Trwa chocholi taniec wokół języka śląskiego
Wetując ustawę o języku śląskim, Karol Nawrocki proponuje równocześnie jego ochronę i wsparcie, ale pod nazwą „gwara śląska”. O co chodzi w tym wybiegu?
Pewnie za „językiem”, w rozumieniu prezydenta, czai się naród, nawet jeśli bierze pod uwagę tylko mniejszość etniczną, a „gwara” to jedynie bezpieczne sąsiedzkie pogaduszki przez płot, ewentualnie biesiady Masztalskich przy piwie i krupnioku. Żadne zagrożenie dla świętej jedności narodu polskiego: katolickiej w wierze, językowej w polskości i w ogóle. Z polityczną różnie bywa. W każdym razie gwara musi Ślązakom wystarczyć. Niech nie podskakują.
Z tego weta wyłania się zasadnicze pytanie: czy Ślązakom tak naprawdę potrzebny jest język śląski? W wyborach prezydenckich w całym województwie śląskim, od Bielska-Białej, Sosnowca, po Częstochowę – Rafał Trzaskowski nieznacznie wygrał z Karolem Nawrockim. O niecałe 3 pkt proc.
Za to na terenach typowo śląskich, gdzie się goda i pielęgnuje śląską tożsamość, wyraźnie zwyciężył Nawrocki. Ale to Trzaskowski chodził pod rękę z żoną i hasłem „pierwsza dama ze Śląska” oraz zapewnieniem, że jak wygra, to z marszu podpisze ustawę o języku regionalnym. Nawrocki niczego nie obiecywał i nawet nie zająknął się o potrzebie uznania takiego języka. To co jest grane? Może pytanie o to, po co Ślązakom jest język śląski, jest zasadne?
Ślązacy, domagając się uznania swojego dialektu, godki, za język regionalny, podobnie jak kaszubski, powinni najpierw żądać dostępu do morza. Choć absurdalny na pierwszy rzut oka, może być łatwiejszym celem do osiągnięcia niż błagalne pukanie do drzwi dużego pałacu, pilnowanego ściśle przez trójosobowy garnitur doradców i ochroniarzy najważniejszego obywatela kraju. Prezydent jest bowiem przekonany, że nasze społeczeństwo jest jednorodne kulturowo i językowo, a wszelkie odrębności stanowią zagrożenie dla polskiej racji stanu. Dlatego zawetował właśnie kolejną ustawę o śląskim języku – w przekonaniu, że to ruch wysoce patriotyczny, zapewniający naszemu krajowi bezpieczeństwo i jedność w myśleniu i mówieniu. Wszystkiego.
Jak swego czasu zauważył Max Weinreich (1894–1969, żydowski językoznawca, propagator języka jidisz), język to nic innego jak dialekt (etnolekt, gwara), za którym stoją armia i flota. Nic więcej nie potrzeba, aby gwarze nadać oficjalny status języka, o czym świadczą przykłady, których na świecie jest do licha i trochę.
Ostatnie weto było kolejną już porażką (zaczęło się w 2007 r.) w zabiegach Ślązaków o uznanie ich społeczności za mniejszość etniczną, a godki za język regionalny. Przyjrzyjmy się. W spisie powszechnym z 2021 r. blisko 470 tys. osób zadeklarowało używanie języka śląskiego w kontaktach domowych, w tym 55 tys. jako jedynego języka. W tymże spisie ujawniła się również największa w kraju mniejszość etniczna: prawie 600 tys. polskich obywateli przyznało się do narodowości śląskiej, z tego 240 tys. podało ją jako pierwszą (np. Ślązak i Polak), a 190 tys. jako jedyną: tylko Ślązak!
Na tej fali liczb, niesionej również poprzez kodyfikację śląszczyzny, jej obecność w literaturze, na deskach teatru i w filmie, a przede wszystkim w codziennym życiu – wzmogły się starania o ustawowe uznanie języka. Przyspieszyły po przedwyborczych deklaracjach Donalda Tuska i całej Koalicji Obywatelskiej, że po wygranych wyborach język śląski w mig dostanie status regionalnego, podobnie jak kaszubski. Do kaszubskiego, wpisanego w 2005 r. do ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz języku regionalnym, przyznaje się ok. 90 tys. osób.
Pierwszą ustawę o języku śląskim (a w zasadzie nowelizację ustawy o mniejszościach i języku regionalnym z 2005) uchwalono w 2024 r. W Sejmie i Senacie szło jak z płatka. Aż dokument znalazł się na biurku pakującego manatki prezydenta Andrzeja Dudy – a potem w jego koszu. W uzasadnieniu napisał, co następuje (a co prezydent Nawrocki ochoczo teraz powielił): „Kierując się odpowiedzialnością za państwo, uważam, że nie można zaaprobować żądań o objęcie określonych dialektów językowych przepisami ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz języku regionalnym przy braku do tego jednoznacznych podstaw merytorycznych i prawnych, zwłaszcza w bieżącej sytuacji społecznej i politycznej. (…) Niedające się wykluczyć działania hybrydowe, jakie mogą być podjęte w stosunku do Rzeczypospolitej Polskiej, związane z prowadzoną wojną za wschodnią granicą, nakazują szczególną dbałość o zachowanie tożsamości narodowej. Ochronie zachowania tożsamości narodowej służy w szczególności pielęgnowanie języka ojczystego”.
Można jednak śmiało założyć, że i bez agresji Rosji na Ukrainę język śląski u prezydenta Dudy by nie przeszedł. W imię jedności: jeden naród, jeden język, jedna wiara, jeden… prezydent.
Za to odłamki wojny w Ukrainie spadły w ubiegłym roku na Bogu ducha winny naród i język wilamowski. Język zaczął kształtować się jeszcze w XIII w., kiedy w tym zakątku Śląska (dziś to gmina Wilamowice k. Bielska-Białej) osiedlili się Holendrzy, Flamandowie i Niemcy. Uznawany jest za dialekt wschodnio-środkowoniemiecki, jako najmniejszy język germański świata. Ma swoją odwieczną literaturę, jest uznawany przez ONZ i amerykańską Bibliotekę Kongresu, która skrupulatnie odnotowuje wszystkie języki na Ziemi. W Międzynarodowej Organizacji Normalizacyjnej (ISO) ma własny kod: „wym”. Wilamowski uznawany jest przez UNESCO za język poważnie zagrożony. Do jego codziennego używania przyznaje się raptem 10-20 starszych osób. Swoje zrobił też czas powojenny – w okresie stalinowskim był zakaz jego używania, bo kojarzył się z Niemcami. Aż się prosi, aby to dziedzictwo językowe i historyczne uratować. Za nieduże pieniądze.
We wrześniu 2025 r. ustawę uznającą język wilamowski za regionalny zakwestionował prezydent Nawrocki. W uzasadnieniu napisał: „Abstrahując od kwestii analiz stricte językowych i prawnych, które muszą być uwzględnione przy ocenie, czy spełnione zostały przesłanki ustawowe umożliwiające danemu etnolektowi, w tym przypadku wilamowskiemu, status języka regionalnego, pod uwagę powinny być brane również uwarunkowania historyczne, polityczne i ekonomiczne, a przede wszystkim bieżąca sytuacja geopolityczna i społeczna (…)”.
W samych Wilamowicach mieszka trochę ponad 3 tys. osób (w całej gminie 18 tys.) – posługujących się językiem można policzyć na palcach… Kropla wprawdzie drąży skałę, ale czy wilamowski aż tak zagraża polszczyźnie, jej dominacji?!
Niemiecki dziennik „Die Welt” zauważył, że weto wobec najmniejszego języka germańskiego świata wpisuje się w antyniemieckie nastroje w PiS i w przekonanie, że „jedynym językiem Polski powinien być język polski”.
Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska, komentując weto i uzasadnienie do języka wilamowskiego (TVP Katowice), powiedział, że są kompromitujące dla prezydenta: „Powinien zwolnić autora żałosnego tekstu o języku wilamowskim. Ktoś najwyraźniej uznał, że wszystkie języki zachodniogermańskie to dialekty niemieckiego (od siebie dopowiem, że prezydent w tym temacie to jak żołnierz na przepustce, wszystko kojarzy mu się z d… – JD). To absurdalne. Język regionalny nie jest kategorią lingwistyczną, a mimo to w uzasadnieniu odwołano się do rzekomych kryteriów językoznawczych. To dowód na niezrozumienie tematu. (…) Nie ulega wątpliwości, że prezydent Nawrocki jest nacjonalistą. To nie obelga, to pojęcie klasyfikujące, ale problemem jest to, jakim jest nacjonalistą”.
Jakim, to widać gołym okiem. Fanatycznym. Mówiącym o sobie w trzeciej osobie. To głowa państwa z wizją społeczeństwa jednorodnego kulturowo i językowo, w którym wszelkie odrębności traktowane są jako zagrożenie.
Można snuć domysły graniczące z pewnością – gdyby w dużym pałacu nastał Rafał Trzaskowski, w ustawie prawie na bank pojawiłby się największy język regionalny: śląski! Ale ironia losu sprawiła, że również za sprawą Ślązaków, którzy wypięli się na jednego z kandydatów, jest, jak jest. I chyba tak będzie. Sejm zagłosuje za, Senat przyklepie, prezydent zawetuje. A trzech młodych (wciąż) panów wyjdzie i to obwieści. I tak w koło Wojtek. Mówimy cały czas o dokumencie tej samej treści i o tym samym, zapożyczonym od poprzednika, uzasadnieniu, którego fragmentu nie mogę sobie podarować: „Niedające się wykluczyć działania hybrydowe, jakie mogą być podjęte w stosunku do Rzeczypospolitej Polskiej…”.
W mniemaniu prezydenta biedna byłaby ta nasza ojczyzna, narażona na wrogie podszepty „pnioków”*, sączone do uszu „prawdziwych Polaków”, na dodatek śląską godką. Nie mówiąc już o tych z Wilamowic.
Ostatnio prezydenci boją się takich konfrontacji. Strach pomyśleć, że podobne aspiracje mogłyby się zalęgnąć w głowach Kurpiów, górali z Podhala albo… No strach.
Sejm niebawem znowu zajmie się śląskim językiem… I finał jest do przewidzenia. I kolejny finał też. Jak długo będzie trwał ten chocholi taniec? Najpewniej do końca kadencji Nawrockiego lub czasu trwania tego Sejmu. A potem znowu da capo al fine.
Jak chochoła wyrzucić ze śląskiego parkietu, chytrze podpowiada prezydentowi poseł Marek Wesoły z PiS (wraz z Bogusławem Piechą jako jedyni opowiadali się w partii Kaczyńskiego za językiem śląskim), który w momencie weta przedstawił swój pomysł na śląszczyznę. Chodzi o język śląski bez „języka” w nazwie. O co więc chodzi?
Posłowi Wesołemu chodzi o ustawę – a prezydent deklaruje, że ją w ciemno podpisze – o wspieraniu kultury śląskiej i gwary śląskiej. Od państwa i samorządów (śląskich i opolskich) szłyby pieniądze na utrwalanie tradycji, rozwijanie śląskiej kultury i na badania naukowe; na możliwość nauki gwary na wszystkich szczeblach kształcenia.
Tylko przytaknąć? Otóż nie: „To jest bardzo niedobra propozycja” – powiedziała „Dziennikowi Zachodniemu” prof. Jolanta Tambor, przewodnicząca Rady Języka Śląskiego. „Mowa śląska, kiedyś o statusie niższym, już dawno wyewoluowała w język. A ta propozycja gwarowa cofa nas o ponad pół wieku, do lat 60.”.
Prof. Tambor dziwiła się, jak to możliwe, że człowiek z wyższym wykształceniem, a nawet stopniem naukowym, może wygłaszać nieprawdę, jakoby języka w języku śląskim nie widzieli naukowcy. Nawrocki bowiem, w uzasadnieniu weta, odwoływał się do naukowych opinii z lat 60. i 70. Pani profesor przypomina ostatnią falę poparcia dla języka śląskiego i ponad sto podpisów pod listem otwartym do prezydenta. Poparcie wyrazili wybitni naukowcy, językoznawcy i literaturoznawcy z uniwersytetów: od Warszawskiego, Jagiellońskiego, Gdańskiego, Wrocławskiego, Śląskiego po wszystkie inne uczelnie w Polsce. Tambor twierdzi, że powoływanie się prezydenta na bardzo wąskie grono osób pozostających na dawnych stanowiskach nieuznających języka śląskiego jest obraźliwe: „Oni mają zakodowaną socjalistyczną jednojęzykowość państwa. Takie myślenie jest jednak niewłaściwe dla głowy państwa, która swoim działaniem i decyzjami powinna obejmować wszystkich obywateli i dbać o ich dobrostan, a mój jest w tym przypadku wyraźnie naruszony: jako obywatelki i naukowczyni państwowego uniwersytetu”.
A co na to prof. Jerzy Bralczyk, od zawsze sceptyczny – podobnie jak rodzony Ślązak prof. Jan Miodek – wobec uznania gwary za język śląski? Wobec weta profesor zachował się jak żaba, która nie wie, czy chce być piękna czy mądra – też się nie rozerwał. Pozostając językowym autorytetem, nie zgodził się z prezydentem, że takich decyzji naukowych nie powinno się rozstrzygać w parlamencie i że nie można tworzyć precedensu (uznanie języka śląskiego przez większość polityczną – JD), który mógłby tworzyć „sztuczne podziały w naszej narodowej wspólnocie”.
Profesor nie widzi nic złego w precedensie. W sprawie języka śląskiego Bralczyk ugodowo proponuje (za „Faktem”): „Nie zmieniając jej statusu (gwary) na język, lecz przyznając jej pełne uprawnienia edukacyjne, wydawnicze, instytucjonalne i inne… Nie uważam, by należało gwarę nazywać językiem, ale jestem przekonany, że powinna korzystać z takich samych praw”.
Rzecz nie jest marginalna. Przypomnę, że w województwie śląskim mieszka 4,5 mln polskich obywateli, w tym w pasie „górnośląskim” ponad 3 mln. Do śląskości w ostatnim spisie przyznało się, w różnych konfiguracjach (czysty Ślązak, Ślązak – Polak, Polak – Ślązak, Ślązak – Niemiec itd.) ok. 600 tys. Ślązaków. Kolejne weto prezydenta nie może nie wywołać rezonansu, różnego, w odniesieniu do deklaracji tożsamościowych.
Za portalem slonzag.pl przytaczam kilka reakcji:
Monika Rosa z KO, wnioskodawczyni ustawy o języku śląskim, woła: „Gańba”! – to do prezydenta. A z miodem dla Bralczyka i Miodka, że śląski to odmiana polskiego dialektu choćby w tym słowie.
Grzegorz Franki, przewodniczący Związku Górnośląskiego (na Facebooku): „To weto wobec szacunku dla naszych przodków, także tych, dzięki którym w roku 1922 odradzające się państwo polskie otrzymało sporą część najbardziej uprzemysłowionych i ucywilizowanych, a przez to najbogatszych regionów świata. Od zawsze polska narracja wobec Śląska jest niezwykle prosta i konkretna: krupniok, piwo, Święta wojna w tv i szlagiery na festynie”. Tyla Wom styknie! – kończy po śląsku.
A ja łagodzę: ale zauważ, Grzegorzu, że krupnioka z piwem zjesz dzisiaj w całym kraju. A śląskie dowcipy Masztalskich i Bercików może nie są najwyższego lotu, lecz to, co się leje z polskich kabaretów, to większa żenada.
Zdaniem RAŚ propozycja wspierania przez prezydenta „gwary” ogranicza Ślązaków do roli grupy etnograficznej: „Rozumienie to można określić mianem folkloryzacji. Wysokie rejestry mają być zarezerwowane dla polskiej kultury wiodącej, natomiast Górnoślązacy, rozumiani jako jedna z grup etnograficznych, mogą pielęgnować relikty kultur ludowej. Jest to często stosowana strategia w ramach polityki asymilacyjnej, polegająca na politycznym rozbrojeniu grup mniejszościowych przez zamknięcie ich w kulturowym skansenie”.
Historyk Karol Nawrocki wie lepiej, choć jakby zapomniał, że od czasów Kazimierza Wielkiego (do 1922 r.) Śląsk pozostawał poza polską państwowością, jakkolwiek to się przez wieki nazywało: „Szanuję i bardzo cenię tradycję i kulturę Śląska – napisał w uzasadnieniu językowego weta. – Jest ona integralną częścią dziedzictwa Rzeczypospolitej”.
No i masz…
Łukasz Kohut, europoseł, czuje się zawiedziony: „Nawrocki, nie masz wstydu. (…) Nieważne, ile razy nazwie się nas ukrytą opcją niemiecką. Nieważne, jak często słyszymy, że w Polsce nie mamy prawa być inni. My tu jesteśmy. I jest nas dużo. Pół miliona obywateli tego kraju GODA PO ŚLĄSKU”.
Cóż, język śląski wróci na sejmowy tapet i będzie na nim, póki rządzić będzie obecna koalicja. Zejdzie z niego, jak PiS ewentualnie przejmie władzę – bo Polska wszak we wszystkim jest jedna! I wróci, kiedy ją straci. Chocholi taniec będzie trwać, bo, jak mówią ci, którym zależy – trwa mać.
Pytanie: po co Ślązakom, którzy wybrali Karola Nawrockiego, potrzebny jest język śląski? – może nie dostać dobrej odpowiedzi. Wszak mają krupnioki, mają piwo, mogą godać we wszystkich swoich gwarach… To po cholerę im kopać się z polskim koniem? Łatwiej o dostęp do morza.
Rzecz w tym, że tej śląskiej sprawy nie da się już zamieść pod dywan, bo pod nim już wszystko się rusza i samo wyłazi.
Dariusz Kortko w „Gazecie Wyborczej” napisał, że władza musi śląskie aspiracje wpisać w struktury polskiego państwa. I nie bez przyczyny cytuje marszałka Piłsudskiego: „Mam w dupie cały ten Śląsk”. Ostrzega, że po kolejnych decyzjach, lekceważących śląskie ambicje językowe i etniczne, Szczepan Twardoch i jemu podobni ponownie odwiną się hardym, bezczelnym zawołaniem: „Pierdol się, Polsko”. I wtedy ja i mnie podobni dostaniemy po ryju. A słomiany chochoł ruszy w tan całkiem raźnie.
Sam jestem „krzokiem”*, przesadzonym z Kresów na gościnny Śląsk, który stał się moim domem. Życzliwie przyglądam się tym emocjom, które dopingują rdzennych mieszkańców tej krainy do walki o swoje. Wkurza mnie hipokryzja dużego pałacu i dęte argumentacje. Ale nie wchodzę w językowe spory, bo nie jestem stąd. Jeśli ktoś mnie pyta, kim jestem, mówię, że Ślązakiem, bo tutaj mieszkam i tu jest mój dom.
Za język regionalny – w rozumieniu ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz języku regionalnym – zgodnie z Europejską Kartą Języków Regionalnych lub Mniejszościowych, uważa się język, który: 1. jest tradycyjnie używany na terytorium danego państwa przez jego obywateli, którzy stanowią grupę liczebnie mniejszą od reszty ludności tego państwa; 2. różni się od oficjalnego języka tego państwa; nie obejmuje to ani dialektów oficjalnego języka państwa, ani języków migrantów. Uznanie śląskiego za język regionalny oznaczałoby m.in. prawo do używania imion i nazwisk w tym języku, choćby w aktach stanu cywilnego i dokumentach tożsamości; stosowanie dwujęzycznych tablic z nazwami miejscowości (jeżeli 20 proc. mieszkańców gminy, według danych ze spisu powszechnego, posługuje się tym językiem). I przede wszystkim prawo do nauki języka śląskiego. Na etapie prac legislacyjnych szacunkowo wyliczono – odnosząc się do organizacji nauczania języka kaszubskiego – ile budżet państwa kosztowałby język śląski. Kaszubi na 23 tys. uczniów dostali w 2025 r. 260 mln zł. Przyjęto, że śląskiego może się uczyć od 81 tys. do 129 tys. uczniów. Subwencja wyniosłaby od 920 mln zł do 1,5 mld zł rocznie.
*”Pnioki” – rdzenni mieszkańcy Górnego Śląska, z dziada pradziada, mówiący gwarą śląską. „Krzoki” – przybysze z daleka, którzy postanowili zostać na Śląsku. „Ptoki” – przyjezdni, którzy po latach odlecieli w swoje strony.