Między roztropnością a rewolucją: spór, którego Europa nie śmie rozstrzygnąć
Wraz z umacnianiem swojej polityki obronnej i zagranicznej Unia zmienia charakter. W obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę oraz niepewności związanej z przyszłością amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa staje się ona potęgą polityczną, a nie tylko gospodarczą.
Zwiększa wydatki na wojsko. Zdołała powstrzymać Donalda Trumpa przed aneksją Grenlandii i zawarciem porozumienia z Władimirem Putinem za plecami Ukraińców. Uzbraja i finansuje ukraińską armię. Skonfrontowana z dumpingiem Chin przestała nawet bezkrytycznie czcić zasady wolnego handlu.
Europa przechodzi gruntowne zmiany, ale Unia działa zdecydowanie zbyt opieszale. Dwudziestu siedmiu państwom członkowskim trudno bowiem zdecydować, czym zastąpić instytucje stworzone z myślą o wspólnym rynku, a nie o wspólnej polityce.
Unia Europejska potrzebuje instytucjonalnego ucieleśnienia, organu władzy wykonawczej zdolnego podejmować decyzje równie szybko, jak prezydenci Chin, Rosji czy Stanów Zjednoczonych. Unia musi być w stanie działać jak potęga polityczna, w którą się zmienia. Czy w takim razie Unia powinna stać się federacją czy konfederacją?
Te dwa modele funkcjonowania są bowiem radykalnie odmienne.
W przypadku Unii federalnej państwa europejskie przekazałyby większość uprawnień politycznych Stanom Zjednoczonym Europy, na wzór stanów amerykańskich w USA. W Unii konfederacyjnej państwa europejskie zachowałyby natomiast wszystkie uprawnienia polityczne, a decyzje dotyczące dyplomacji i wojskowości byłyby uzgadniane z przywódcami państw.
W Stanach Zjednoczonych Europy władza wykonawcza byłaby wyłaniana w ogólnoeuropejskich wyborach powszechnych. Właśnie to zapewniałoby jej legitymizację. Przewodniczący lub przewodnicząca Unii sprawowaliby wówczas władzę przy pomocy Komisji, sprawując rządy pod kontrolą Parlamentu o szerokich uprawnieniach.
W Unii konfederacyjnej stery twardo dzierżyłoby 27 przywódców państw członkowskich. Ich zgromadzenie, czyli Rada Europejska, stałoby się kolegialną prezydencją Unii, którą reprezentuje przewodniczącą albo przewodniczący.
Te dwie wizje są tak skrajnie różne, że już nieraz ścierały się za kulisami, a nawet na scenie. Kiedy 6 kwietnia 2021 r. prezydent Turcji przyjmował przewodniczącego Rady Europejskiej i przewodniczącą Komisji, a do dyspozycji były tylko dwa fotele, przez co Ursula von der Leyen musiała usiąść z boku na kanapie, nie chodziło wyłącznie o nietakt. Charles Michel chciał w ten sposób podkreślić przewagę Rady nad Komisją. Kiedy zaś Ursula von der Leyen robi wszystko, by umocnić kontrolę nad Europejską Służbą Działań Zewnętrznych i dyplomacją Unii, nie jest to jedynie przejaw osobistych ambicji. Przewodnicząca Komisji opowiada się za Unią federalną, w której władzę wykonawczą dzierży wyłącznie wyłoniona w wyborach prezydencja Komisji.
W tej odwiecznej walce dwóch wizji, którą bieżąca sytuacja międzynarodowa tylko zaognia, federaliści mają dwa istotne atuty. Po pierwsze, powołanie federacji równałoby się przeprowadzeniu rewolucji instytucjonalnej i odrzuceniu inteligentnych, lecz niezrozumiałych dla ogółu traktatów. Po drugie, każdy może łatwo wyobrazić sobie Stany Zjednoczone Europy, gdyż w dużej mierze opierałyby się na modelu Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Ustanowienie konfederacji wprowadziłoby znaczącą zmianę, wzmacniając Radę kosztem Komisji, ale nie zapewniłoby większej przejrzystości obecnych instytucji. Opcja ta nie wydaje się więc kusząca. Ma jednak trzy ważne zalety. Po pierwsze, mocno ograniczyłaby ryzyko, że skrajna prawica doprowadzi do wyboru swojego przedstawiciela na stanowisko przewodniczącego Unii. Po drugie, podtrzymałaby zasadę wymaganego kompromisu między europejskimi ugrupowaniami politycznymi. Po trzecie, zapobiegłaby sytuacji, w której ważne decyzje o przyszłości Europy doprowadzają do podziałów w Unii.
Niechętnie o tym myślimy, bo to mało chwalebne, ale w tej sytuacji niewątpliwie należy przedłożyć ostrożność nad brawurę.