Tak, konstytucja do zmiany!

Aspiracje do majstrowania przy konstytucji w przypadku Karola Nawrockiego, człowieka z półświatka, cynicznie osadzonego na prezydenckim stolcu przez Jarosława Karczyńskiego, który w taki niecny sposób zbawił się w makiawelicznego księcia, są kolejną polityczną hucpą tego ze szczętem zepsutego środowiska. Lecz mimo iż Nawrocki ma tyle do konstytucji, że ustawicznie ją łamie, swoimi wetami uzurpując sobie władzę ustawodawczą, której nie posiada, konstytucję trzeba zmienić koniecznie.

Wiele jest w konstytucji rzeczy dyskusyjnych, sporo nienajlepszej polszczyzny, a nawet zwykłych błędów interpunkcyjnych, lecz dwie sprawy są położone zupełnie. Pierwsza to kwestia wolności religijnej, a druga to kwestia ustrojowej roli prezydenta i jego „weta”.

W demokratycznym państwie prawa wyznania i związane z nimi instytucje cieszą się swobodą działalności oraz równością praw, co oznacza, że państwo zachowuje do nich wszystkich jednakowy dystans, nie wypowiadając się w kwestii słuszności bądź niesłuszności głoszonych przez nie doktryn, twierdzeń i nauk. Ta bezstronność państwa jest istotą jego świeckości. Wszystko to zapisano w art. 25, choć nie wykształciła się żadna, dosłownie żadna społeczna ani instytucjonalna umiejętność stosowania tego artykułu, nie mówiąc już o ustawie, która nadawałaby mu realne znaczenie „w obrocie prawnym” i „praktyce instytucjonalnej”. Za to z największą gorliwością stosuje się trzy ostatnie spośród pięciu punktów wspomnianego art. 25:

  • Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.
  • Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy.
  • Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a innymi kościołami oraz związkami wyznaniowymi określają ustawy uchwalone na podstawie umów zawartych przez Radę Ministrów z ich właściwymi przedstawicielami.

Nie waham się nazwać tych przepisów skandalem i upokorzeniem dla polskiej państwowości i doprawdy nie mogę pojąć, jak to jest możliwe, że Aleksander Kwaśniewski, w największym stopniu odpowiadający za kształt naszej konstytucji, dopuścił do uchwalenia czegoś tak absurdalnego. Absurdy są dwa. Jeden jest natury politycznej, gdy to pkt 3 przedstawia związek wyznaniowy jako podmiot równorzędny z państwem, które ma z nim „współdziałać” i „szanować jego autonomię”, czego po prostu nie da się zrozumieć i wyjaśnić w inny sposób, niż taki, że działalność owego „związku wyznaniowego” będzie w mniejszym stopniu kontrolowana przez państwo i poddana regulacjom niż działalność innych wolnych zrzeszeń obywateli. A niby z jakiej, nomen omen, parafii?

To jednak nic w porównaniu z bezpośrednią sprzecznością – i to wręcz dosłownie sprzecznością logiczną, a nie jakąś tam niespójnością i niekonsekwencją – pomiędzy punktem 1 art. 25, gdzie napisano: „Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione”, a tym, co czytamy w pkt 3, 4 i 5. Jakieś to jest równouprawnienie, skoro wszystkie związki wyznaniowe mogą liczyć na zwykle umowy z polskim państwem i zwykłe ustawy regulujące wzajemne stosunki, a jeden z nich, czyli Kościół katolicki, ma zagwarantowaną umowę międzynarodową, mającą rangę znacznie wyższą niż ustawa, a nawet wyższą niż sama konstytucja? W dodatku nie chodzi o zwyczajną umowę, lecz konkordat, a nazwa ta zastrzeżona jest dla specjalnego typu umowy, z jednym konkretnym państwem, zwanym Stolicą Apostolską, polegającej na połączeniu hołdu z wykazem przywilejów dla Kościoła katolickiego. Jest to tak jawnie sprzeczne z zasadą równości wyznań i związków wyznaniowych, że wyjaśnienie wyjątkowej pozycji Stolicy Apostolskiej oraz Kościoła katolickiego musi urągać inteligencji obywateli i brzmieć jak kpina w biały dzień. Gdyby ktoś nie wiedział, to wyjaśnienie to brzmi: tylko Kościół katolicki ma formę państwa, więc tylko z nim można zawierać umowy międzynarodowe. Mon Dieu! A czy fakt, że Kościół katolicki ma formę państwa wyklucza, aby układać się z nim na poziomie i w formie dostępnej także innym związkom wyznaniowym? A nawet, gdyby było to niemożliwe (z powodu przeszkód prawnych bądź braku woli zawarcia umowy), to co stoi na przeszkodzie, by zrezygnować z umów i poprzestać na ustawach? No i jak w ogóle można wiązać państwo przyszłą umową, skoro jej zawarcie i jej kształt nie zależy wyłącznie od niego? Przecież oznacza to przymus dramatycznie osłabiający pozycję negocjacyjną RP.

Sam fakt, że obce państwo figuruje w polskiej konstytucji jako posiadające gwarancje, iż zostanie mu złożony hołd i zawarta z nim zostanie skrajne niesymetryczna umowa, jest już upokorzeniem, niezależnie od hańbiącej polską suwerenność treści konkordatu. Jeśli Polska ma się stać krajem suwerennym, nie może wisieć nad nią przymus utrzymywania konkordatu, będącego listą nadzwyczajnych przywilejów obcego państwa i jego agend na terenie RP. Stolica Apostolska po prostu musi zniknąć z polskiej konstytucji i już.

Drugi największy błąd konstytucji polega na braku jednoznacznego wskazania tego, co wprawdzie wynika z konstytucji, lecz nie jest powiedziane wprost. Oto art. 122, pkt 2 stanowi, że: „Prezydent Rzeczypospolitej podpisuje ustawę w ciągu 21 dni od dnia przedstawienia i zarządza jej ogłoszenie w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej”. W świetle art. 10, pkt 2 („Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały”), jest oczywiste, że podpisywanie ustaw jest obowiązkiem prezydenta, z wyjątkiem przypadków, gdy ustawa budzi wątpliwości konstytucyjne. Niestety, pkt 5 art. 122 daje prezydentowi możliwość odesłania ustawy do ponownego rozpatrzenia, co potocznie nazywa się wetem. Jako że prezydent jest wykonawcą prawa i strażnikiem konstytucji, a nie prawodawcą, rozumie się, że powody, dla których prezydent odsyła ustawę (wetuje) muszą mieć podstawę w wątpliwościach konstytucyjnych, a nie wynikać z osobistych przekonań prezydenta lub z przekonań opozycji parlamentarnej, z którą jest ewentualnie związany.

W sytuacji, gdy prezydent nie rozumie bądź udaje, że nie rozumie, iż niepodpisywanie ustaw na życzenie opozycji bądź ze względu na własną opinię jest nadużyciem władzy, mamy gotowy kryzys polityczny. Taki jak obecnie. Naprawdę nie można było tego przewidzieć? Przecież to jakiś nonsens, żeby konstytucja pozostawiała furtkę dla uzurpacji bezkarnego wszak prezydenta? Nowa konstytucja musi instytucję weta zlikwidować, a obstrukcję polegającą na uporczywym uchylaniu się od obowiązku urzędniczego złożenia podpisu pod nominacją bądź ustawą traktować jak delikt mogący prowadzić do złożenia prezydenta z jego urzędu.

Polska demokracja jest słaba i zupełnie nieodporna na populizm oraz agresywne akcje marketingu politycznego, czyniącego z dowolnej osoby wskazanej przez szefa partii, osoby bez dorobku, bez kompetencji i ogólnie nieznanej, realnego kandydata na urząd prezydenta. Bardzo daleko nam do tego, żeby bez narażania państwa na katastrofę, mógł u nas funkcjonować tzw. system prezydencki.

Reklama