Hamlet po śląsku. „Być abo niy być – to ci je pytanie!”
Pogardzany, nieuznawany i wetowany przez kolejnych prezydentów język śląski żyje. Żyje swoim życiem i ma się całkiem dobrze. Sięga Wysokiej Kultury. Właśnie po śląsku przemówił „Hamlet”. „Być abo niy być – to ci je pytanie!” – w tym przypadku znakomicie definiuje przyszłość języka śląskiego. Być!
„Niy je to cojś, czym sie mōmy jakoś ekstra asić, tym barzij ale niy musi nŏs być gańba – gŏdŏ Robert Talarczyk, dyrechtōr Tyjatru Ślōnskigo, kery doł pōmysł wystawiyniŏ Shakespeare’a po ślōnski i reżyseruje przedstawiynie. – To niy je manifest ani krzik rozpaczy: to ôbowiōnzek, kery społniōmy zglyndym ziymie, na keryj my wyrośli”.
„Nie jest to ani powód do szczególnej dumy, ani tym bardziej do wstydu – mówi Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Śląskiego, pomysłodawca wystawienia Szekspira po śląsku i reżyser spektaklu. – To nie manifest ani krzyk rozpaczy: to obowiązek, który spełniamy wobec ziemi, na której wyrośliśmy”.

Już dużo wcześniej było wiadomo, że w Teatrze Śląskim szykuje się najważniejsze wydarzenie sezonu 2025/2026. Zanim w miniony piątek w Wyspiańskim kurtyna poszła w górę, miesiąc wcześniej, w kwietniowym wydaniu „Gazety Wyborczej”, ukazał się materiał promocyjny – rozmowa z Robertem Talarczykiem, aktorem, reżyserem i dyrektorem naszego teatru, która rzuciła światło na wyczekiwany z niecierpliwością spektakl. Wydawało się, przynajmniej w pierwszym odruchu myśli, że Szekspir i jedno z najważniejszych jego dzieł – i Śląsk – to dwa światy, które nijak mają się do siebie. Dalekie zamorskie królestwo z szeroką, pustawą przestrzenią, w której hula wiatr – i bliska nam kraina zadymiona i głośna, pełna przytulonych do siebie hut, kopalń i zabudowań zwanych przed laty familokami.
Po tej pierwszej refleksji przychodzi następna – wizja obrazów minionych znika i widzimy nowe kadry, zbliżone, wtapiające się w siebie i okazuje się, że opowieść Mistrza ze Stratfordu może się snuć wciąż i wszędzie. Nawet tu. Językiem, którym mówi się tutaj. W miejscu, które upomina się o ten język raz za razem.
„Prezentacja Shakespeara w języku, który stara się o uznanie za regionalny, ma niebagatelne znaczenie nie tylko dla artystów, ale też dla wszystkich mieszkańców regionu, dla których językowe – a co za tym idzie, także kulturowe dziedzictwo znaczy naprawdę wiele. (…) Spektakl powstaje w czasie, w którym niepewność legislacyjna zderza się z autentyczną potrzebą budowania współczesnej kultury śląskiej – na Śląsku i po śląsku, bez kompleksów i zbędnych pytań. Spektakl rodzi się w czasie, w którym opowieść o władzy, zemście, szaleństwie i lojalności ma szansę wybrzmieć jeszcze donośniej niż dotychczas” („Gazeta Wyborcza”, 20 kwietnia 2026).
Talarczyk stara się być oszczędnym w tej zapowiedzi. Zastrzega, że śląski Hamlet to nie jest rzecz o polityce i że ostatecznie trudno go jednoznacznie zdefiniować. Ale przecież opowieść o duńskim księciu z samego założenia nie jest jednoznaczna. Pytań o jej przesłanie jest coraz więcej, a z biegiem czasu pojawia się jej drugie dno, a potem trzecie i dalsze…
To nie jest rzecz o polityce? Zamierzony aktorski unik. Zawoalowanie. To jest rzecz o wszystkim, a więc i o polityce. Po to opowieść dzieje się tu i teraz, kiedy jedno weto stosowane jest od lat przez prezydentów różnych opcji.
Kto ma rację – ci, którzy zamieszkują tę ziemię od zawsze, chcą zachowania tradycji i godać po swojemu, czy ci drudzy, którzy łakną nowego i nowoczesnego? Jak być przywiązanym do swojego i zarazem akceptować to, co nowe, nieznane, niebliskie, obce?
To nieszczęsna obsesja Hamleta – teraz śląskiego. Wybór – jak go mądrze dokonać? W państwie duńskim, na Kaszubach, na kole polarnym… na Śląsku.
Tu, gdzie rodzinna tradycja, połączona z silnym patriarchatem, utrudnia ten wybór szczególnie, bo relacje ojciec–syn, a więc stare-nowe, bywają skomplikowane i siermiężne.
Z takim wyborem boryka się Hamlet Pawła Kempy, któremu daleko do książęcej niedostępności introwertycznego księcia Danii. To raczej „wygadany synek z placu” – bo taki ma być. To śląski Hamlet Talarczyka.
Chce używać życia, jeść krupnioki, słuchać rytmów swojego hajmatu. Jak ojciec. Tymczasem przyszło mu dokonać zemsty za jego śmierć, zadaną przez stryja, który chciał władzy, żeby zmienić stare na nowe. Nowego świata, Europy, adaptacji obcych zwyczajów, myślenia, języka.
Tę misję Hamlet musi wziąć na klatę.
„Hamlet staje przed dramatycznym wyborem: wesprzeć bliską mu wizję świata przyszłości, czy być wiernym zwyczajom przeszłości…”. Iść z dziadem i pradziadem, a tym samym zabić nadzieję na postęp i zmiany, czy… Jak tu nie oszaleć?
Ofelia Eweliny Adamskiej-Porczyk musi dostrzec romantyczność spotkań z ukochanym na tle kopalnianych szybów. Inaczej się nie da, ale przecież i tu można znaleźć szczęście – bo opowieść toczy się właśnie tu, gdzie wszystko jest znajome i swoje.
„Tragedia Hamleta, ksiyncia Dynymarku, (…) toczy się kajś na ziemi podziurawionej szybami i kołowrotami maszyn wyciągowych, z industrialnymi konstrukcjami, pokrytej kurzem, z pyłem, który ma zapach stali. (…) Hamlet w skórzanych spodniach i prostej kurtce jest jak książę górników. Z powiekami pociągniętymi czarną kredką wygląda jak człowiek, który spędził pod ziemią tyle czasu, że zmyć tego makijażu nie sposób. (…) Język śląski nie od razu wybrzmiewa na scenie. Początek to cichy taniec, bezgłośny krzyk, z którego rodzi się oddech. Talarczyk każe nam czekać na słowa. (…) Opuszczałem teatr z poczuciem, że brałem udział w czymś niezwykle ważnym. To była śląska poezja, poprzetykana słowami, których nigdy nie słyszałem. Po kilkunastu minutach śląszczyzna płynąca ze sceny przestawała brzmieć obco, a wpadając do uszu, otwierała dawno zamknięte w pamięci szuflady. Stawała się naturalna i swojska. Piękna! Hamlet przemówił po śląsku, wzruszenie ścisnęło mi gardło” (Dariusz Kortko, „Hamlet” przemówił po śląsku. Prezydent Nawrocki powinien to zobaczyć, „Gazeta Wyborcza”, Katowice, 16 maja).

Talarczyk zastrzega, że to nie jest rzecz o polityce.
Tymczasem Fortynbras – gościnnie dyrektor krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego Krzysztof Głuchowski – jest postacią w tym śląskim spektaklu zamierzenie nieprzypadkową. Nachalnie przywołującą w pamięci skojarzenie z personą całkiem realną.
On jeden posługuje się językiem polskim, odrębnym od śląskiej godki, on jeden jest całkowicie odrębny, obcy, „uruchamia w widzach skojarzenia społeczno-polityczne, a wybrzmiewająca po chwili wokaliza, oparta na Rocie Feliksa Nowowiejskiego, takie skojarzenia zdecydowanie ugruntowuje” (Krystian Węgrzynek, Ślązag, 16 maja).
W garniturze, z czerwonym krawatem, wyjęty z innej rzeczywistości – elegancja Francja. Z nowym pomysłem na świat. Z lekceważącym, protekcjonalnym spojrzeniem na zastane ideologie, bez sentymentów dla tradycji i przeszłość. Swoją opcję traktuje jak nowoczesną formę patriotyzmu. Chce ją bezpardonowo wprowadzić. Wie, że napotka na opór, ale jest zdecydowany stawić czoła tej mentalnej przeszkodzie.
Polski Fortynbras ma w ręku potężny oręż, nabyty legalnie przez poddanych. I nie ma co udawać, że to nie śmierdzi polityką. To Fortynbras po polsku, obcy dworowi śląskiego Hamleta. Jak u Szekspira.
Kto ma rację?
Miotający się, bezsilnie targany wyrzutami sumienia, intelektualnymi rozterkami, obciążony pamięcią przodków Hamlet, który w naszym teatrze próbuje jednak okiełznąć swoje fatum i „w świecie, w którym rozum ściera się z emocjami, próbuje stanąć po stronie ratio. Jego riposty są cięte, a determinacja tak wielka (jakże kłuje Raus! skierowane do Ofelii), że stawia tamę melancholii i obłędowi. To jest metoda z domieszką szaleństwa” (Krystian Węgrynek „Hamlet – perła w w koronie śląskiego teatru, Ślązag, Katowice, 15/16 maja).
Czy może zdecydowany, silny człowiek czynu, wymachujący wetem, bezpardonowy Fortynbras?
Odwieczne pytanie, na które próbował niegdyś odpowiedzieć Zbigniew Herbert w „Trenie Fortynbrasa”. Odwieczny pojedynek romantyzmu z oświeceniem. I nawet pewność, że jedno bez drugiego nie miałoby racji bytu, ponieważ drugie jest wypadkową pierwszego – nie jest w stanie przerwać tego pojedynku, w którym zwyciężony musi odejść. Pojedynku Starego z Nowym.
Kapitalnym pomysłem reżysera było powierzenie roli grabarzy – „kopidołów” – byłemu i obecnemu rektorowi Uniwersytetu Śląskiego, profesorom Ryszardowi Koziołkowi i Tadeuszowi Sławkowi.

To zamierzony przekaz – w śląskie sprawy są zamieszani nie tylko pracujący od wieków pod ziemią ludzieńkowie. Dołącza do nich elita, która rozumie znaczenie tego politycznego i kulturowego sporu. Sporu, który zamyka się poszukiwaniem odpowiedzi na egzystencjalne pytanie:
Być albo niy być…
Prof. Koziołek przekonuje, że tym samym śląski „Hamlet” jest wydarzeniem nie tylko artystycznym, ale też społecznym i kulturowym, łączącym centrum śląskiej kultury z jej naukowym, intelektualnym zapleczem.
Prof. Sławek dodaje: „Śląsk był, jest i będzie europejski. Szekspir doskonale czuje się w śląszczyźnie, tak samo dobrze, jak w języku francuskim, niemieckim czy hiszpańskim. Bo o wspólnotę ducha tu chodzi, a nie o językowe podziały. (…) Ludzie używający śląszczyzny nie potrzebują, by ktoś uznał coś, co jest dla nich oczywiste…”.
Przekładu dzieła Szekspira podjął się Mirosław Syniawa, który ma już za sobą przekład „Kordiana” i „Tkaczy” Gerharta Hauptmanna, na postawie którego powstał spektakl w reżyserii Mai Kleczewskiej doceniony nagrodą Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Boska Komedia w Krakowie.
Jury stwierdziło zgodnie: „To teatr wściekły i totalny – oddziałujący na wszystkie zmysły, redefiniujący naturalizm i wykraczający poza racjonalne widzenie świata. Spektakl, który jednocześnie poraża bezradnością i inspiracją do buntu”.
Talarczyk przekonuje, że Syniawa, przekładając kanoniczny tekst Szekspira na śląski język literacki, „dokonał kolejnego zdecydowanego kroku tożsamościowego na drodze do uznania języka śląskiego we wszystkich jego rejestrach – od codziennego, którym artyści rozmawiają w garderobach, po wysoki, stosowny postaciom, stworzonym przez Mistrza ze Stratfordu”.
I dodaje: „Powstały ponad cztery wieki temu tekst w języku śląskim brzmi świeżo, nowocześnie i uniwersalnie, odsłaniając nowe znaczenia i uwypuklając nieoczywiste sensy. (…) Syniawa jest wybitnym tłumaczem. Próbował przełożyć Hamleta z ogromnym szacunkiem, zarówno wobec języka śląskiego, jak i samego Szekspira. To język wysokiej rangi, a nie z placu. Ludzie, którzy go usłyszą, zrozumieją, że język śląski ma swoją szlachetność, że o rzeczach najważniejszych, najbardziej czułych i filozoficznych można godać po śląsku”.
Sam Syniawa wtajemnicza nas w żmudny proces przekładu: „Czytając czternaście polskich tłumaczeń, trzy rosyjskie (w tym Borysa Pasternaka), trzy niemieckie (w tym Gerharta Hauptmanna) oraz trzy czeskie. Ważna jest baza porównawcza, trzeba uważać – sugerując się na przykład Barańczakiem, łatwo jest oddalić się od sensów Szekspira. (…) Teatromanom, dla których język śląski jest nowością, pomaga wyświetlany tekst w języku polskim, tłumaczony przez prof. Tadeusza Sławka”. („Gazeta Wyborcza”).
Do śląskiego „Hamleta” Teatr Śląski przygotowywał się ze szczególną uważnością, a zarazem wielkim entuzjazmem i estymą, wiedząc, że bierze na siebie ogromną odpowiedzialność.
Robert Talarczyk, nazwany przez Annę Dudzińską z radiowej Trójki człowiekiem, który sprawił, że Teatr Śląski zaczął „godać”: „Talarczyk jest architektem tego zjawiska. Kazał aktorkom i aktorom godać, poprosił Szekspira, by zrobił trocha placu tak, żeby zmieściły się tam śląskie tematy”. A Zbyszek Rokita, autor reporterskiej książki „Kajś” obdarowanej nagrodą Nike, podsumował: „Szekspir postąpił jak należy”.
Dyrektor Teatru Śląskiego protestuje, sprzeciwiając się takiej łatce – to aktorzy i aktorki, pisarze, ludzie od światła, muzyki, scenografowie i ci od organizacji widowni – wszyscy, którzy wierzą, że Śląsk może mówić własnym głosem. „Nie dość, że ma teraz taką możliwość, to po latach milczenia ma po prostu do tego prawo. A to wszystko bez wynoszenia się i z pewną pokorą”.
Publiczność wychodziła z teatru pełena różnych sprzecznych myśli.
Sam odnosiłem się do kolejnych prezydenckich wet dotyczących języka śląskiego, będących przejawem obaw, że wszelkie odrębności stanowią zagrożenie dla polskiej racji stanu. Weto dla językowych butnych aspiracji wydawało się rezydentowi pałacu ruchem patriotycznym, utrzymującym w naszej ojczyźnie bezpieczeństwo i jedność w myśleniu, mówieniu i działaniu. We wszystkim.
Wyszedłem z teatru poruszony reakcją widzów, ich zachwytem i wzruszeniem, przed którym sam się broniłem, bo pochodząc zza Buga, przedkładałem kresowy zaśpiew dzieciństwa nad śląską godkę, towarzyszącą mi w kilku dekadach dorosłości.
Ale coś się wydarzyło.
W uszach brzmiały mi słowa Roberta Talarczyka : „Są takie chwile, kiedy wiesz, że koniunkcja gwiazd układa się w jedynym, wyjątkowym kształcie, który już nigdy się nie powtórzy. I choć wydaje się, że taki układ jest niemożliwy i nierealny, on właśnie na tę jedną, wyjątkową chwilę staje się faktem. Stajesz w obliczu tego cudu i jesteś bezradny.
To doświadczenie przypomina dotyk szorstkiej ściany w ciemnym chodniku, głęboko pod ziemią, gdzie lęk przed nieznanym miesza się z nagłą, oślepiającą pewnością, że właśnie tutaj jesteśmy u siebie. Stoimy w samym środku wszechświata, który ma zapach wilgotnej ziemi i metaliczny posmak powietrza, a nad nami, zamiast nieba, drżą setki metrów historii naszych przodków. To moment graniczny, w którym czas przestaje płynąć linearnie, a staje się gęstą, czarną materią, łączącą to, co było, z tym, co dopiero nadejdzie w blasku scenicznych reflektorów. (…) Każda sylaba tej Historyji uderza o ściany teatru z siłą kilofa, krusząc gruby mur obojętności i uprzedzeń, jaki narastał wokół naszej śląskości przez dekady milczenia i niezrozumienia. (…) Niech ten wieczór i ta Tragiczno Historyja, Hamleta, księcia Dynymarku zostaną w Was jak tatuaż pod powiekami, przypominając w chwilach zwątpienia, że nasza odrębność nie jest murem oddzielającym nas od świata, lecz mostem przerzuconym nad przepaścią ignorancji. (…) Raz rozbudzone poczucie wspólnoty w języku serca jest czymś, czego nie da się już nigdy wymazać”.
Coś się stało. I było ważne.