Domino wojny

Mam jak najgorsze zdanie o przyszłości. Jest gorzej niż było w latach poprzedzających II wojnę światową, a jedyne co powstrzymuje nas przed globalizacją wojny, to zagrożenie atomowe. Wizja gigantycznych zniszczeń jakoś jeszcze przemawia satrapom, fanatykom i awanturnikom do wyobraźni. Wystarczy jednakże jakiś wypadek (na przykład z udziałem AI), czyjaś desperacja albo prawdziwe bądź urojone przekonanie o posiadaniu doskonałych zabezpieczeń antyrakietowych, aby przekroczona została czerwona linia. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że pociski nie dzielą się już na broń atomową i konwencjonalną, bo istnieją rozmaite pociski „taktyczne” oraz „brudna broń”, rozpylająca materiały radioaktywne. Tam zaś, gdzie zacierają się granice pomiędzy tym, co złe, lecz dopuszczalne, a tym, co złe bezwarunkowo, znikają bariery dla tego drugiego.

Krótko mówiąc, uważam, że będzie wojna. Miejmy nadzieję, że inna, niż te znane z przeszłości, na czele z pierwszą i drugą światową, a więc że może mniej krwawa, a bardziej nastawiona na niszczenie infrastruktury, lecz i ona zbierze swoje śmiertelne żniwo. Zresztą to tylko nadzieja. Nie ma żadnej gwarancji, że broń masowego rażenia nie zostanie użyta. Przecież i ona jest jak strzelba wisząca w pierwszym akcie na ścianie, by wystrzelić w akcie trzecim. Po prostu nie wiemy, w którym akurat jesteśmy akcie globalnego przestawienia.

O co ta wojna? Cóż, wojny są o wszystko i o nic – jak kłótnie małżeńskie. O zasoby, o władzę, o honor, o utrzymanie władzy, o dominację dla samej dominacji, z żalu i pretensji o dawne sprawy (realne lub urojone), o to, czyje bóstwo jest ważniejsze, a nawet o nic – ot, żeby wojsko wreszcie miało co robić. Wojna jest absurdem, więc i powodów jej nie trzeba wiele.

Z wojnami tak to już jest, że długo się o nich mówi i żyje się normalnie (bo jak niby miałoby się żyć?), a potem już taka jedna naprawdę jest. I nadal jak tylko się da (choć coraz mniej się da), to „żyje się normalnie”! No i właśnie ta normalność, a właściwie to raczej normalizacja, toruje drogę wojnie. Z zadziwiającą łatwością przywykamy do zdziczenia obyczajów w polityce, do marginalizacji dyplomacji, a ostatnio również do zupełnego zatarcia prywatnych i publicznych form komunikacji oraz powiązanych z nimi norm i zwyczajów językowych.

W pewnym sensie wojna światowa już się zaczęła. Płonie Bliski Wschód i Europa Wschodnia, choć skala walk nie jest jeszcze pełna. To jednakże tylko kwestia czasu. Fabryki zbrojeniowe pracują pełną parą, a społeczeństwa Zachodu powoli gotują się do obrony. Wszystko rozłazi się na naszch oczach, a nasz tępy wzrok przebiega po kolejnych wiadomościach o niemożliwym i nie do pomyślenia.

Tak, tak. NATO okazało się igraszką w ręku kapryśnego satrapy i tyle możemy na nie liczyć, co na dobry humor Trumpa. Własnych zasobów, sił i doświadczenia wojennego mamy pewnie nieco więcej niż w tragicznym roku 1939, lecz na pewno nie tyle, by wypchnąć Rosjan z jakichś terenów, które raz udałoby się im zająć. Zresztą, co tam my! Nikogo nie będziemy obchodzić, gdy każdy kraj będzie musiał bronić swoich czterech liter. Nie mamy przyjaciół i sami nie jesteśmy niczyimi przyjaciółmi. Nie udało się nam zintegrować się w pełni z Zachodem i trzeba będzie zapłacić za to cenę. Nawet głupiego euro nie mamy.

Na szczęście nie o nas chodzi. Oberwiemy przy okazji. Teatrem wojny jest dzisiaj Ukraina i Bliski Wschód, lecz jest tylko kwestią czasu, gdy Chiny skorzystają z okazji, gdy USA będą wystrzelane i zajęte wojną z Iranem, aby sięgnąć po Taiwan. A gdy to nastąpi, to kto wie, czy nie zapali się zielone światło dla Kima, by zaatakować Seul. Wojna koreańska wszak nigdy nie została zakończona. W ogólnej zawierusze swoją szansę ujrzą też zapewne Kurdowie, wzniecając narodowowyzwoleńczą rewolucję w Iraku i w Turcji. A jeśli taka będzie wola Chin, rozpocznie się też rozpad Rosji. Dalej ruszyć się mogą Indochiny oraz Indie z Pakistanem. Uff, gdyby to wszystko się miało stać, mamy z głowy dobrych parę lat.

Wojna w czasach globalizacji jest jak szarpnięcie łańcucha opasującego cały glob albo jak padające jedna za drugą kostki domino. Niczym zaraza, przenosi się z kraju do kraju. Gdy silni idą na wojnę, tracą część swej mocy. A wówczas słabsi podnoszą głowy i wszczynają swoje lokalne wojny. Po jakimś czasie sieć konfliktów staje się tak skomplikowana i zawęźlona, że żadne rokowania nie mogą jej rozsupłać. Wówczas pokój staje się możliwy wyłącznie przez zwycięstwo militarne lub przewrót wewnętrzny w kraju prowadzącym wojnę. O ustaleniu, kto ma rację i kto mniej grzeszył w walce, nie ma nawet mowy.

Czas wojny nadchodzi, jeśli już nie nadszedł. Czeka nas kilkanaście bardzo ciężkich lat. Obyśmy wyszli z nich mądrzejsi i zdołali zbudować na kolejne dekady trochę lepszy i bezpieczniejszy świat, tak jak udało się to po roku 1945. Ale gwarancji nie ma. Zresztą to już może nie być w pełni ludzki świat.

Reklama