Aj waj! Ej aj! Huzia na Tokarczuk!
To smutne, że panika moralna wokół wypowiedzi Olgi Tokarczuk na temat sposób wykorzystywania przez nią sztucznej inteligencji zmusiła ją do wydania oświadczenia, że sama jest autorką swoich dzieł. Opinia publiczna upokorzyła swoją karmicielkę. Może lepiej nie wydawać oświadczeń, że nie jest się wielbłądem?
Pamiętajmy, że współczesne rozmowy o AI są odpowiednikiem rozmów o przyszłości i konsekwencjach rozwoju motoryzacji, jakie prowadzono pod koniec XIX w. Ówcześni ludzie mieli taką samą szansę na krytyczną autorefleksję, jak my – mogli wiedzieć, tak jak my możemy wiedzieć, że zdania w rodzaju „samochody nigdy nie osiągną prędkości x” albo „sztuczna inteligencja nigdy nie zastąpi człowieka w y” po prostu informują o stanie wyobraźni i odczuć mówiącego, nie mając poza tym żadnej wartości poznawczej.
Wielka awantura wokół deklaracji Olgi Tokarczuk, że korzysta z AI w pisaniu książki to przykład paniki i bezradności zwykłych ludzi wobec potęgi, która w całkiem nowy sposób pokazuje im ich słabość i nieznaczność. W obliczu wynalazku AI to doświadczenie nieznaczności dotyczy właściwie wszystkich. Tylko najsilniejsze i najbardziej twórcze jednostki mogą liczyć na to, że to raczej programy będą uczyć się od nich, niż ich zastępować. Zresztą tylko do czasu.
Olga Tokarczuk ma nazwisko. Choćby maszyna napisała o wiele lepszą powieść w jej własnym stylu, liczy się podpis. Będziemy czytać Olgę, bo jest Olgą – nikt się za nią nie podpisze. A jeśli to uczyni, będzie oszustem. A co jeśli Olga sama podpisze się pod nieswoim tekstem? Wtedy to ona będzie oszustką. Ale spokojna głowa! Gdyby chciała to uczynić, nie mówiłaby publicznie, że korzysta z AI. No, chyba, że jej perwersja jest wielopiętrowa i robi zmyłkę na wyższym poziomie. Ale to, jak wiadomo, nie działa w skali masowej.
Powiedzmy sobie jasno: każdy rozumny człowiek rozsmarowuje masło na chlebie za pomocą noża, a nie palcem. AI używać trzeba, bo doskonali każdą pracę. Pisząc te słowa nie „promptuję”, bo mi się nie chce – to tylko zwykły felieton blogowy. Natomiast pisząc coś bardziej starannie, na przykład tekst filozoficzny, promptuję AI, bo po prostu dzięki temu mój tekst stanie się lepszy. Podpowiada mi rzeczy, które pominąłem, zwraca uwagę na teksty, które powinienem przeczytać, przypomina terminy i zwroty, których używa się w danym kontekście. Bez wątpienia para „Hartman + AI” jest lepsza, niż sam Hartman, tak jak dawniej lepsza była para „Hartman + biblioteka”, „Hartman + rozmowy z kolegami” niż solipsystyczny, oderwany od świata i pozostawiony sam na sam ze swoim umysłem choćby i uzdolniony Hartman. I to samo dotyczy Tokarczuk oraz każdego innego autora i autorki – dużego i małego.
Wszelka twórczość bez AI stanie się zapewne w przyszłości czymś w rodzaju seksu w pojedynkę. Dzieci z tego nie będzie. Każdy twórca robi co może, aby zaciągnąć do swojego procesu twórczego, co tylko się da – korzysta z dostępnej wiedzy, czerpie inspiracje z cudzych dzieł, a przede wszystkim z zasobów języka. Twórczość jako „osobista działalność” jednej osoby to mit. Mit romantyczny, utrzymujący się w naszych czasach mocą inercji, narcyzmu, a przede wszystkim z powodu jego spetryfikowania w trwałych strukturach prawa autorskiego.
Twórczość nigdy nie była i nie będzie „działalnością osobistą”. Zawsze jest dialogowa, sieciowa, przetwórcza. Jako autor, po prostu mieszam w kotle i wyciągam łychą w tego kotła to czy tamto. Łycha podpisana jest moim nazwiskiem i tyle. Bo to ja mieszałem, ja ciągnąłem i ja pacnąłem to na białą kartkę albo biały ekran.
Awantura o Olgę Tokarczuk i jej „coming out” jest śmieszna. Olga jest wybitną pisarką i szczekacze mogą jej skoczyć i ugryźć w kostkę. Może i boli, lecz nie zatrzyma w drodze. Jestem pewien, że kolejne powieści naszej narodowej pisarki (nie rezygnuj z pisania!) będą coraz wspanialsze dzięki temu, że nie zamknęła się w samouwielbieniu, nie wystraszyła „nowego”, a wręcz przeciwnie – otworzyła się na nieuchronne i korzysta z owego nieuchronnego, jak tylko może.
Korzystajmy i my, póki żyjemy! Nasz świat się kończy, a nowego jeszcze nie poznaliśmy. Nie zabijajmy jego posłańców, lecz częstujmy ich chlebem, solą i wódką. W przeciwnym razie przyszłość ze wstrętem zatrzaśnie za nami drzwi, ta jak niegdyś wiek XVI zatrzasnął za sobą drzwi średniowiecza.