Trupm na pomarańczowym koniu

Pokojowego nobla nie będzie, a skoro tak, to hulaj dusza! Trumpowi się sypie w USA, poparcie mu spada, więc starym zwyczajem dyktatorów, zajmie się wojną. Wojna zawsze się podoba sporej części społeczeństwa, zwłaszcza gdy toczy się daleko. Amerykanie lubią wojny i lubią je ich rządy. Ostatnio jednakże wojny im nie wychodzą, więc lepiej postawić na zamachy stanu i akcje komandosów. Służby poćwiczą, amerykańska prowincja będzie cmokać z dumy, a świat zadrży z podziwu. A jak się nie uda, to nic – wymieni się kilku nieudolnych pułkowników i do następnego razu. Tym razem okazało się, że warto było zaryzykować.

Z Wenezuelą akurat się udało. Ktoś musiał zdradzić groteskowego dyktatora Maduro, bo poszło gładko. Teraz będzie biedaczek odpowiadał „za posiadanie broni maszynowej”. Koń by się uśmiał. Niewiele zalet ma Trump, osobnik poważnie zaburzony, w swej patologicznej próżności domagający nieustającej uwagi i afirmacji, przez cały świat traktowany jak pacjent biegający z nożem po szpitalnym korytarzu, ale na pewno nie jest cyniczny. Nie opowiada więc żadnych dyrdymałów, że zamierza przywrócić demokrację w Wenezueli i spowodować objęcie władzy przez legalnie wybranego prezydenta Gonzaleza. Mówi wprost, że chce odbić szyby naftowe i mieć kontrolę nad państwem, w którym obecnie więcej od Amerykanów mają do powiedzenia Rosjanie, Chińczycy i wszelkiej maści panlatynoskie i lokalne bandy.

Faktycznie, Wenezuela to przyrodniczy raj na ziemi, pełen wszelkich dóbr ziemskich i podziemnych, pełen ropy, czystej wody, drewna, rzadkich metali i wszystkiego, czego tylko brakuje nam do szczęścia lub nie brakuje. Niestety, choruje na to samo, co cała Ameryka Łacińska, a mianowicie na syndrom przedłużającej się epoki postkolonialnej. Bardziej niż inne kraje regionu, Wenezuela padła ofiarą brutalnej i chciwej oligarchii, która dzieli się władzą z kilkoma wielkimi gangami, a jednocześnie korzysta ze słono opłacanej ropą i innymi dobrami osłony agentów Rosji, Chin, Kuby i kogo tam jeszcze. Wszyscy kradną, wszelki bunt tłumiony jest w zarodku, a ludzie nie mają co jeść. Po prostu wiek XIX w pełnym rozkwicie.

I na to wszystko wjeżdża dziś Trump na pomarańczowym koniu i oświadcza, że teraz to on będzie tu rządził. Porwał dyktatora, zastrasza i przekupuje reżim, grozi wojną. Ciekawe. Będzie się ganiał po dżungli, jak w Wietnamie? Chyba taki głupi nie jest. Weźmie swoje i zajmie się innym zasobnym krajem w swojej „strefie interesów”. Za to Rosjanie się cieszą, bo gołąbek pokoju wystawił szpony i nie bardzo może się teraz awanturować o podział Ukrainy. Dał sygnał, że Ameryka Południowa to jego wyłączna strefa wpływów, więc teraz nie może mieć pretensji, że Rosja jasno wyznaczy na mapie swoją. To samo Chińczycy. Wszyscy odetchnęli z ulgą, że po dekadach powojennego gadania o wartościach, prawach człowieka, demokracji i innych liberalnych zaklęć, wraca normalna polityka imperialna, oparta na sile i dominacji. To bardzo wygodne dla wszystkich wielkich państw. Tylko Europejczykom to nie pasuje. Ale to ich sprawa.

Trump z bezczelności i nieobliczalności zrobił sobie markę. Nikt już niczego innego się po nim nie spodziewa, a wielcy tego świata nawet się cieszą, że przy takiej degradacji i upadku USA, również oni nie muszą mieć zbyt wielu skrupułów. I z pewnością nie będą ich mieli. Ani politycy, ani szefowie wielkich firm IT/AI. Rosja dociśnie w Ukrainie, Chiny docisną na Tajwanie i jak Bóg da, za kilka lat świat będzie porządnie podzielony i każdy będzie sobie siedział na swoim. A my? A my, Europa, albo też staniemy się mocarstwem, albo nas wykupią i zjedzą. Nie na darmo Trump bezczelnie straszy Danię napaścią i aneksją Grenlandii. To pogróżka wobec całej Unii Europejskiej. A także deklaracja końca NATO. Tak, tak – jeśli następne wybory w USA wygra Partia Republikańska, a prezydentem zostanie nominat Trumpa, to już po NATO! Będziemy sobie śrubki do F16 kupować w darknecie.

Tylko wygrana demokratów w Stanach może uratować świat przed totalnym regresem geopolitycznym. Ale do wyborów jeszcze trzy lata. A tymczasem co z Wenezuelą? Cóż, reżim pewnie trochę się odświeży, ale przetrwa. Trump weźmie co chce, czyli ropę i inne minerały, a Rosjanom i Chińczykom zaproponuje się jakieś udziały, żeby się za bardzo nie złościli. Narodowi też się coś dostanie. Nietrudno sprawić, że ludziom się polepszy. A jak się polepszy, to będą zadowoleni. Wenezuela z gangsterskiej oligarchii stanie się półkolonią amerykańską, tolerującą obecność Rosjan i Chińczyków. Starczy dla wszystkich. Wszak planeta Ziemia należy do wszystkich ziemian i trzeba się dzielić jej skarbami!

Reklama