Długie ręce Izraela. Tym razem uderzył w biura Hamasu w Katarze
Mówi się o serii eksplozji w Dosze i zabitych dwóch wysokich przedstawicielach Hamasu.
Chodzi konkretnie o ekskluzywną dzielnicę Katara, gdzie mieści się szereg instytucji kulturalnych, ale i placówek handlowych, tu też znajduje się siedziba Hamasu. Do ataku doszło w zwykły dzień roboczy, zapewne z założeniem, że na miejscu będą osoby, które Izrael chce dopaść. Później okazało się, że w tym czasie odbywało się spotkanie zespołu negocjacyjnego Hamasu, na którym miała być omawiana ostatnia propozycja Trumpa ws. porozumienia. Izraelska armia twierdzi, że użyła precyzyjnej amunicji i wsparła się danymi wywiadowczymi, by zminimalizować ofiary cywilne. Nie podała jednak, że do ataku doszło w Katarze.

Izrael, głównie minister obrony Jisra’el Kac, od dawna ostrzega, że dopóki Hamas nie spełni oczekiwań rządu w Jerozolimie (czyli nie przyjmie porozumienia i się nie rozbroi), żaden z jego członków nie może spać spokojnie: ani w Gazie, ani poza nią. Katar udziela mu gościny od kilkunastu lat, bo przestał być mile widziany w Syrii; jej polityczny przywódca Chaled Meszal został wyrzucony w Damaszku za knucie przeciwko Baszarowi Asadowi na początku wojny domowej. Katar udzielił schronienia wygnanym, ale i wpompował grube miliony dolarów w organizację, co nie było zresztą żadną tajemnicą. Izrael przyzwalał na transfer gotówki w walizkach do Gazy, co potwornie zemściło się 7 października 2023 r. Pieniądze za spokój stały się skarbonką dla sfinansowania ataku.
W operacji izraelskich sił powietrznych, której nadano kryptonim „Dzień Sądu”, zginęli ponoć Chalil Al-Hajja i Zaher Dżabarin. Nie są to jeszcze potwierdzone informacje. Pierwszy z nich to główny negocjator wystawiony do negocjacji z Izraelem, to drugi szef Hamasu na Zachodnim Brzegu, organizatorem zamachów samobójczych zarówno w Izraelu, jak i na terenach palestyńskich. Po śmierci Jahji Sinwara Al-Hajja uważany był za jednego z głównych pretendentów do schedy. Ze względów bezpieczeństwa Hamas funkcję szefa powierzył kilku osobom naraz.
Izraelska armia podała, że zabici „przez lata kierowali operacjami terrorystycznymi” i „byli bezpośrednio odpowiedzialni za brutalną masakrę 7 października”.
Atak na przywódców Hamasu nie jest całkowitym zaskoczeniem, choć wywołał szok w samym Katarze, który uznał go za nielegalny i sprzeczny z prawem międzynarodowym. Nie jest to precedens; w zeszłym roku w Iranie zginął szef Hamasu Ismail Hanija. Izrael w podobny sposób wyeliminował kierownictwo Hezbollahu w Libanie z Hasanem Nasrallahem na czele i wierchuszkę Hamasu w Gazie, w tym następcę Haniji Jahję Sinwara i jego brata Mohammeda.
Katar różni się jednak nieco od Iranu czy Libanu, z którymi Izrael nie utrzymywał żadnych relacji. W przypadku Kataru jest inaczej. Izrael wprawdzie nie znormalizował stosunków z tym krajem, ale od 30 lat utrzymywał z nim relacje handlowe, a w słynną aferę Katar gate umoczeni byli współpracownicy samego premiera Netanjahu (mieli otrzymywać sowite wynagrodzenie za promocję Kataru w Izraelu, Katar miał też sponsorować kampanie Likudu, co ujawnił Ośrodek Badawczy Bliskiego Wschodu, MEMRI, w 2024).
Na razie nie jest jasne, czy Izrael uprzedził USA o swoich planach (agencja Reuters twierdzi, że tak). Gdyby to zrobił, Waszyngton znalazłby się w niezręcznym położeniu. Donald Trump przywiózł przecież niedawno z Kataru kontrakt na inwestycje opiewający na ponad bilion dolarów, a w prezencie otrzymał luksusowego Boeinga o wartości 400 mln dol. Biznesowa przyszłość mogłaby stanąć pod znakiem zapytania. Nie mówiąc już o tym, że w Katarze znajduje się największa na Bliskim Wschodzie amerykańska baza wojskowa. Netanjahu podkreślił, że atak był „całkowicie niezależną operacją izraelską”, być może po to właśnie, by odsunąć Amerykę od tej sprawy. Ale czy to się uda?
Rzecznik MSZ stwierdził, że „Katar nie będzie tolerował nieodpowiedzialnego zachowania Izraela i zakłócania bezpieczeństwa regionalnego”. Pytanie brzmi, czy i jak zareaguje. Izrael musiał liczyć się z tym ryzykiem i jakoś je wkalkulować. To chyba zamyka drogę do jakiegokolwiek porozumienia czy zawieszenia broni (Katar pełnił tu zresztą kluczową rolę, chociaż ostatnio sygnalizował, że jest gotów zrezygnować z pośrednictwa); wczoraj zresztą Hamas odrzucił propozycję Trumpa, uznając, że byłaby to całkowita kapitulacja. Basem Naim, członek politbiura Hamasu, stwierdził wręcz, że „głównym celem USA jest odrzucenie, a nie przybliżenie porozumienia, które zakończy wojnę”. Hamas chce przede wszystkim ostatecznego zakończenia wojny i wycofania się Izraela z Gazy, problem w tym, że to już nie wchodzi w grę. Ceną za kres wojny ma być złożenie broni przez Hamas, oddanie władzy i wydalenie jego członków z Gazy.
Uderzając w Katarze, Izrael dał jasny sygnał, że czas rozmów się skończył, liczy się wyłącznie siła. Problem w tym, że każdy kolejny dzień wojny to dziesiątki palestyńskich ofiar, ryzyko dla samych izraelskich żołnierzy i zakładników przetrzymywanych w Gazie.
PS Hamas nie potwierdził, że wśród zabitych są Al-Hajja i Dżabarin, zginąć miało za to pięć innych osób związanych z Hamasem, w tym syn Al-Hajji oraz jeden katarski funkcjonariusz sił bezpieczeństwa. Ponadto USA przyznały, że zostały uprzedzone o ataku, a Donald Trump niezwłocznie nakazała Steve Witkoffowi powiadomienie Katarczyków, stać się to miało ok. 10 minut przed izraelskim uderzeniem. Było jednak już za późno, by je powstrzymać. Nie jest jednak wykluczone, że ruchy te mogły w jakiś sposób przeszkodzić Izraelowi dopaść kierownictwo Hamasu, potwierdzono bowiem, że celem był m.in. Al-Hajja.