Holokaustowe upiory, czyli dumka do Sederu

Nie chcę już ciągnąć awantury o Mariusza Szczygła w roli ambasadora „akcji żonkil” i oceniać polityki muzeum Polin. A więc bez aluzji. Te kilka uwag o metodyce upamiętniania ludobójstwa nie służy krytyce żadnej konkretnej instytucji.

Porażkę ponieśliśmy bowiem wszyscy. Dekady najrozmaitszych wysiłków i przedsięwzięć na polu edukacji, muzealnictwa, polityki kulturalnej i „polityki historycznej” w większości krajów, a w szczególności w Polsce, dały efekt w zasmucający sposób rozbieżny z oczekiwaniami. Z pewnością znaczenie lepiej jest w Izraelu i w Niemczech – z oczywistych przyczyn. Niewielkie to dla nas jednakże pocieszenie.

W Polsce jest wręcz gorzej niż źle. Pośród Polaków pamięci o Zagładzie ani nawet podstawowej wiedzy o niej w zasadzie nie ma. A jeśli jest, to głęboko sprzęgnięta z kompleksami i roszczeniami godnościowymi, a także przesądami i kłamstwami. Rzecz jasna, różnie z tym bywa, lecz osób, które wiedzą, co się wydarzyło i odczuwają z tego powodu żal i współczucie, jest garstka. O żal nawet szkoda się upominać, a zresztą to poniżej naszej godności. Nie ma go zresztą nawet w stosunku do polskich ofiar wojny, na przykład rzeszy cywilnych obywateli Warszawy, wymordowanych przez Niemców w czasie powstania. W pamięci zbiorowej te sto kilkadziesiąt tysięcy właściwie nie istnieją.

Trudno się więc dziwić, że przeciętny Polak nie wie nic i nic go „to” (cokolwiek to jest, to, co się stało z Żydami) nie obchodzi. Wie tyle, że Niemcy mordowali Żydów, lecz jeśli w ogóle go to interesuje, to w powiązaniu z o wiele bardziej bulwersującym (jak sądzi) sposobem, w jaki Żydzi o tym mówią. Po pierwsze nadmiernie eksponują swoje straty i je wyolbrzymiają, kosztem pamięci o starach polskich. Po drugie nie doceniają tego, jak wiele uczynili dla nich Polacy i w dodatku śmią oskarżać Polaków o antysemityzm i pomaganie Niemcom. Po trzecie Żydzi wszystkich wokół siebie szantażują emocjonalnie i domagają się specjalnego traktowania jako „szczególne ofiary, w konsekwencji domagając się jakichś nienależnych im rekompensat. A po trzecie robią sobie z Holokaustu biznes, na którym dobrze zarabiają. Nie brakuje takich, którzy dorzuciliby, że, po czwarte, zasłaniając się Holokaustem, Żydzi domagają się tolerowania przez świat swojej „ludobójczej polityki” wobec Palestyńczyków.

Tak to wygląda, choć z pewnością jest wiele tysięcy, a może nawet setki tysięcy Polaków, którzy myśląc o Zagładzie, wcale nie kojarzą tego tematu automatycznie z takimi bądź innymi zastrzeżeniami i pretensjami do Żydów. I chwała im za to. A mówię to szczerze i bez żadnych podtekstów. Jednak i w przypadku tych kilku procent świadomych i nieuprzedzonych nie smutek i nie żal są kanwą ich pamiętania o Zagładzie, lecz emocja innego rodzaju, zabarwiona poczuciem wzniosłości i uczestniczenia w ponadczasowej moralnej prawdzie. Niesie ją hasło „nigdy więcej” oraz towarzyszące mu klisze, mówiące o pamięci jako niezbędnym warunku czujności wobec odradzających zalążków totalitaryzmu.

Takie „Pamiętamy!” ma charakter uniwersalistyczny i niejako odwraca się od ofiar, od ich konkretnej tożsamości. Od ich żydowskości. Żydzi są tu tylko „przykładem”. Na nich akurat „padło”, lecz jutro mogą to być „równie dobrze” inni, na przykład Polacy, a więc my.

Niestety, pamięć uniwersalizująca Zagładę, nieświadomie i niechcący wyklucza jej ofiary, który w jej kontekście zredukowane są do roli przykładu. Trafiło akurat na Żydów, a przecież mogło trafić na kogoś innego – na przykład na nas, na ciebie, kolego, koleżanko.

Złe jest takie pamiętanie. Zbyt łatwe i zbyt ogólne. Ale jak można inaczej? Wszak dogmat naszych czasów stanowi, że rozumienie przeszłości wymaga odniesienia do losu jednostkowego, a ludzie wszędzie i zawsze są ludźmi – takimi samymi, bez względu na kulturę, czasy, narodowość. Ofiary ludobójstwa mają tylko imiona. Nie mają zaś narodowości. To „ludzie ludziom zgotowali ten los”.

Otóż nie. Nie, „ludziom”, lecz „Żydom”. Holokaust nie jest „własnością narodów”, nie jest „dziedzictwem”, „lekcją” ani żadnym innym cholernym „assetem”, który mogą mieć z niego „następne pokolenia”. Nie ma sensu ani niczemu nie służy. A „ich los” jak najbardziej „poszedł na marne”. Holokaust nie jest pojęciem ogólnym, przypadkiem czegoś ani przykładem czegoś. Holokaust jest czymś, co uczyniono Żydom. Czyli nie „nam”, a „im”. I te zaimki się nie zmienią, niestety. Nigdy już powstanie w getcie nie będzie naszym, polskim powstaniem. Nie będzie powstaniem warszawskim, a jego bohaterowie nie będą polskimi bohaterami. To utożsamienie jest już niemożliwe. Tak jak niemożliwe jest współczucie – i tak zresztą wyklęte przez współczesny godnościowy egalitaryzm. Pozostaje jedynie uprzejme, mieszczańskie „jednoczenie się w pamięci”, mizerny rytuał, w którym Żydzi odgrywają rolę statystów, chyba że znajdzie się jakaś miła i ładna „ofiara poszczególna”. Albo raczej odgrywają rolę dybuków, zagrobnych upiorów i widm. Ale ja nie lepszy. Bo to dawno było. Bardzo już dawno. A zresztą kimże jest dla mnie sprzedawca śledzi z Muranowskiego Placu, który ćwierć wieku przed moim przyjściem na świat zakończył życie w Treblince? Nie miejmy do nikogo pretensji. Ale też na żadne „nigdy więcej” też nie liczmy.

Reklama