Łatwogang, WOŚP i koniec świata

Nie mogę nie skomentować tego, co się stało w Polsce i w polskim internecie. Trwająca 222 godziny charytatywna zbiórka na Youtube, zainicjowana i poprowadzona przez artystę internetowego Piotra Hancke, pod pseudonimem Łatwogang, a mająca na celu zasilenie Fundacji Cancer Fighters (na rzecz dzieci chorych na raka), przyniosła ponad 282 mln zł. Jest to sukces na skalę światową, który zmienia wszystko w branży charytatywnej, i to nie tylko w Polsce. Twórcom tego projektu i jego uczestnikom, a przede wszystkim Piotrowi Hancke, Borysowi Przybylskiemu (raperowi) i 11-letniej Mai Mecan należą się wielkie brawa. Patrzę na to z niekłamanym podziwem, lecz również z niepokojem. Nie jestem od tego, żeby kadzić, lecz od tego, by opukiwać, ostukiwać i szukać zagrożeń. Nie chodzi mi przy tym o samych twórców (Piotr Hancke ujął mnie dodatkowo eleganckim stylem, w jakim zrzekł się na rzecz fundacji należnych mu tantiem z reklam napojów Tymbark), lecz o zjawisko, czyli o to, co dzieje się z filantropią w naszych czasach.

Trzeba sobie uświadomić charakter zachodzących zmian społecznych, których wyrazem jest ten szokujący sukces. A nie są to zmiany wyłącznie dobre, wobec czego nawet to wielkie dobro, jakim są gigantyczne pieniądze dla chorych dzieci, rzuca jakiś cień i skrywa w sobie jakiś mrok. I o tym też trzeba mówić. Zanurzeni w niezdrowym tabu, pogrążamy się w nim coraz bardziej.

Może zacznę od czegoś, co wszyscy rozumieją od razu, a mianowicie, że działalność charytatywna jest chroniona tabu. Komu się coś nie podoba, powinien siedzieć cicho, bo defetyzm przeszkadza w zbieraniu pieniędzy. Czystość intencji, szczerość entuzjazmu są niepodważalne. Przynajmniej dopóty, dopóki tabu nie zostanie raz złamane, tak jak złamano je w stosunku do WOŚP i Jerzego Owsiaka, który od kilkunastu lat stał się obiektem bezprzykładnej nagonki ze strony PiS i części Kościoła. A to zawsze bardzo niedobrze, gdy pewnych ludzi uważa się za immunizowanych i niepodlegających jakiejkolwiek krytyce. I chyba jeszcze gorzej, gdy w sytuacji, gdy raz już to tabu pęka, nic nie może zatrzymać sączącej się infamii. Zmaza rośnie, gdy nie przewiduje się żadnej formy oczyszczenia. Jerzy Owsiak został naznaczony przez zawistników i nic nie jest w stanie zmyć tego piętna, niezależnie od tego, jak podłe było to, co mu uczyniono.

Póki jednakże tabu działa, każde odejście od obowiązującego nastroju i retoryki entuzjazmu towarzyszącej dobroczynnemu zrywowi, identyfikowane jest jak krytyka, a nawet przejaw wrogości. To pokazuje, jaki potencjał agresji kryje się za czymś, co podaje się wyłączne i czyste dobro, zakorzenione w czystej dobrej woli i czystym, dobrym sercu. Dobra jest z pewnością dużo, ale czystego dobra w realnym świecie nie ma, a szczere serce i entuzjazm wcale nie wykluczają się ze słabościami i ograniczeniami.

Współczesne akcje charytatywne opierają się na silnym przymusie społecznym i rosnącej – wraz z rozpędzającą się „śnieżną kulą” zasięgów i wpłat – presji na ludzi żyjących z osobistej popularności, by okazać entuzjazm, wziąć udział w imprezie i wpłacić znaczną sumę od siebie. I tak przez studio nagraniowe Łatwoganga przewinął się cały korowód gwiazd, bez szemrania wpisujących się w infantylny i narcystyczny format marketingowej narracji, nastawionej na budowanie wspólnoty dobrych-wpłacających i nieustająco powielającej „call form action”.

Narcyzm jest paliwem wszelkiej nowoczesnej działalności charytatywnej, a skojarzony z narcyzmem infantylizm jest zupełnie nieodzowny, jeśli liczy się na rzeczywiście masowy udział zwłaszcza młodych ludzi. Celebryci i biznesmeni stawiani są na baczność – muszą się temu podporządkować, nawet gdy nie bardzo im opowiada tańczenie, jak im zagrają. Powtarzające się i jałowe w tej powtarzalności wybuchy radości, przetykane zapewnieniami o wspaniałości wspólnoty pomagania, tworzą silny rytuał i wyrazistą konwencję pod pozorami swobody i radości. Nie ma tu miejsca na błąd, a jeśli komuś nie podoba się zgolenie głowy, niech lepiej nie próbuje „stawiać granic”, bo może bardzo źle na tym wyjść. Za kulisami czuwa Pani Niesława z Panią Szyderą. A nad całością przedsięwzięcia czuwa Oświecenie, reprezentowane przez fachową wiedzę marketingową odnośnie do tego rodzaju akcji, oraz wieczysta Kultura Plemienna, niezawodnie wskazująca drogi pobudzania zbiorowego samouwielbienia. Nie ma tu miejsca na przypadek ani swobodę. Reguły są jasne i muszą być przestrzegane ściśle. Wszyscy się świetnie bawią, a kto się bawi lub ma jakieś wątpliwości, ten niechaj idzie do czarta, razem z politykami i złodziejami.

Tak to wygląda i trzeba się z tym pogodzić, bo dobro nie zawsze jest i nie zawsze może być piękne. Mimo to uderzająca jest dysproporcja między partycypacją charytatywną a partycypacją obywatelską i polityczną. Wiedzą to amerykańscy spece od wyborczego fund risingu. Dziś nieodwołanie wspólnota staje się „wspólnotą wpłat”, a sama wpłata staje się udziałem w wirtualnej wspólnocie samotnych „internautów”, potwierdzonym kliknięciem. Tym kliknięciem zwykle jest „lajk”, ale czasami jakiś zakup bądź wpłata. Nagroda emocjonalna jest natychmiastowa i warta swojej niewielkiej ceny. Byle by tylko płacić wyłącznie za siebie – każdy, kto mógłby osiągnąć jakieś korzyści „przy okazji”, choćby jako organizator, jest uzurpatorem i pasożytem, takim jak państwo, które „zabiera nam pieniądze” w podatkach.

Taki właśnie stał się świat w epoce klikania i scrollowania. Pal sześć, że infantylny i narcystyczny. Zawsze taki był – w większym czy mniejszym stopniu. To, co uczynił nam Internet, to anihilacja polityki, zdegradowanej do poziomu serii sterowanych przez specjalistów od psychomanipulacji i marketingu politycznego internetowych „eventów”, i to nie byle jakich, bo otwarcie schlebiających egoizmowi i prostackiej pogardzie dla państwa, nielogicznie, acz zręcznie łączących ten nihilizm z agresywnym nacjonalizmem. Niczym to się już nie różni od ordynarnego rozdawania kiełbasy.

Nie, nikt nie jest temu winny i z całą pewnością nie można obarczać odpowiedzialnością za upadek nowoczesnej polityczności, a więc i liberalnej demokracji, Piotra Hancke. Jednakże stoi on przed wielkim pytaniem: co zrobić ze swoją sławą i swoją mocą sprawczą. Mam nadzieję, że użyje jej również dla innych celów, niż zbieranie pieniędzy dla dzieci chorych na raka. Bo są cele jeszcze większe i znaczenie trudniejsze do osiągnięcia niż postawienie onkologicznej opieki nad polskimi dziećmi na światowym poziomie (o ile już nie stoi).

Niełatwe pytania musi sobie też postawić Jerzy Owsiak, o pół wieku starszy od konkurenta, których rzucił mu tak zuchwałe wyzwanie. To, co zrobił Hancke Owsiakowi można porównać do tych przełomowych wejść himalajskich, gdy to „na lekko” pojedynczy wspinacze, na czele z Reinholdem Messnerem w ciągu jednego dnia „łoili” ośmiotysięczniki wcześniej oblegane przez potężne, ciągnące się całe tygodnie wyprawy. Oczywiście, WOŚP ma swoją bezwładność i swoją klientelę, ale to, co się dziś wydarzyło, jest początkiem końca tego rodzaju „analogowej” i kosztownej działalności charytatywnej. Starsi ludzie będą jeszcze przez kilka lat trwać przy Owsiaku bądź jego następcy, lecz w przyszłości nad działalnością charytatywną zawiśnie miecz Damoklesa: każdy, kto śmie na tym zarobić bądź z tego żyć, zostanie ścięty jako cwaniak i złodziej. Bo infantylizm jest okrutny – w oczach dziecka wszystko musi być całe, zupełne i proste. Skoro daję na dzieci, to nie „na Owsiaka”.

Skoro zaś tak, to pieniądze zbierać będą ci, którym wystarczy sława. Bo też na sławie można zarobić. Jednakże to nie będzie już działalność stała, regularna i „markowa”. Nie inaczej w polityce. Polityk też nie ma prawa nas „okradać”, czyli zarabiać. No i szybko się nam nudzi. Będziemy ich skrolować, jak posty, filmiki i zbiórki. Za to ich autentyczność, którą będą się chcieli różnić od produktów AI, szybko straci powab, nie mówiąc już o wiarygodności. Cóż to za problem dla AI mówić „eeee”? Oj, wygląda na to, że się nieźle wkopaliśmy.

Reklama