Trauma świąt
W naszym skolonizowanym przez psychologów „świecie życiowym” święta Bożego Narodzenia co najmniej od kilku lat jawią się jako niebezpieczny czas, obarczony podwyższonym ryzykiem stresu, sytuacji konfliktowych oraz traumatyzujących zdarzeń, niosących z sobą znacznie ryzyko dla tzw. relacji interpersonalnych.
Jeszcze niedawno publiczny dyskurs okołoświąteczny był monotonny i monofoniczny, koncentrując się wokół osobliwej zastępczej kategorii „kultywowania tradycji świątecznych”, która to świadomie (świadomie w znaczeniu nowoczesnego „oświecenia”) podejmowana czynność zastąpiła już wiele dekad temu zwyczajne i spontaniczne świętowanie. Od dawna nie ma w nas naiwności i prostoty, niezbędnych do przeżywania czasu świąt bez podpórki w postaci zaangażowania w owo nieszczęsne kultywowanie. Niestety, ostatnio zrobiło się jeszcze gorzej, bo monofoniczny dyskurs zmienił się w stereo, a to za sprawą drugiego podejrzanego bassso continuo, grającego w tle słodkiej kolędy. Oto psychologia śpieszy z pretraumatycznym treningiem dla oczekujących trudnego doświadczenia spotkania przy wigilijnym stole z „ciotkami” i „wujkami” wyrażającymi „odmienne od naszych” poglądy polityczne, bądź też zadającymi wysoce niestosowne pytania z zakresu spraw matrymonialno-prokreacyjnych.
W ramach tych przygotowań dowiadujemy się, że należy unikać wchodzenia w bezprzedmiotowe dyskusje (albowiem niemożliwe jest uzgodnienie stanowisk w sprawach „światopoglądowych” i „etycznych”), a w razie konfrontacji z kimś wścibskim i niedelikatnym, należy w sposób uprzejmy, lecz stanowczy „wytyczyć granicę”. Jeśli zaś nie uzyskamy posłuchu, należy uzbroić się w cierpliwość, dla własnego dobra oraz dla zachowania ładu i spokoju w rodzinie.
A ja mówię, że trzeba wręcz przeciwnie. Stół wigilijny to wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju sposobność, by pokłócić się na poważanie i poważnie wyartykułować swoje podstawowe przekonania i wartości. Zakłamanie dających nam dobre rady psychologów polega na tym, że adresat tych rad jest osobą – w domyśle – w pełni zasługującą na to, aby to jej spokój był chroniony i jej „granice” strzeżone przed innymi, którzy akurat nie należą do plemienia aktualnie słuchających albo czytających owe dobre rady. To on ma oczywiście rację i musi być chroniony przed inwazją agresywnych „wujków”. A przecież przekaz stanowczo kierowany jest właśnie do wszystkich bez wyjątku słuchaczy radiowych audycji bądź czytelników kolorowych pism, którzy właśnie słuchają albo czytają – nie zaś do tych wybranych, co to w mig się domyślą, że tylko o nich (a nie o tych drugich) chodzi. W rezultacie przedświąteczni terapeuci uczą antyfaszystów, jak mają wytrzymywać obecność faszystów przy stole, lecz jednocześnie uczą faszystów, jak mają znosić antyfaszystów. I tylko jednego w żadnym wypadku nie wolno powiedzieć głośno w całym tym terapeutyczno-empatycznym zasłodzeniu: a niby czemu to państwo psychologowie doradzają faszystom? Czyżby uważali, że to wszystko jedno?
Nihilizm, także ten przebrany w tanie fatałaszki troski i „psychologicznego uświadomienia” jest moralnie odpychający. Tak samo jak popieranie Kaczyńskiego, Nawrockiego czy innego Korwina-Mikke, o Braunie nie wspominając (w raczej wspominając). Jeśli masz takie osoby w rodzinie, to twoim obowiązkiem jest zadbać, aby wiedziały one, co o tym myślisz. Oni zaś mają prawo być potraktowani poważnie, a więc – gniewnie. Święta to właśnie ta wyjątkowa okazja, aby pokłócić się w ważnej, fundamentalnej moralnie sprawie. Rady, aby wznieść się ponad to, otworzyć na perspektywę „drugiej strony”, zaprawione upomnieniami, że przecież i my „żyjemy w bańce” (czyli nasze przekonania moralne są arbitralne i przypadkowe, a przez to nie lepsze od innych), są głęboko niemoralne, bo nihilistyczne właśnie.
Nie ma żadnego problemu w tym, że przy wigilijnym stole zamiast zdzierżyć, zmilczeć, przemilczeć, puścić mimo uszu, obrócić w żart po prostu powiemy, że faszyzm jest podłością, a towarzystwo w rodzaju PiS czy „konfy” to polityczny rynsztok. Nie ma nic złego w pokłóceniu się z przysłowiowym wujkiem czy (jeszcze nie przysłowiowym) siostrzeńcem. Powiem więcej – to jest dokładnie to minimum, jakie możemy uczynić, aby nie być konformistą i oportunistą ostatecznym i beznadziejnym. Jeśli nie umiemy być odważni przy stole, wobec rodziny, to kiedy i wobec kogo?
Święta nie chcą się jakoś zmieścić w wybujałej merkantylno-narcystycznej popkulturze. Najlepiej by było, gdyby „świąteczna atmosfera” kreowana przez kolorowe lampki i kolędy puszczane z głośników mogła starczyć za całość, czyli za to wszystko, co miałoby się w tejże atmosferze jeszcze wydarzyć. Przecież nikt nie lubi dzielenia się opłatkiem, a i „potrawy wigilijne” nie są tak dobre, aby jeść je częściej niż raz w roku. Nie chodzi też o „dzieciątko Jezus”, w którego boskość nie wierzy wszak prawie nikt. Jest bardzo, bardzo przyjemnie, ale tylko w tym, co nie wiąże się z obowiązkiem i obcowaniem z na wpół obcymi ludźmi, z którymi jesteśmy spokrewnieni lub spowinowaceni, co samo w sobie stanowi już wystraczający powód do napięć.
Nie, święta generalnie nie są przyjemne. Nieliczne chwile, w których przeżywamy uroczysty nastrój, sięgamy uczuciem nieba, a nawet i dalej, a nasze dusze doznają szlachetnego uwznioślenia, okupione są mnóstwem uciążliwości i przykrości. I naprawdę jeśli coś dobrego ma się w święta wydarzyć, to może właśnie ta odrobina odwagi, aby przed jeden wieczór nie być oportunistą, nihilistą albo po prostu tchórzem.
A więc pokłóćmy się na dobre z wąsatymi wujami, bezwąsymi ciotkami, testującymi naszą cierpliwość bezczelnymi kuzynami, a nawet z matkami, ojcami i własnymi dziećmi. Kłótnia i poróżnienie są dobre, jeśli tylko racja i słuszność moralna jest po naszej stronie. A kto tę rację i słuszność ma? Kto ją ma, ten wie, że ją ma. W dziedzinie moralnej sprawy główne są zadziwiająco proste. Za to szczegóły zawiłe i ciemne. I właśnie z tego powodu możliwe jest pojednanie i wybaczenie. Jednanie się z chamstwem jest żałosne. Za to jednanie się i wybaczenie wzajemne mocą wyrozumiałości i wspaniałomyślności to rzecz piękna. Tyle że nie dla faszystów te mecyje. Wybaczenie, zgoda i harmonia to świąteczna nagroda wyłącznie dla tych, którzy spełnią warunek minimalny: nie są hołotą.
Życzę wszystkim swoim stałym i niestałym czytelnikom, żeby nie mieli wokół siebie hołoty, a jeśli mają, to żeby odcięli się od niej raz na zawsze przy wigilijnym stole. To będzie świąteczne oczyszczenie co się zowie! A państwu psycholożstwu doradzam chwilę szczerości z samymi sobą. Oby ich „wgląd w siebie” objął nareszcie tę „część”, która odróżnia dobro od zła i „część” tę uruchomił. Byle do Nowego Roku!