Ołowiane chmury

Dzięki serialowi „Ołowiane dzieci” w świadomości społecznej przypomniał się problem ołowiu w środowisku. Oczywiście, on nigdy nie uległ zapomnieniu (nawet o Szopienickich „ołowianych dzieciach” POLITYKA pisała choćby 12 lat temu). Zapewne gdyby zapytać człowieka z ulicy o zanieczyszczenia środowiska, ołów pojawiłby się wśród niewielu tych, które są szerzej kojarzone. Pewnie gdzieś obok rtęci. Jednocześnie, nieco przycichł i w ostatnich latach nie pojawiał się raczej w głównych wiadomościach, nawet portali „ekologicznych”.

Czemu tak się stało? Odpowiedź widać na wykresie pod tytułem tego wpisu. Przedstawia on emisję ołowiu w megagramach (czytaj: tonach) w krajach tworzących obecną Unię Europejską w okresie od 1990 do 2022. Przez ostatnią dekadę XX wieku spadek emisji był gwałtowny i w obecnym wieku to zanieczyszczenie wydaje się nieistotne. Przynajmniej w porównaniu z tym, co działo się zaledwie dziesięć lat wcześniej. Przyczyna tego spadku jest oczywista. Fioletowy odcinek słupków histogramu to emisja z transportu drogowego. Ja jeszcze bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy przestrzegano przed ołowiem przy drogach. Pamiętam też politykę zastępowania benzyny zwykłej wersją bezołowiową. Początkowo bez zakazów, a przez zachęcanie. Do dziś na stacjach paliwowych są symbole przekreślonego Pb, tak jakby jeszcze istniał wybór. Dla młodszego pokolenia sens tego symbolu uleciał, skoro dziś benzyna z definicji jest bezołowiowa.

Wykres skopiowałem z raportu Europejskiej Agencji Środowiska. Można w nim znaleźć też inne ciekawe zestawienia. W 1990 roku Polska (jeszcze członkini RWPG, a nie EWG) emitowała 545 ton ołowiu, co stanowiło 2,7 procenta emisji z krajów, które obecnie tworzą UE. Tymczasem Francja i Włochy emitowały po mniej więcej 4,3 tysiąca ton. Za nimi była Hiszpania i trochę dalej Niemcy. W 2022 roku polska emisja spadła o połowę, do 263 ton. Jednak w innych krajach spadek był tak duży, że to stanowiło już 25 procent emisji UE. Jeszcze rok po wejściu do UE Polska emisja – wtedy już zaledwie 280 ton – ustępowała (nieznacznie) włoskiej. Potem jednak Polska wysunęła się na prowadzenie i na tej pozycji pozostała. Polski spadek o połowę nie robi takiego wrażenia, gdy zestawi się go ze spadkiem w większości krajów w skali 90-99 procent. Mniejszy spadek niż Polska zanotowała Litwa, przy czym w liczbach bezwzględnych to zmiana z 9 ton do 5. Malta zanotowała wzrost, wciąż pozostając blisko zera. W tej skali niedaleko za Polską mieszczą się Włochy, a trochę dalej Niemcy.

Spadek emisji ołowiu nie zatrzymał się po jego eliminacji z benzyny. W obecnym wieku odpowiada za niego modernizacja hutnictwa stali i czystsza produkcja energii. Wciąż są to ważne źródła, zwłaszcza w miejscach zindustrializowanych i zurbanizowanych. W niektórych miejscach jednak dostawa ołowiu stała się tak mała, że jego głównym źródłem stała się amunicja myśliwska. Dlatego od 2023 obowiązuje zakaz jej używania na mokradłach.

W każdym razie, polityka wycofywania benzyny ołowiowej okazała się skuteczna, a powyższy wykres jest tego najlepszym przykładem. Choć pewnie ludzie, przynajmniej z mojego pokolenia, nadal są przekonani, że marchewka rosnąca blisko drogi jest pełna ołowiu. Nie jest to tylko anachroniczny przesąd. Transport drogowy wciąż jest źródłem ołowiu, tyle że nie ze spalin, a ze ścierania się opon i hamulców. Ponadto, ołów akumulowany przez dwudziesty wiek wciąż pozostaje w glebie poboczy. Wracając do Szopienic, gdzie huta metali nieżelaznych nie działa od 2008 roku, pod koniec ubiegłego roku opublikowano świeże wyniki badania tamtejszej gleby. Średnia zawartość ołowiu na terenach poprzemysłowych wynosi wciąż od 2,5 g/kg do 4,5 g/kg (choć tu zawartość w niektórych próbkach wyskoczyła poza skalę, więc średnia jest zaniżona), a poza nimi, łącznie z placami zabaw ponad 1 g/kg. (Najostrzejsza klasa według aktualnego rozporządzenia w sprawie sposobu prowadzenia oceny zanieczyszczenia powierzchni ziemi wynosi 200 mg, a najłagodniejsza 600 mg.)

Państwowy monitoring środowiska nie jest nastawiony na szukanie rekordów, tylko na przeprowadzenie skanu całej Polski i badania wieloletnich trendów na w miarę reprezentatywnej próbie. W Katowicach nie ma stanowiska badania gleby. Stosunkowo niedaleko są cztery: w Zawiści, Mokrem, Piekarach Śląskich i Sulikowie. W dwóch pierwszych zawartość ołowiu w glebie przez okres 1995-2025 wahała się około 40 i 60 mg/kg. W tym okresie nie widać szczególnych trendów. W Piekarach też nie widać trendów, ale zakres wahań to 448-550 mg/kg, czyli rząd wielkości wyżej. Natomiast Sulików to już 857-2100. Obecnie te dwie stacje jako jedyne w Polsce wykazują przekroczenie normy. Nie przeglądałem wszystkich stacji na portalu monitoringu chemizmu gleb ornych Polski Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, więc nie wiem, gdzie wartości obecnie są najniższe, ale na kilku stacjach są one rzędu kilku miligramów na kilogram. Nie widać jednak trendów i ogólny spadek emisji nie jest widoczny w stanie gleby. Są stacje, gdzie przez trzydzieści lat wartości spadły o połowę, ale są takie, gdzie wzrosły.

Spadek emisji w Polsce widać za to w ocenach prezentowanych na portalu jakości powietrza GIOŚ. Ołów jest w temperaturze otoczenia stałym metalem, więc jego zawartość w powietrzu mierzy się jako zawartość w pyle zawieszonym. Pył osadza się na filtrach, te po jakimś czasie się zbiera, waży i mierzy zawartość m.in. ołowiu. Dlatego w odróżnieniu od gazów, dane na temat ilości ołowiu nie są dostępne niemal na bieżąco, a dopiero po całej obróbce laboratoryjnej. Ołów zbiera się z pyłu grubszego, o cząstkach większych od 10 mikrometrów (PM10). Obecnie na portalu są oceny zanieczyszczenia ołowiem w skali stref od roku 2004 i prezentują się nudno – cały czas roczna ocena jest w porządku. Można jednak ściągnąć dane bardziej szczegółowe. Jeżeli chodzi o ołów, to sięgają one roku 2000. Wtedy jego zawartość była mierzona w niewielu miejscach, szczerze mówiąc, niezbyt interesujących z punktu widzenia akurat tego zanieczyszczenia (np. uzdrowisko w Ciechocinku, gdzie – jak się można spodziewać – ołowiu za dużo nie było – średni pomiar to 0,0365 mikrograma na metr sześcienny). Ciekawiej się robi od roku 2003, gdy do puli wchodzą pomiary z województwa śląskiego. Tu już kilka stacji ma przekroczoną średnią 0,1 mikrograma, a Katowice nawet 0,2 mikrograma. Widać, że ruch samochodowy ju z wtedy nie był dla ołowiu już tak ważny, bo w tym samym roku stacja przy Alejach Jerozolimskich w Warszawie notuje średnio tylko 0,023 mikrograma. Jeszcze ciekawiej zaś wyglądają dane z województwa dolnośląskiego, konkretnie z ulicy Złotoryjskiej w Legnicy, gdzie średnia wyniosła 0,664 mikrograma. Tak duża wartość już się nie powtórzyła. Stacja ta działała do 2010 roku, notując zwykle około 0,4 mikrograma. W 2004 założono kilka stacji w innych miejscach Legnicy, gdzie wartości były bardziej podobne do reszty Polski. Podobnie zresztą stało się w Katowicach. Jako tło podaje się wartości ze stacji w Borach Tucholskich i Puszczy Boreckiej, gdzie w ostatnich latach średnia zwartość to 0,001 mikrograma na metr sześcienny. W obu tych stacjach widać prawie jednostajny spadek z roku na rok (z poziomu 0,005-0,007 kilkanaście lat temu). Na innych stacjach spadek jest mniej jednostajny, ale równie zauważalny (np. na Alei Rzeczypospolitej w Legnicy z 0,074 w 2004 do 0,028 w 2024).

To dane z tak zwanej depozycji suchej. GIOŚ prowadzi również monitoring depozycji mokrej, czyli chemizmu opadów. Tu poborniki prób otwierają się w czasie opadu (zimą i w górach podgrzewa się je, podczas gdy w większości przypadków trzeba je chłodzić, żeby zachowały stałą temperaturę). Portal prezentuje wyniki w formie map (dane ze stacji przemodelowane tak, aby pokryć całą powierzchnię kraju kwadratami o wymiarach 10 km x 10 km). Najstarsza mapa dotyczy depozycji w roku 2008. Polska jest na niej łaciata – największa łata obejmuje obszar, gdzie ładunek jest ledwo zauważalny, tj. poniżej 1 mg na metr kwadratowy. Sięga od Szczecina po Chełm z wypustkami obejmującymi Olsztyn, Wrocław czy Zakopane. Otacza ją łata z zakresem 1-2 obejmująca m.in. Koszalin, Kraków, Rzeszów czy Białystok. Na drugim krańcu skali są dwie izolowane plamy z depozycją około 7 mg obejmujące zagłębia górnośląskie i legnickie. Zgadza się to z obserwacjami suchej depozycji. Mniej oczywiste są dwie inne plamy lekko podwyższonego ładunku (w zakresie 2-3 mg) w rejonie Przemyśla i Gdańska. W 2011 roku te dwie plamy znikają wchłonięte przez plamę znikomego ładunku. Zostają tylko plamy legnicka i górnośląska. Od 2018 roku znika (albo staje się mniej wyraźna) plama legnicka, choć wróciła (z mniejszym natężeniem) w 2021. Za to w 2022 znikła plama górnośląska. W 2023 już cała Polska była strefą z ładunkiem poniżej 1 mg, z wyjątkiem rejonu legnickiego, gdzie ta wartość była nieznacznie przekroczona. W 2024 nawet ta plama znikła. Dane za 2025 są dopiero w opracowaniu, ale widać, że w Polsce opady praktycznie przestały być zauważalnym źródłem ołowiu. Przynajmniej w skali większej niż najbliższa okolica.

Także wody powierzchniowe w kolejnych cyklach monitoringu okazują się coraz mniej zanieczyszczone ołowiem. W okresie 2010-2015 środowiskowa norma jakości dla wód powierzchniowych wynosiła 7,2 mikrograma na litr. Wartość tę przekroczyły rzeki: Sztolnia (aż 177,7 mikrograma, wspominałem już o niej), Baba (65,7 mikrograma), Kanał Dąbrówka, Biała Przemsza, Stoła i Biała (dopływ Białej Przemszy) i jeziora: Wilczyńskie (27 mikrogramów), Budzisławskie i Niedzięgiel. W przypadku rzek sprawa jest jasna – wszystkie leżą w zagłębiu górnośląskim (choć w większości po jego wiślanej, małopolskiej stronie). To rejon kopalni Olkusza czy Tarnowskich Gór. Wszystkie trzy jeziora leżą blisko siebie między Gnieznem a Koninem. Kolejną ocenę z trzylatki wykonano w 2019 roku i normę przekroczyło aż 55 rzek lub ich odcinków. Czyżby przeczyło to spadkowi emisji i nastąpiło masowe zanieczyszczenie ołowiem? Nie – po prostu w całej UE zmieniono normę. Teraz o złym stanie świadczy alternatywa: średnioroczne stężenie przekracza 1,2 mikrograma na litr (toksyczność chroniczna) lub co najmniej raz stężenie przekroczyło wartość 14 mikrogramów na litr (toksyczność ostra). Lista rzek, które przekraczały starą normę, nie zmieniła się. W Sztolni tym razem średnia roczna wyniosła 227 mikrogramów (maksymalna zaś 487 mikrogramów). Na drugie miejsce weszła Sztoła (48 mikrogramów). Po zaostrzeniu norm na mapie zaczerwieniły się potoki i rzeki także z innych regionów, np. Kolniczanka pod Augustowem. Nowe normy przekroczyło 11 jezior głównie z województw lubuskiego i podlaskiego. Tym razem najwyższą wartość średnioroczną stwierdzono w Jańsku, ale było to 6,3 mikrograma, a więc kilka lat wcześniej mieściłoby się w normie. Gdyby zachować starą normę, nie przekroczyłoby jej żadne jezioro. Trzy feralne jeziora z poprzedniej oceny tym razem miały wykazane zaledwie 0,3-0,4 mikrograma. To przypomina, że w naturze wartość zmierzona w jednym okresie może w innym wyglądać zupełnie inaczej i ocena powinna opierać się na długotrwałym monitoringu, a nie wyrywkowym badaniu. W ocenie z 2024 roku według tych samych norm liczba rzek niespełniających normy spadła do 20., a jezior do 3. Należy pamiętać, że za każdym razem badana lista może się nieco różnić, a ponieważ tym razem wzięto pod uwagę okres sześcioletni, jezioro Jańsko zbadane w 2019 roku nadal trafiło na listę ze swoim rekordem. Dwa pozostałe, zbadane w 2024, to Czarne koło Żarnowca i Dąbrze z wartościami 1,71 i 2,23. W Wilczyńskim i Niedzięglu zawartość średnioroczna okazała się tym razem mniejsza niż granica laboratoryjnej oznaczalności. To przypomina, że w kwestii chemii wody trzeba być ostrożnym przy wyciąganiu wniosków długotrwałych. Stwierdzone zanieczyszczenie może okazać się jednorazowym wypadkiem i po kilku latach nie pozostawiać śladów. Do nowej oceny nie załapała się Sztolnia, więc nie wiadomo, jak się ma jej sytuacja, ale kilka innych potoków i rzek z regionu nadal ma przekroczenia nowej normy, choć w mniejszym zakresie. Chociażby ujściowy odcinek Białej Przemszy po kilku latach ma średnioroczne stężenie mniej więcej dziesięciokrotnie niższe. Wciąż przekracza nową normę, ale dziesięć lat wcześniej byłby uznany za czysty. Obecnie rekord (8,94 mikrograma na litr średniorocznie) należy do potoku Macocha pod Oświęcimiem, choć niewiele ustępuje mu powracająca wciąż w tym zestawieniu Stoła (która ma zresztą wyższą wartość maksymalną). W tym rejonie nie ma mowy o jednorazowym wypadku – tu zanieczyszczenie jest stałe, choć raczej malejące z czasem. Rzeki te zresztą są znane z zanieczyszczenia ołowiem z publikacji Pasternaka z lat 70. ubiegłego wieku z wartościami 80-300 mikrogramów. Skoczeń dla Wisły koło Krakowa (odbierającej wodę z Przemszy) podawał na początku lat 80. zakres 25-275 mikrogramów.

Zanieczyszczenia metalami nie znikają tak zupełnie bez śladu. To nie azot, który może przejść w fazę gazową i ulecieć ani węglowodór, który może zostać rozłożony albo zmetabolizowany w coś zupełnie innego. Ołów może trafić do ciał zwierząt wodnych, a z nimi przez łańcuch drapieżników gdzieś dalej. Może też trafić do osadów dennych. Państwowy monitoring środowiska obejmuje też ten komponent. Rekordowa wartość w okresie od 1990 roku należy do Białej Tarnowskiej w 1994 (4519 mg/kg), ale w czołówce przez lata powtarzają się znane już nazwy: Przemsza, Biała Przemsza, Stoła i bliskie im Matylda czy Chechło. Wartości powyżej grama na kilogram rozkładają się jednak po całym kraju – tu Warta, tam Wisła (i to nie tyle pod Oświęcimiem, ile od Lubelszczyzny do Bydgoszczy), tu Bug. Także mniejsze rzeki – Silnica, Płonia, Krzycki Rów. Wyskok w Białej Tarnowskiej zaskakuje o tyle, o ile kilka lat wcześniej znaleziono tam 8 mg/kg, a kilka lat później 43 mg/kg. Skład osadów potrafi być bardzo mozaikowaty. Poza tym osady, które w danym roku znajdowały się w jednym punkcie, w następnym roku, a zwłaszcza po wezbraniu mogą przesunąć się znacząco w dół biegu rzeki. Zanieczyszczenie osadów rzek z zagłębia górnośląskiego jest jednak dość stałe. Kiedy wziąć dane z dna Przemszy w Chełmku można przyjąć, że sytuacja się poprawia – w 1990 roku było to 302 mg/kg, a w 2025 32 mg/kg. Jednak w 2005 roku to było 2198 mg/kg, więc zmiany nie są jednostajne. Z kolei w innym punkcie Przemszy w 2024 roku było to 303 mg/kg. Natomiast zaskakujące są wyniki monitoringu osadów jeziornych. Geomorfologia Polski jest taka, że nie mamy naturalnych jezior w rejonie największych emisji, więc na górę listy trafiają jeziora z nieoczywistych lokalizacji. Przykładowo w 1990 roku najwięcej ołowiu znaleziono w osadach Jeziora Rajgrodzkiego – 232 mg/kg, ale w 2020 pomiar wskazał 27 mg/kg, a w 2024 jedynie 8,57 mg/kg. Z kolei w Raduńskim Dolnym większość badań mieściła się w zakresie 20-44 mg/kg (raz nawet 8 mg/kg), a w 2023 roku wyszło 354. W ostatnich latach stosunkowo często podwyższona ilość ołowiu znajdowana jest w osadach jezior skądinąd uważanych za czyste (co wynika z małej zawartości wapnia). Przykładem jest Bobięcińskie Wielkie. W 2010 roku było tam około 100 mg/kg, a w 2025 roku 82. Tymczasem w wodzie w tych trzech jeziorach w 2022 średnioroczna zawartość ołowiu nie osiągnęła poziomu oznaczalności. Zatem pod tym względem ciężko o klarowny obraz.

Żeby było jeszcze bardziej zagmatwanie, to wyniki monitoringu wód podziemnych najwyższe wartości ołowiu – powyżej 1 mg/l w 1991 roku wskazywały w studniach pomiarowych w powiecie hajnowskim i Kołobrzegu. W tym czasie w Katowicach było to 0,37 mg/l. W 2000 roku maksymalną wartość (0,05 mg/l) stwierdzono w Helu, a w 2024 maksymalna wartość – 0,003 wystąpiła w powiecie kieleckim. W Katowicach stwierdza się go w stężeniu 0,001 mg/l litr lub mniejszym. Zatem, jeżeli gdzieś się unoszą chmury ołowiane nie tylko w przenośni, to pod nimi mogą płynąć ołowiane wody i leżeć ołowiane gleby, ale im głębiej, tym mniej te zjawiska są powiązane.

Piotr Panek

ilustracja: Europejska Agencja Środowiska, licencja CC BY 4.0

  • większość danych da się znaleźć na stronach Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska
  • Jerzy Cabała, Weronika Nadłonek, Martin Novák, Vladislav Chrastný (2025) Contamination of Zn, Pb and Cd in topsoil in Katowice-Szopienice (southern Poland) as a result of 180 years of metal smelting: environmental implications Geological Quarterly 69 (3) doi:10.7306/gq.1808
Reklama