Spór o doktorantów
Dr Marcin Nowak od „Szalonych naukowców” napisał ostatnio na tym zasłużonym blogu (https://blog.polityka.pl/naukowy/2026/04/19/czy-chcemy-miec-w-polsce-doktorantow/), że oburzył go mój niedawny felieton „Doktorancka niedola” w papierowej „Polityce”, poświęcony sytuacji doktorantów. Pisze tak: „Sprzeciwiam się krytyce doktorantów en masse. Pisaniu, że im się za wykonywaną pracę pieniądze nie należą, bo są w zasadzie kolejnymi studentami, a pracę swą wykonują beznadziejnie. Ocenom typu <<nieudolne terminowanie w zawodzie nauczyciela kosztem studentów>>.”. Nigdy nie mogłem pojąć tej pochopności moich krytyków w zarzucaniu mi (w przeróżnych sprawach) pochopnych uogólnień. Myślę, że zrobiłem dość wysiłku, żeby wyjaśnić czytelnikom, że nie tylko nie wrzucam wszystkich doktorantów do jednego worka, lecz wręcz przeciwnie: różnicuję ich pod względem ich motywacji, możliwości, poziomu, sytuacji materialnej i zawodowej. Całą swoją opowieść o doktorantach osnułem właśnie wokół kwestii tego zróżnicowania. Absolutnie nie można mi też zarzucić, iż nie dostrzegam i nie doceniam tego, że doktoranci generalnie zarabiają za mało. Po prostu tłumaczę dlaczego tak jest, a jednocześnie wskazuję na stopniową poprawę sytuacji materialnej doktorantów, której (co zresztą nie dziwi) nie towarzyszy obniżenie stopnia frustracji i niezadowolenia tej grupy.
Wszyscy chyba rozumieją, że w ramach tej samej puli środków na stypendia doktoranckie rząd (via ustawa lub rozporządzenie) może zwiększać liczbę beneficjentów kosztem zmniejszenia wysokości stypendium albo odwrotnie. To jest suwak. Polityka jest taka, żeby drzwi otworzyć szerzej, dając więcej, aczkolwiek niższych stypendiów. Można z tym dyskutować, ale bez zwiększenia środków na stypendia tak czy inaczej będziemy niezadowoleni. I słusznie. Nigdy dość przypominania, że nakłady na naukę w długiej perspektywie są dla państwa i społeczeństwa bardzo opłacalne.
Źródłem wszystkich wad systemu doktoranckiego jest (przepraszam za ciągłe powtarzanie się) dziwny, pośredni (w dodatku usankcjonowany przez tzw. proces boloński) status doktoranta jako trochę studenta i trochę pracownika. System nie widzi i nie rozróżnia „doktorantów-hobbystów” i „doktorantów-zawodowców”, którzy nie „robią doktoratu”, lecz „robią naukę” i są zdecydowani pozostać na uczelni. Nie chcę już w to wchodzić i kolejny raz o tym się rozpisywać.
Zamiast tego mam pewną konstruktywną propozycję. Otóż warto by uzupełnić system przez powrót do zatrudniania magistrów (doktorantów) na etatach asystenckich. Na szczęście prawo tego nie zabrania i praktyka taka nadal w niektórych uczelniach istnieje, lecz w ciągu ostatnich trzech dekad stopniowo się od tego odchodzi. A przecież to świetny sposób na stabilizowanie sytuacji zawodowej najlepiej publikujących doktorantów. Sam najpierw (w 1994 r.) zostałem asystentem, a doktorat zrobiłem w 1995 r. Miałem już dwa opublikowane artykuły i jakieś tam osiągnięcia „organizacyjne”, więc szef uznał, że warto mnie zakotwiczyć. Kilkuletni pierwszy kontrakt w charakterze pełnoprawnego pracownika uczelni świetnie motywuje do pracy i pozwala na nieco większe zarobki.
Czemu tak rzadko się to dzieje dzisiaj? Powody są dwa. Pierwszy związany jest z samą koncepcją doktoratu jako połączenia studiów z pracą naukową. Doktorat jest tu czymś, co trzeba zacząć i dokończyć, a dopiero potem przejść do następnego etapu w pełni profesjonalnej pracy naukowej. Selekcja do zawodu następuje – według tej koncepcji – już po doktoracie, który staje się swego rodzaju obrzędem przejścia, ukwieconą bramą do krainy nauki. Drugi powód to lęk przed procedurą konkursową na stanowiska asystentów. Na jedno miejsce zgłaszałoby się kilku doktorantów ze szkoły doktorskiej, żądających, aby oceniano ich wedle liczby punktów za publikacje i innych obiektywnych i mierzalnych kryteriów. „Uznaniowość” w tym środowisku by nie przeszła. Za to gdy robi się konkursy dla doktorów, to przychodzą oni z różnych stron, nie są osobami, które wcześniej się znały i ze sobą konkurowały, więc i ryzyko „awantur” mniejsze. Wszystko to jednakże jest całkiem niepoważne. Szefostwo ma pełne prawo kierować się nie tylko kryteriami mierzalnymi. Obiektywizacja i stosowanie kryteriów arytmetycznych jest słuszne i potrzebne, podobnie jak transparencja procedur, lecz tylko do pewnych granic. To ludzie pracują, ludzie starają się o pracę i ludzie zatrudniają. Ludzie, a nie algorytmy.
Dlatego jestem za tym, żeby najlepszych doktorantów wcześnie „stabilizować” i wiązać z uczelnią na dłużej. Tak to działa w Niemczech, podczas gdy my trochę udajemy, że u nas „doktorat” to Francja-elegancja, czyli sprawa na pierwszym miejscu honorowo-duchowa, a dopiero na drugim – praktyczna. Nie, Polska to nie Francja.
I tak doszliśmy do sedna problemu, którym jest technokratyczne wyobrażenie o nauce i uczelni. Tymczasem nauka nie jest produkcją ani technologią, a naukowiec to nie rzemieślnik, który umie stosować określone narzędzia i metody. Owszem, trochę tak jest, ale to przecież nie wszystko. Dlatego system, w którym dobiera się człowieka do „potrzeb badawczych”, tematów i grantów, a on sam (ona sama) jako osoba w zasadzie poza kontekstem „zapotrzebowania” się nie liczy, jest szkodliwy, sprzeczny z duchem uniwersytetu, a w przypadku humanistyki – wręcz absurdalny. Ludzie mają talenty, osobowość, mądrość, rozmaite cnoty, kompetencje i umiejętności, których nie da się zmierzyć punktami za publikacje.
Dr Nowak całkiem słusznie wspomina o takim motywie życia akademickiego, jakim jest „proponowanie” studentowi, aby robił doktorat. Dziś jest to bardzo ograniczone przez procedurę sprawiedliwej, konkursowej i powiązanej wymogami „produkcyjnymi” selekcji. Ja mogę sobie chcieć „wziąć doktoranta”, ale zadecyduje o tym grono osób, którym najpierw to ja sam muszę się spodobać w roli promotora, a ponadto musi się spodobać mój dorobek oraz tematyka, którą „zgłaszam”, a dopiero potem będą oceniani kandydaci na moich doktorantów. W końcu się może okazać, że odpadnę i ja, a jak nie ja, to ten student, któremu „proponowałem”. Połowa humanistycznej profesury nie chce grać w tą grę, a wynikające stąd straty są trudne do oszacowania, ale z pewnością znaczne.
Bez możliwości „stabilizowania” najlepszych doktorantów na kilkuletnich etatach asystenckich nie załatwimy „problemu doktorantów”. Przecież ich niewygodny, pośredni status em masse się nie zmieni – można jedynie wzmacniać status tych, którzy na to najbardziej zasługują. Lecz jeśli wszystko sprowadzimy do punktacji (za granty, publikacje, konferencje itp.), odbierając konkretnym profesorom realny wpływ na kształt kadry naukowej, a przenosząc tę władzę na algorytmy i kolektywy, to za jakiś czas uniwersytet stanie się „zakładem produkcji wiedzy” (w najlepszym wypadku) albo „zakładem wytwarzania artykułów naukowych” (w najgorszym). A przecież ma być czymś znacznie więcej.