictwa Sorus z książką „Wyścig na okręcie «Beagle»”. Wiedząc, że autor nie żyje od lat, pomyślałem, że to jakieś kolejne wydanie, tymczasem sklep wydawnictwa wciąż oferuje oryginał (więc na okładce znalazła się tylko data narodzin autora, a reklama pisze o nim w czasie teraźniejszym). Od paru dni egzemplarz jest już na mojej półce.
„Wyścig…” nosi podtytuł „Eseje o nauce i uczonych”. Nie jest to jednak kolejna seria „Uczonych w anegdocie” – Faliński nie tyle opisuje żywoty świętych, przepraszam – naukowców, ile mechanizmy, którym podlegają. Jeden z esejów – „Zapatrzenie w kwiatek, czyli opisanie Przyjaciela w pięciu twierdzeniach z komentarzem” ewidentnie jest opisem konkretnego botanika i zapewne w gronie znajomych było oczywiste, kogo. Ja dziś już tego nie dojdę. Tym bardziej nie wiem, kto mógł być pierwowzorem naukowca eseju tytułowego (nie, nie Darwin – ten z nikim się nie ścigał) opisanego z dużą dawką ironii.
Nawet te opisy nie są jednak prostymi anegdotami. Faliński zawiera w nich takie obserwacje współczesnej (druga połowa XX w. wcale nie była tak odmienna od obecnej) nauki, które, niby jako dygresja, są jej esencją. Weźmy wspomnianego Przyjaciela, który „jest samotnikiem bardziej z doświadczenia […] bowiem […] owoce pracy naukowej rodzą się w samotności. […] [Te postawy] tylko z pozoru pozostają w niezgodzie z obrazem nauki jako zespołowej fabryki informacji, z wieloautorstwem tysięcy publikacji. Im raport z badań ma więcej autorów, tym bardziej prawdopodobne jest, że idea i samo odkrycie (jeśli zaistniało odkrycie!) jest dziełem jednego lub co najwyżej dwojga z nich. Pozostali zaś gotowi byli uczestniczyć w mozolnej weryfikacji owej idei. Często są współautorami, bo sprawnie posługiwali się narzędziami, bo w imieniu pozostałych zabiegali o środki na badania, ślęczeli nad setkami raportów swoich poprzedników. I wreszcie niektórzy czynili to, co jest w wysokiej cenie: nie umiejąc sami nic wymyśleć, byli stałymi oponentami. Ten złożony fakt nie wymaga oceny, tylko zrozumienia okoliczności, które w dużej części narzucone zostały nam z zewnątrz. Oto niektóre z nich: coraz kosztowniejsza aparatura, wadliwy sposób finansowania badań, pośpiech, sprawozdawczość wymagająca uwzględnienia wkładu każdego rodzaju pracy, nadzieja na awans wiązana ze współautorstwem w danej pracy, itp.” To nie tekst sprzed czterdziestu minut, a sprzed czterdziestu lat. I wciąż aktualny.
Eseje te często są podzielone na krótkie rozdziały – niemal epigramy. To sprawia, że łatwiej wyłuskać z nich myśl przewodnią i wnioski. Inną formą są typologie, czasem wręcz ustawione w formie klucza do oznaczania. Jedna z nich dotyczy ekologów o funkcji ekspertów oceny oddziaływania na środowisko. Sam czasem pełniłem tę funkcję i jak najbardziej odnajduję się w tej kategoryzacji. Nie przyznam się, którym typem eksperta w systemie zaprezentowanym przez Falińskiego jestem najczęściej. W każdym razie, może nie ekspertem nieugiętym, ale i nie ekspertem-cynikiem.
W podobnym tonie utrzymany jest „Klucz do oznaczania dyskutantów w dobie zamętu umysłowego”, którego początek tu przytoczę:
„A. Dyskutant odwołuje się do swojej niewiedzy —>1 lub 2
- Ja wprawdzie nie mam nic do powiedzenia, ale … —> 1a lub 1b
1a. …czuję się w obowiązku zabrać głos, bo wszyscy mówią.
Dyskutant odpowiedzialny
2b. …coś powiem, bo mogą mi nie zwrócić kosztów delegacji.
Dyskutant zapobiegliwy - Ja mam bardzo dużo do powiedzenia… —>2a lub 2b
2a. …chociaż nie wiem, czego wystąpienie dotyczy, … —> 2a’ lub 2a”
2a’ …bo spóźniłem się na posiedzenie.
Dyskutant pechowy
2a”…bo musiałem rozliczyć koszty podróży.
Dyskutant przezorny
2b. …chociaż nie wiem, czego Państwo zdołali się dowiedzieć z dzisiejszego wystąpienia… -> 2b’ lub 2b”
2b’ …bo możliwe, że referat nie wniósł nic nowego.
Dyskutant-malkontent
2b”… bo możliwe, że referat przyniósł same rewelacje.
Dyskutant-entuzjasta…
A’ Dyskutant odwołuje się do innych argumentów —>B lub B’”
Z innych esejów czytelnik może dowiedzieć się – cytuję tytuły – m.in. „Jak zostać sławnym pustelnikiem”, „Jak i kiedy najlepiej pisać o sobie”, „Jak zrecenzować nie napisaną książkę”, a wreszcie „Być rośliną! Być botanikiem!”. Jest w tym wszystkim humor, ale autor zaznacza: „Na pół żartobliwe i na pół poważne przedstawienie problemu […] nie oznacza, że sprawa jest niepoważna i niegodna zasadniczej dyskusji w środowisku […].”
Przyznam, że tematyka zapewne jest najbardziej przyswajalna dla botaników i ekologów. Chociażby przywołany wyżej klucz do oznaczania ma strukturę znaną każdemu biologowi (sprawdzić, czy nie molekularny), a niekoniecznie innym. Jednak tak naprawdę każdy zainteresowany środowiskiem naukowym powinien się zapoznać z esejami Falińskiego. Choćby po to, żeby przypomnieć sobie język, jakim pisali intelektualiści w drugiej połowie XX w.
Osoby, które czytały artykuły Falińskiego publikowane w latach 80. i 90. we „Wiadomościach Ekologicznych”, wciąż mogą pamiętać język i realia. „Wyścig na okręcie «Beagle»” jest ich zbiorem przedrukowanym tuż przed śmiercią autora. Tu i ówdzie zdążył on umieścić przypisy potwierdzające, że niewiele się zmieniło. Każdy rozdział-esej poprzedzony jest mottami, czasem nieco zmodyfikowanymi w stosunku do oryginału z „Wiadomości”, a także – to nowość – reprodukcjami z zielnika Falimirza – jednego z pierwszych polskich dzieł botanicznych. Zawsze musi się znaleźć łyżka dziegciu – tu będzie nią fatalny chochlik drukarski, przez który opisywany Przyjaciel – oryginalnie nieżądny sławy, stał się tej sławy nierządny…
Piotr Panek
ilustracja z materiałów wydawnictwa Sorus
