Czy mamy wyjechać?
Dopóki żył Marian Turski, czułem się pewnie. Uważałem się za uprzywilejowanego i odgrodzonego kulturowym murem od wszelkiej maści faszystów i antysemitów. Nigdy nie brałem pod uwagę wyjazdu! I dziś wiem, że nie wyjadę, bo nie pozwala mi na to sytuacja życiowa i mam już za dużo lat. Jednakże młodym polskim Żydom gotów jestem radzić opuszczenie ojczyzny. Kilka lat temu udzielnie takiej rady przez kogokolwiek uznałbym za niemalże zdradę. To straszne (dla mnie samego), że nawet tak zatwardziały polski patriota, jak ja, przeszedł taką przemianę. Dziś jednakże wiem: nikt nas nie lubi, nikt nas nie chce i nikt po nas płakać nie będzie. Nasza droga inteligencja Polska się z nami rozwiodła.
To był proces. Wiem, że w ostatnich kilkunastu latach z Francji wyjechało wiele tysięcy Żydów, ale tam co rusz dochodzi do fizycznej agresji ze strony muzułmanów. U nas tego problemu nie ma. A jednak po 7/10 powoli moja perspektywa zaczęła się zmieniać. Coś, co było dla mnie tabu i co odpychałem od siebie ze wstrętem jako objaw paranoi, czyli interpretowanie swoich rozlicznych niepowodzeń i doznawanych przykrości jako następstwa antysemickiej wrogości, powoli domaga się ode mnie rewizji. Dotychczas dogmatycznie i hurtowo obwiniałem wyłącznie siebie: jestem ekscentryczny, mam niewyparzoną gębę, najeżdżam na Kościół, więc ludzie mnie nie lubią i w konsekwencji zawsze ląduję na oucie. Wprawdzie każdego dnia, od dwudziestu lat, czytam w internecie najbardziej odrażające żydożercze komentarze i z pewnością nazbierało się ich już ponad sto tysięcy, ale to przecież tylko internet. Nigdy się tym nie przejmowałem. Dziś zadaję sobie pytanie, dlaczego temu zmasowanemu hejtowi nie towarzyszy choćby cichutki i ledwie słyszalny głos sprzeciwu? Właściwie nie ma tego głosu – prawie nikogo antysemityzm nie oburza, a w każdym razie prawie nikt nie reaguje (bo wymaga to odwagi). Tylko Żydzi (i to zaledwie mniejszość!) oraz garstka ich aktywnych i zaangażowanych przyjaciół; w skali kraju to może być jakieś pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Cała reszta milczy, a gdy się odzywa, to wyłącznie po to, aby wypowiedzieć retoryczną zbitkę polegającą na połączeniu potępienia antysemityzmu z żądaniem, aby Żydzi powstrzymywali się od przesady w oskarżaniu Polaków o antysemityzm, który rzekomo jest zjawiskiem marginalnym bądź nawet mylony ze słuszną i uprawnioną krytyką Izraela. Odstąpienie od antysemityzmu kosztuje – Żydom wystawia się za niego rachunek w postaci warunków, jakie muszą spełnić, aby cieszyć się towarzystwem solidarnych z nimi nie-antysemitów.
Wszelako Żydzi, na swoje szczęście i nieszczęście, mają coś, czego potrzebują Polacy z klas wyższych i co tylko od nich mogą uzyskać. Tym czymś jest wiarygodny certyfikat „Nie-Antysemity”. Ambitnym i wykształconym Polakom niezmiernie zależy na tym, aby w oczach innych, a przede wszystkim we własnych oczach uchodzić za wyzwolonych z wszelkiego antysemityzmu. Jednak tylko Żyd może to tak naprawdę potwierdzić. I to z Żydami negocjuje się warunki polskiego „nie-antysemityzmu”. Jedni żądają, aby w zamian za ostentacyjną prożydowskość (pokazywanie się w kipie pod Ścianą Płaczu, zapalanie świec chanukowych w miejscach publicznych, chodzenie na żydowskie koncerty itp.) Żyd oświadczył, że Polacy masowo ratowali Żydów w czasie wojny, a szmalcownictwo i morderstwa były kryminalnym marginesem. Inni zażądają, aby Żyd publicznie potępił poczynania Izraela w Gazie i potwierdził, że „nie każda krytyka Izraela jest antysemityzmem”. Żydów chętnych wydawać certyfikaty tego rodzaju jest wielu i faktycznie – rozdają je hojnie. I hojnie są za nie nagradzani. Są nazwani „drogimi przyjaciółmi”, zapraszani, honorowani.
Wydawaniem poświadczeń nie-antysemickiej czystości zajmują się najczęściej Polacy o żydowskich korzeniach, przysposabiający sobie fragmentaryczną i wybiórczą tożsamość żydowską na jakimś etapie życia, a więc mających całkiem osobiste doświadczenie negocjowania tożsamości i negocjowania z własnymi antysemickimi uprzedzeniami. Wiedzą, czym jest negocjowany nie-antysemityzm i chętnie solidaryzują się z tymi nie-Żydami, którzy chcą nie czuć się antysemitami i muszą ułożyć się z własnymi przesądami i idiosynkrazjami. Zamiast je odrzucić, wybierają drogę na skróty, czyli legalizację wybranych przesądów przez jakiegoś „koncesjonowanego” Żyda. I system ten działa doskonale – przyjaźń między polskimi Żydami o miękkiej i wynegocjowanej tożsamości oraz nowymi, certyfikowanymi nie-antysemitami po prostu kwitnie. Bycie „pro-polskim” (czy jak to zwać) Żydem to w naszym kraju pozycja uprzywilejowana. Snobizm kulturowych nuworyszy, wyrastających właśnie z antysemityzmu, jest bowiem szalenie afektowany i sięga wyżyn. „Dobry Żyd” bez trudu wpaść może w objęcia Andrzeja Dudy, Karola Nawrockiego, Jarosława Kaczyńskiego, a nie zdziwiłbym się, gdyby i Grzegorz Braun przygruchał sobie jakiegoś.
I wszystko byłoby znakomicie (jak to po negocjacjach bywa), gdyby nie ci niepokorni Żydzi, którzy nie przystąpili do układu i nie głoszą po miastach i miasteczkach, że Żydzi są przewrażliwieni na punkcie antysemityzmu, Polacy byli i są świetni, a Izrael i jego wojsko to prawie że naziści. Oni obrywają rykoszetem. Za to, że nie zgodzili się na układ, obrywają wręcz podwójnie. Są bowiem chodzącym rozczarowaniem zarówno dla środowisk nie-żydowskich, jak i dla większości Żydów, którzy poszli drogą oportunizmu.
Sam znalazłem się w taki właśnie sposób podwójnie na cenzurowanym. I takich jak ja jest więcej – pewnie kilkuset. I dopiero dziś pojąłem, że całe swoje życie korzystałem z protekcji, jaką daje mi status „dobrego Żyda in spe”. Jeśli mimo wszystko zrobiłem karierę, to dlatego, że dostatecznie wielu ludzi uważało, że rokuje spełnienie warunków, jakie powinien spełniać polski Żyd, aby nie doświadczać żadnych form dyskryminacji czy niechęci. I pewnie je nawet na ogół spełniałem. Nie zarzucano mi, że jest inaczej. Mój patriotyzm, polska tożsamość i identyfikacja z Polską były zbyt niepodważalne i potwierdzone przez antyrosyjską i antykomunistyczną działalność moich przodków, a nawet (z zachowaniem proporcji!) moją własną w latach młodzieńczych.
Aż przyszedł 7/10 i straszna zbiorowa obojętność na to wydarzenie, jakże odmienna od tego, co odczuwało polskiej społeczeństwo po 11/09! A potem te agresywne demonstracje, których cały sens sprowadzał się do utwierdzania przeświadczenia, że Hamas walczy o „wolną Palestynę”. I to nachalne wykrzykiwanie wciąż i wciąż, że „nie każda krytyka Izraela jest antysemityzmem”, tak jak gdyby ktoś coś takiego sugerował. I ta agresja przy każdej próbie wskazania na Hamas jako wspólnego z Izraelem winowajcę dziesiątek tysięcy cywilnych ofiar w Gazie. I śmierć Mariana Turskiego, który nas z tym wszystkim zostawił…
Ze smutkiem i zdziwieniem patrzyłem, jak kolejne osoby – bliżsi i dalsi znajomi bądź współpracownicy – odsuwają się ode mnie, a w niektóre pozostawione przez nich puste miejsca wchodzą jacyś zupełnie nowi ludzie, o których wcześniej nie słyszałem, a którzy po prostu nie chcą uczestniczyć w oportunistycznej kulturze negocjowanego nie-antysemityzmu.
Jednym z warunków, jakie w całej historii ruchu asymilacyjnego, nie-Żydzi stawiali pragnącym się asymilować Żydom, było coś, co znamy jako żądanie nieepatowania żydostwem. To odpowiednik kierowanego do LGBT „nie zaglądamy wam do łóżek, lecz powstrzymajcie się od ostentacji”. Większość moich przodków skwapliwie ten warunek wypełniła i znakomicie na tym wyszli. Ja też „nie poruszałem tematu” przez większość swego życia, w większości środowisk, w których funkcjonowałem. Dziś jednak pojąłem, że cena jest bardzo wygórowana. Mój dziadek rozumiał, że miał się po prostu ochrzcić i właśnie „nie poruszać tematu”. I jakoś dożył. Jednakże czasami żądają od nas czegoś więcej – odżegnaj się, napluj tu, podpisz tamto. I ludzie to robią. A przez to ci, którzy jednak tego nie robią, czują się coraz bardziej osamotnieni. Po prostu pancerzyk złudzeń pęka a czas zaklęć się kończy. Prawda zaś wlewa się do duszy: nie ma cię, nie jesteś nikomu potrzebny, nikt się nie zmartwi, jeśli wyjedziesz do Izraela. Ba, powiedzą „A nie mówiliśmy? To jasne, że tam jest jego miejsce”.
Dlatego mówię młodszym polskim Żydom: jeśli zostaniecie w Polsce, będziecie musieli do końca życia się tłumaczyć, „epatować polskością” i podpisywać certyfikaty „nie-antysemityzmu” każdemu, kto podetknie wam taki pod nos. A jeśli będziecie choć trochę nieposłuszni, zostaniecie sami. Odsuną się od was wszyscy – pewni, że to wyłącznie wasza wina. Pozostanie wam wśród znajomych pięciu niepoprawnych Żydów i drugie tyle zabłąkanych „sprawiedliwych”. A może to akurat tyle, ile człowiekowi potrzeba?