Pornografia i dzieci

Wygląda na to, że w ślad za Australią kolejne kraje, w tym Polska, a potem cała Unia, będą wprowadzać ograniczenia w dostępie dzieci do niektórych serwisów internetowych, na czele z mediami społecznościowymi. Tym sposobem zaczyna się wielka, globalna zabawa w policjantów i złodziei. Tylko że tym razem będzie to zabawa, w której policjanci wyjdą na durniów, i to jeszcze większych, niż ci z Saint-Tropez, pod dowództwem Luisa de Funèsa. Już to widzę!

Cały system uszczelniania internetu ma się opierać na urzędowej weryfikacji wieku poprzez stosowną aplikację oraz na wymuszaniu na firmach dostarczających usług komunikacyjnych stosowania różnego rodzaju wykrywaczy wieku. W praktyce firmy mają blokować konta dzieci i chwalić się tym przed urzędnikami. I zapewne najpierw coś poblokują, a potem dzieciaki się nauczą, co robić, aby nie zaliczyć takiej blokady i wszyscy w końcu machną ręką. I może nawet nie z powodu nieskuteczności programów do wykrywania dziecięcych użytkowników, lecz po prostu dlatego, że w krótkim czasie powstaną nowe serwisy, przeznaczone dla dzieci i nie dające się trwale zablokować z poziomu państwa. Pewnie nawet takie blokady tu i tam się udadzą, lecz potem przestaną się udawać – i w końcu znów trzeba będzie machnąć ręką.

Sądzę, że w ogóle nie tędy droga. Faktycznie, jest to jakaś klęska kulturowa, że każdy dziesięciolatek ma swobodny dostęp do pornografii, przemocy i wszelkiej patologii w sieci. Bardzo by się chciało to wszystko wziąć za twarz i ocenzurować. Ale się nie da. Kto nie wie, że się nie da, ten właściwie nie rozumie, czym jest internet. Dzieci będą to oglądać, nawet gdy dostęp będzie trudniejszy. Ba, szukając go, będą się uczyć oszukiwania, przez co ich krzywda będzie podwojona.

Trzeba by to zrobić inaczej. Tak jak dawniej niektórzy rodzice robili z papierosami, podając je dziecku, aby raz spróbowało przy nich, żeby później nie kojarzyło wypalenia papierosa z niebezpieczną przygodą, podnoszącą ich prestiż w oczach innych dzieci. Jedyny skuteczny sposób, aby zapanować nad tą kaskadą szlamu spadającą na głowy dzieci, to oglądać to wszystko razem z nimi. Oczywiście nie na co dzień, nie „na luzie”, jak gdyby nigdy nic, lecz w ramach tego zestawu trudnych rozmów uświadamiających, które i tak się z dziećmi prowadzi.

To jest nie lada wyzwanie, lecz jakoś trzeba się tego nauczyć, żeby z dziećmi siedmio- czy ośmioletnimi rozmawiać o seksie i przemocy, pokazując przy tym różne rzeczy w internecie. Jednak od czego internet? Odpowiednie serwisy edukacyjne dla rodziców i dzieci już powstają, a zapewne również aplikacje. Chodzi o to, aby dziecko, przechodząc, prowadzone za rękę, przez kontakt z nieodpowiednimi treściami, samo zapragnęło się od nich odgrodzić za pomocą filtrów treści.

Myślę, że przyszłość bynajmniej nie należy do programów blokujących konta i uniemożliwiających ich zakładanie przez dzieci, bo to marna ciuciubabka. Internet hula na wolność, a nie odgórne regulacje. Jeśli ma się porządkować, to dzięki dobrowolnym działaniom użytkowników. Dlatego, jak przypuszczam, szanujące się serwisy i szanujące się rządy nie będą niszczyć dzieciom ich profili ani odpychać od internetu, lecz oferować atrakcyjne filtry i atrakcyjne algorytmy selekcjonujące treść, z których dzieci po prostu będą chciały korzystać. Dokładnie tak, jak dorośli korzystają z blokad „wyskakujących okienek” albo płacą parę groszy za odgrodzenie się od niechcianych reklam i treści.

Na całe szczęście, dzieci nie płoną z żądzy oglądania pornografii i scen przemocy. Raczej brzydzą się tym, jak większość dorosłych, jakkolwiek z pewnością ponoszą o wiele większe koszty psychologiczne percypowania drastycznych treści. Jeśli chcemy na serio te koszty zminimalizować, musimy o tym z dziećmi rozmawiać i – niestety – nieco wcześniej niż miało to miejsce w dawniejszych pokoleniach wprowadzać je w wychowawczo trudne tematy.

Oczywiście nie każdy ma siłę i umiejętności, aby ze swoimi dziećmi prowadzić takie rozmowy i oglądać wraz z nimi jakieś paskudne treści. Może nawet lepiej, gdyby robili to odpowiednio przeszkoleni nauczyciele, w oparciu o specjalnie przygotowane przez psychologów materiały edukacyjne. I faktycznie, powoli edukacja seksualna w szkołach idzie w tym kierunku.

Nie chodzi jednakże wyłącznie o seks. Dziś nacisk kładziony jest na ograniczenie kontaktu dzieci z pornografią oraz na uodparnianie dzieci na tzw. hejt, który niejedno już dziecko przywiódł do samobójstwa. Sprawa ma jednakże znacznie szerszy zakrój. Dzieci muszą się nauczyć wielu rzeczy, gdy chodzi o korzystanie z sieci: samokontroli odnośnie do czasu i rodzaju treści, krytycyzmu względem treści, elementarnych zasad „netykiety”, a także ostrożności w komentowaniu oraz samodzielnym wytwarzaniu treści. To jest cała obszerna domena życiowo ważnych kompetencji, uzupełniających samą biegłość w ściganiu i użytkowaniu aplikacji oraz usług AI. Albo się do tego zaraz weźmiemy, albo wyrosną nam dzikie internetowe dzieci.  A może już wyrosły?

Reklama