Jaka będzie ta wojna?

Ameryka nie może być już bardziej dosłowna. Wycofanie części żołnierzy z Europy, a w tym również z Polski, i to w czasie, gdy zbierają się nad nami czarne chmury, oznacza jedno: gdy Rosja zaatakuje, Amerykanie nie poświęcą swoich ludzi z w naszej obronie. Dadzą sprzęt, oprogramowanie, informacje, być może wezmą odpowiedzialność za jakieś strategicznie istotne dla siebie miejsca, ale na pewno nie wyślą żołnierzy do walki o Łotwę czy przesmyk suwalski. Rosjanie wkrótce to sprawdzą. Uszczknięcie czegoś małego w „Pribałtykach” dla przetestowania naszej determinacji, jest tylko kwestią czasu. A że determinacja będzie, ale mniejsza niż mułowaty upór Rosji, nieliczącej się ze stratami w ludziach, to w końcu będziemy musieli dać za wygraną. Tak jak w sprawie Ukrainy, której Rosja nie odpuści, zanim nie osadzi w Kijowie jakiegoś wielkoruskiego księcia, carskiego wasala. A że wszystko to będzie „tymczasowe” i „nieuznawane”, to akurat ma najmniejsze znaczenie. Coś dziś nie jest tymczasowe i niestałe?

Również Ameryka jest niepewnym i niestabilnym krajem, mającym złożone nie niejednoznaczne stosunki z pozostałymi mocarstwami. Mniejsze kraje są dla niej jedynie pionkami na szachownicy. Grają nimi z Chinami, Rosją, Indiami. W pozostałych państwach mają swoich ludzi i swoje interesy. Jedne i drugie będą wspierać nie oglądając się na prawo czy choćby godność suwerennych narodów i rządów. W Polsce mają kumpli, więc gdy jeden z nich ma kłopoty, to po prostu biorą go pod swoje skrzydła. Zwykła rzecz.

A myśleliśmy już, że świat odszedł od swych zwyczajnych zasad. Może i tak było przez jakiś czas, ale się skończyło. Z idealistycznego wzmożenia, które ogarnęło Zachód po wojnie, a potem na nowo po roku 1968 i 1989, prawie nic już nie zostało. Mogą sobie biurokraci unijni, Macron albo Merz gadać, co chcą. Prawie nikt tego nie słucha, a większość Europejczyków nawet nie wie, co to za panowie. Epoka internetu, mediów społecznościowych i AI jest do bólu pragmatyczna, a do moralnych uniesień i innych tam ideałów opinia publiczna stukająca w telefony odnosi się z irytacją, a najczęściej wcale. Można sobie czasem coś pohejtować (i raczej nie będzie to Putin), ale tak tylko, dla ożywienia swojego profilu. Zresztą nie ma już opinii publicznej. Są trendy, zasięgi, prywatny lans, ale opinia? I to jeszcze publiczna?

Nie ma co zaklinać rzeczywistości i mielić ozorami. I tak wszyscy wiedzą, że tak jak jest, to już nie będzie. Coś „dupnie”, ale jak i co, to nie wiadomo. Jakaś wojna będzie, ale jaka? Nie mamy na nic wpływu – to pewne. Nawet premierzy i prezydenci nie mają poczucia, że coś od nich zależy. Bo w demokracji polityk po prostu ma pracę. Dziś jest premierem, jutro dziennikarzem, pojutrze emerytem. Nie ma okazji ani chęci, aby być Atlasem biorącym świat na swe barki. Świat musi sobie poradzić sam. A jako że nie ma Pana Świata, a tylko kłębek poplątanych sił, zależności i procesów, nie wiemy, co się wydarzy i jak to wszystko może wyglądać.

Co najwyżej możemy mieć nadzieję, że w nadchodzącej wojnie nie będzie chodziło o zabicie milionów ludzi i pełną okupację jednych państw przez inne. Owszem, Rosja zapewne wchłonie Białoruś i jakieś fragmenty krajów bałtyckich, a Chiny wreszcie sięgną po Tajwan, ale powiększanie terytoriów zapewne nie jest dziś marzeniem despotów i narodów. „Mieć” nie znaczy już tak bardzo „panować nad terytorium”. Liczą się naturalne i informatyczne zasoby, wielkie firmy i technologie, strategiczne obiekty i „spoty”, jak porty, wysepki czy cieśniny w ważnych miejscach, a nie rubieże i zamieszkujące je ludy. Ludy, łącznie z Polakami, mogą nie obawiać się powtórki z drugiej wojny światowej. Czego więc możemy się tak naprawdę bać?

Zaczynająca się wojna Rosji z Zachodem może być koszmarnie długa i uciążliwa. Jeśli terytorium Unii Europejskiej ma się stać igrzyskiem, na którym Rosja, USA i Chiny będą prawować się o zakres swych wpływów, to czeka nas ponury czas „zmierzchu Zachodu”, gdy powoli tracić będziemy nasz „średnioklasowy” dobrobyt, zaufanie do instytucji, codzienną praworządność, rozmaite swobody osobiste i prawa publiczne. Demokracja zdegraduje się do poziomu jednej z marketingowych gier zarządzanych przez AI i służby, życie społeczne utraci wszelkie odniesienia ideowe i polityczną ambicję, a życie pojedynczych ludzi i rodzin powróci do naturalnego trybu prywatnej zapobiegliwości, żeby nie powiedzieć walki o przetrwanie. A kończące się już „piękne czasy” będą legendą, którą nasze dzieci będą opowiadać swoim wnukom. Starsi spośród nas mogą się uważać za szczęściarzy. Wiedzieli, kiedy się urodzić! Ale młodzież? Wojna, globalne ocieplenie, masowe migracje. I bieda na starość. Mi dispiace.

Reklama