Karol I Nawrocki królem Polski ludowej

Modlitwa dla Karola Nawrockiego, śpiewana przez stuosobowy tłumek wyznawców przed Pałacem Prezydenckim w „miesięcznicę” objęcia przez niego urzędu, apeluje do Pana Boga, jak następuje: „Daj mu mądrość, serce pełnie siły. Niechaj służy wiernie Polsce całym sobą, by naród rósł w jedności i w pokoju żył. Bądź z nim, o Panie, dziś i po wszystkie dni”.

Fanklub Nawrockiego z pewnością liczy więcej niż setkę członków, więc kluby „Gazety Polskiej” i PiS 6 sierpnia za bardzo się nie postarały. W rocznicę, czyli 6 sierpnia 2026, z pewnością będzie lepiej. Albowiem Karol Nawrocki doskonale wcielił się w rolę niekoronowanego, lecz za to wybranego „króla prawdziwej Polski”. Jego awanturniczo-uzurpatorski styl urzędowania, podlegający imperatywowi nieustannej autokreacji oraz odrzucania wszelkich skrupułów i zasad w toczonej nieustająco politycznej walce, przynosi rezultaty. Albowiem to, co jest odstręczające i oburzające dla ludzi jako tako obytych w sprawach życia publicznego, a więc wykształconych i ukształtowanych obywatelsko, albo wcale nie liczy się dla elektoratu Nawrockiego, albo wręcz przydaje mu wiarygodności.

Nie ma bata na Karola? Skoro nikt, kto przestrzega reguł, nie może wygrać z kimś, kto ich nie przestrzega, to po co w ogóle walczyć? No właśnie. Bardzo możliwe, że Donald Tusk i obóz demokratyczny znudzą się przepychankami z Nawrockim i będą się starać żyć bez prezydenta i mimo niego, tak jak żyją bez Trybunału Konstytucyjnego i mimo niego. To jednakże nie zmniejszy wcale szans Nawrockiego na reelekcję ani na przywództwo na prawicy po odejściu Jarosława Kaczyńskiego.

Siłą Nawrockiego nie są uprawnienia, lecz jego osobowość i jego historia, z którą może się w pełni identyfikować klasa ludowa. Albowiem w jej oczach jest nie tylko swojski, lecz godny podziwu z racji swojego sukcesu. Skoro jest kozakiem i zwycięzcą, to nie ma znaczenia, jak to zrobił. Zwyciężanie na tym bowiem polega, że idzie się do przodu, nie przejmując się regułami, które są dla słabeuszy. Tak, Karol Nawrocki jest dziś królem ludowej połowy Polski.

Nawrockiemu z pewnością imponuje siła, a paradoksem takiej postawy życiowej jest uzależnienie od swojego wyidealizowanego na mocarza superego. Taki człowiek sam sobie musi imponować, bo gdy tylko doświadcza własnej słabości czy delikatności, popada w panikę. To bardzo narcystyczny i infantylny mechanizm psychologiczny, co sprawia, że supermęski urok czy wajb Nawrockiego zakorzeniony jest w nader delikatnej glebie. Widać to w jego mimice, w dość ujmujący sposób łączącej delikatność narcystycznej konstrukcji z testosteronową fizycznością.

Wbrew pozorom osobowość narcystyczna domaga się zależności. Tacy ludzie muszą mieć realnego bądź przynajmniej urojonego patrona albo przynajmniej sztywny system odniesień, takich jak wzorce do naśladowania, autorytety czy magiczne rytuały jakiejś wspólnoty. Te odniesienia kształtują się wcześnie, więc mogą być bardzo infantylne. Nawrocki był chłopakiem z zakrystii Jankowskiego, więc już bardzo wcześnie uczył się tego poczucia wyjątkowości, jakie daje młodzieńcza służba u kogoś, kto nie musi się z nikim liczyć i przestrzegać żadnych norm.

Ta lekcja życia, że mianowicie silnemu więcej wolno, a najsilniejszemu wolno po prostu wszystko, uczyniła z Nawrockiego organicznego karierowicza, który wie, że każde zawahanie na drodze do celu może kosztować przegraną. A przegrana jest zbrodnią na samym sobie – czymś, czego naprawdę nie wolno robić. Dlatego właśnie Nawrocki nauczony jest bezwzględności. „Względy” to słabość, a słabość to hańba.

Taki jest świat Jankowskiego, taki jest świat kiboli i taki jest świat gangsterów, który Nawrockiego autentycznie fascynował. Taki też jest świat Kaczyńskiego. Wszystko to jest dziecinnie proste w swojej dziecinadzie.

Na tym jednak nie koniec. Karol Nawrocki nie jest bowiem karierowiczem pospolitym, lecz całkiem wyjątkowym. Nie jest narcyzem żałosnym, lecz fascynującym. Bliżej mu do Trumpa niż do Ziobry czy Czarnka. Ma to coś, co niezbyt precyzyjnie nazywa się charyzmą. Patologicznie narcystyczni i ostentacyjnie zdemoralizowani dworacy i wasale Kaczyńskiego nie mają jej wcale. A on ją po prostu ma. Doskonale nadaje się do tego, by miliony ludzi pragnący kogoś, kim mogliby się fascynować i w kim mogliby upatrywać ucieleśnienia własnych urojeń chwały i wyjątkowości, oddały mu swe serca. I to się już dzieje. Chodzi tylko o to, aby w kluczowym momencie ci ludzie raz jeszcze poszli zagłosować. Ot, i cała polityczna strategia naszej bokserskiej Ekscelencji. Ta prezydentura to będzie jedna, nieustająca kampania wyborcza.

Trudno powiedzieć dokładnie, na czym polega charyzma, lecz z pewnością jej komponentem jest intensywna obecność w każdej interakcji z innymi, połączona z silną autonomią. Rezerwa, nieco ironiczny dystans, a jednocześnie jakiś rodzaj uważności i życzliwości – splot takich czynników „sposobu bycia” tworzy efekt charyzmy, którą można łatwo wykorzystać do podporządkowania sobie innych, niemających takiej siły charakteru. I Nawrocki to właśnie robi. Zjednuje sobie ludzi, by ich sobie podporządkować. A gdy ktoś podporządkować się nie chce, tego bezwzględnie usuwa. Na przykład wyrzuca z pracy, gdy ma taką możliwość.

Jankowski, kluby sportowe i gangi nauczyły go, że lojalność jest naczelną wartością w relacjach międzyludzkich, a pełnia lojalności to posłuszeństwo. Albo posłuszeństwo szefowi, albo posłuszeństwo wobec ciebie, gdy to ty jesteś szefem. Gdy Kaczyński był szefem Nawrockiego, ten był mu „po gangstersku” posłuszny. Teraz Nawrocki jest szefem i to jemu inni mają być posłuszni. Bo taka jest kolej rzeczy. Tylko „dziadki” mogą sobie pozwolić na jakieś uwagi, byle grzeczne. Zresztą dziadek jest tylko jeden – Jarosław Kaczyński.

Celem Nawrockiego jest zdobycie prawdziwej władzy. I czym bardziej będzie się przekonywał, jak niewiele władzy ma prezydent, tym bardziej będzie zdeterminowany, aby zdobyć władzę naprawdę. Pokonanie „capo” tej „drugiej rodziny”, czyli Donalda Tuska, to tylko pierwszy etap. Najważniejsza rozgrywka to będzie ta o schedę po Kaczyńskim. Z Bożą i Trumpa pomocą Karol Nawrocki zamierza zostać drugim Jarosławem Kaczyńskim, ale takim „dwa zero”, i to z „turbodoładowaniem”.

I tu dochodzimy do najbardziej świadomej warstwy tej osobowości, którą są poglądy. To nieprawda, że narcyzy i karierowicze nie mają poglądów. Mają. Mają takie, jakie wpojono im w czasach, gdy kształtowała się ich osobowość. A w przypadku Nawrockiego była to ideologia twardego nacjonalizmu i politycznego katolicyzmu. Jestem przekonany, że Nawrocki naprawdę wierzy, że Bóg wskazał na Polskę i Polaków jako lud ukochany i wybrany. I że próbował go i hartował najcięższymi próbami, a ten wyszedł z tych prób zwycięski i nieskalany. I każdy, kto złe słowo powie o Polakach bądź Kościele – matce narodu – ten jest wróg i zdrajca. Prawdopodobnie Nawrocki traktuje obsesje i androny klerykalnego nacjonalizmu całkiem serio. Ich struktura, oparta na kompensacji, czyli na tzw. kompleksach, doskonale odpowiada strukturze osobowości narcyza, który ucieka w mitologię własnego superego przed monstrum, jakim takiemu człowiekowi wydaje się własna słabość.

Nawrocki jest bez wątpienia silnym i inteligentnym człowiekiem. Ma okropne poglądy, ale przynajmniej je ma. Jest kimś. Jest niepospolity i wyjątkowy, a jednocześnie głęboko niemoralny, zepsuty przez długie lata spędzone w świecie Jankowskiego i kiboli. A jednak zamiast zostać bandytą, skończył studia i założył udaną rodzinę. Nie można myśleć o nim tylko źle. Niemniej wszystko to jest trochę na nic. Narcyzm jest w ostatecznym rozrachunku maskowaną słabością, a nie siłą. Nawrocki nie będzie polskim Trumpem, bo nie stoi za nim potęga pieniądza. Sama egzaltacja „pisowskiego ludu” to za mało. Na szczęście.

Reklama