Lista czasopism: jak naukowcy-globaliści zmówili się, by zniszczyć polską naukę

Ministerstwo ogłosiło kolejną zmianę w liście czasopism naukowych, mającą bardziej doceniać polskie czasopisma. W środowisku kolejny raz zawrzało.

Pojawiły się z jednej strony głosy poparcia, jak tekst Globaliści kontra Lokaliści dr. Bartosza Rydlińskiego, adiunkta w Instytucie Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego na Forum Akademickim, a z drugiej głosy krytyki na czele z prof. Dariuszem Jemielniakiem, wiceprezesem Polskiej Akademii Nauk, związanym z Akademią Leona Koźmińskiego i Harvardem, wybitnym badaczem dezinformacji, data scientist, wieloletnim członkiem Rady Nadzorczej Fundacji Wikimedia (to ta międzynarodowa organizacja opiekująca się Wikipediami i projektami pokrewnymi) i recenzentem zabezpieczeń rowerowych. W dyskusji z obu stron padały też głosy oburzenia, wściekłości i prześmiewcze komentarze, a nawet całkiem niezłe wiersze.

Profesor Dariusz Jemielniak, wiceprezes PAN, związany z Akademią Leona Koźmińskiego i Harvardem, zwolennik umiędzynarodowienia polskiej nauki i wspierania publikacji w pismach międzynarodowych. Dobór zdjęcia (Lech Wilczaszek, za Wikimedia Commons, w domenie publicznej) z groźnym wzrokiem jest zamierzony przez autora tekstu, celem podkreślenia przypisywanej profesorowi złowrogiej roli niszczyciela polskiej nauki lokalnej

Niestety bardzo skąpa wiedza humanistyczna nie pozwala mi na wiarygodną analizę i interpretację poezji. Mogę natomiast krytycznie odnieść się do tez doktora Rydlińskiego.

W wielkim skrócie i uproszczeniu, uważa on narzekania na zmiany w liście za bezzasadne, jako że poprawa punktacji polskich czasopism na liście ministerialnej nie wpłynie na sytuację badaczy publikujących po angielsku w pismach zagranicznych, którzy i tak są na lepszej, uprzywilejowanej pozycji, zdobywając granty, a także wywodząc się ze środowisk uprzywilejowanych (“Spór ten ma w istocie charakter klasowy: globaliści często korzystają z faktu urodzenia w dużych miastach, lepszej edukacji na poziomie podstawowym i średnim, wcześniejszego rozpoczęcia prywatnej nauki języków obcych oraz – nierzadko – inteligenckiego pochodzenia. Pracownicy uczelni regionalnych bywają ich przeciwieństwem: pochodzą z mniejszych ośrodków, są dziećmi późnego awansu z klasy ludowej i dysponują niższymi kompetencjami językowymi.”).

Zarzuca on dalej, że “Globaliści nie dostrzegają również, że polska nauka pełni przede wszystkim funkcję służebną wobec dydaktyki“, a “Wymaganie od studentek i studentów lektur w językach obcych, zwłaszcza na uczelniach publicznych, jest nieuczciwe wobec podatników, którzy finansują możliwość studiowania w urzędowym języku polskim.” Podsumowując, “Potencjalny wzrost punktacji krajowych pism i wydawnictw nie zagrozi osiągnięciom tych, którzy z powodzeniem publikują za granicą. Wyższa punktacja rodzimych tytułów nie wpłynie w żaden sposób na widoczność – rzekomo przełomowych – wyników badań ogłaszanych w czasopismach o wysokim Impact Factor. Autorzy solidnych monografii po polsku nie odbiorą przecież polskim czempionom ich – śladowych – sukcesów w walce o granty European Research Council czy Horizon Europe.”

Z popierających tekst komentarzy dowiedziałem się jeszcze, że polscy humaniści muszą pisać po polsku dla rozwoju polskiej kultury i języka, a także dlatego, że nikt spoza Polski nie zrozumiałby tekstu, nie znając kontekstu kulturowego, i trzy czwarte każdej publikacji musiałby stanowić tłumaczący oczywistości wstęp.

O co zatem chodzi? Czyżby naukowcy “globaliści” (z profesorem Jemielniakiem na czele) zmówili się, by zniszczyć polską naukę regionalną i polskie pisma?

Wspominana lista czasopism, osławiona absurdami poprzedniego ministra Czarnka, stanowi podstawę oceny jednostek naukowych (za którą idą pieniądze). Przyznaje ona punkty za każdą publikację w pozycji umieszczonej na liście obejmującej dziesiątki tysięcy pozycji od 20 do 200 punktów w zależności od… Na tym właśnie polega problem – od czego uzależnić wycenę publikację w danym piśmie.

Nauka światowa dawno ten problem rozwiązała – im lepsza praca, tym potem (co do zasady) cytuje ją więcej badaczy, opierając o nią kolejne odkrycia. Wartościowa publikacja naukowa powstaje w ciągu zazwyczaj minimum roku, tak więc liczenie cytowań musi trwać minimum 2 lata. Znacznie szybciej oszacować jakość pracy na podstawie średniej liczby cytowań z ostatnich lat dla czasopisma, w którym się ukazała.

Tak więc miarą jakości danego czasopisma jest średnia liczba cytowań opublikowanych w nim artykułów (czyli bierzemy wszystkie cytowania i dzielimy przez liczbę opublikowanych artykułów, najczęściej w 2-letnim okresie, to właśnie wspomniany przez Rydlińskiego Impact Factor, IF). Uwzględnia on tylko najlepsze pisma świata (tysiące najlepszych pism świata). Przykładowe IF dla Nature: 48,5, Lancet: 88,5, Postępy Psychiatrii i Neurologii: 1,0, Acta Palaeontologica Polonica: 1,9 (wszystkie te pisma są anglojęzyczne). Ministerstwo wycenia je obecnie na odpowiednio 200, 200, 70 i 100 pkt. I tak, w niektórych z nich opisywano przełomowe odkrycia (i w zasadzie dzisiaj przełomowych odkryć nie opisuje się w żadnych innych niż posiadające IF pismach). Im lepsze pismo, tym więcej prac odrzuca, bo kiepska publikacja popsuła by mu statystykę, a więc tym więcej pracy, wysiłku i talentu trzeba, by coś w nim opublikować.

Minister Czarnek rozwiązał problem po swojemu: najwięcej punktów przypisał pozycjom lubianym przez siebie, wydawanym przez lubiane przez siebie uczelnie, a w niektórych przypadkach przyznane punkty trudno wyjaśnić inaczej niż jako efekt trafiania rzutkami do tarczy. Pismom, którym nikt IF nie przyznał (a nawet przyznający nie wiedzieli o ich istnieniu) potrafił przypisać 200 pkt.

Co jest więc złego we wspieraniu polskich czasopism? Nic, tylko że jeszcze bardziej wywindowana punktacja czasopism polskojęzycznych nie pomoże polskim czasopismom (z których najlepsze wydają po angielsku), a zniszczy polską naukę. Jak niedawno pisałem, pieniędzy brakuje na wszystko. Na badania, na pensje, a zdarzało się, że i na ogrzewanie budynków ledwo starczało. Nie znam żadnych badań opisujących pochodzenie naukowców różnych uczelni, ale powtarzam: porządna praca naukowa wymaga prócz pieniędzy także mnóstwa pracy. Grantów nikt nie daje za darmo, znajomości języka (specjalistycznego) też nie. To lata pracy. Porządna publikacja naukowa w dobrym piśmie to często kilka lat pracy kilkunastu osób. Pytanie brzmi, za co będą powstawać takie prace, jeśli niewystarczające środki przekierujemy na coś innego, jeśli pieniądze pójdą na zakłady publikujące regionalnie?

Nauka jest zjawiskiem międzynarodowym, podobnie jak sport. Zastosujmy analogię: czy chcemy, by polskie drużyny grały w międzynarodowych turniejach? Czy widzimy w marzeniach Wisłę Kraków bądź Jagiellonię w tych samych rozgrywkach, co Real Madryt czy Barcelonę, czy może na wstępie zrezygnujemy z tych fanaberii i w ramach wyrównywania szans przeznaczymy środki na Orlik Parzęczew? (Przestańmy w końcu zawsze używać Radomia jako synonimu lokalności). Jego zawodnicy z pewnością nie mieli tyle szczęścia w życiu, co ci z Ekstraklasy. Wystawimy drużynę na kolejną zimową olimpiadę czy może ją odpuścimy i skupimy się tylko na krajowym, lokalnym sporcie?

Nie chcę urazić mieszkańców Parzęczewa, dla równowagi: znajduje się tam zabytkowy kościółek św. Rocha z XVI wieku, J. Bogdan, za Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Dalej – nie, doktorze Rydliński, nauka nie pełni funkcji służebnych wobec dydaktyki. Jest odwrotnie: to dydaktyka dostarcza kolejnych pokoleń naukowców. Niestety tysiące studentów na pierwszych latach uniwersytetów boleśnie się o tym przekonują, zwłaszcza ci, którzy mylnie sądzili, że po podstawówce i liceum trafili do kolejnej szkoły. Nauka służy tworzeniu wiedzy i wykorzystywaniu jej. Piszę ten tekst na laptopie i ukaże się on w Internecie dzięki osiągnięciom nauki. Polecieliśmy w kosmos, leczymy raka i korzystamy ze sztucznej inteligencji dzięki nauce.

I jeszcze raz nie, publikacji naukowych nie pisze się dla studentów. Przeciętny student nie rozumie przeciętnej publikacji naukowej ze studiowanej dziedziny; nie musi, a nawet nie może jej zrozumieć. Gdzieś widziałem opinię, że publikacje kierowane są dla osób z kompetencjami na poziomie doktoratu. Nie przesadzałbym, ale zrozumienie ich wymaga często wiele więcej niż uczy się na studiach. Większość naukowców potrafi zrozumieć i przeanalizować prace z własnej działki, coś tam rozumie z pokrewnych. Prace z dalszych dziedzin to najczęściej czarna magia. O takim poziomie rozmawiamy.

Wąskie grono potencjalnych odbiorców wiąże się z koniecznością pisania w języku rozumianym na całym świecie. Ponadto brak zaznajomienia z literaturą światową (pisaną po angielsku) skutkuje często próbą wyważania dawno już otwartych drzwi. Jako pacjent z rzadką chorobą większość z nas wolałaby chyba, by leczący ją doktor z uniwersyteckiej kliniki przejrzał sposoby jej leczenia odkryte nie tylko w Polsce, gdzie podobnej diagnozy nie stawiano od 10 lat, ale z całego świata, od tego zależy jego życie (w takim przypadku “funkcja służebna wobec dydaktyki” brzmi jak wolne żarty).

Co więcej, co lepsze czasopisma polskie (w tym dwa wyżej przeze mnie wspominane) publikują już prace po angielsku (tak jak co lepsze pisma niemieckie, hiszpańskie, arabskie, afrykańskie i skandynawskie). Tylko w ten sposób polska nauka ma szansę zostać dostrzeżona na świecie (co przekłada się na międzynarodową współpracę i pieniądze umożliwiające dalsze badania). Polskim pismom pomoże zachęcenie do publikowania w nich uczonych spoza Polski, których, za przeproszeniem naszych szacownych władz, jakakolwiek lista naszego ministerstwa nie obchodzi. W przeciwieństwie do choćby czasu oczekiwania na recenzję i (zwłaszcza w przypadku badaczy z biedniejszych krajów) możliwości publikowania dostępnych dla wszystkich prac bez opłat (przypominam, że to autor / uniwersytet, a nie pismo płaci za publikację).

Czemu w humanistyce sytuacja wygląda inaczej, nie mam pojęcia. Z dyskusji w Internecie wynika, że tłumaczenie teksów często byłoby zbyt trudne, nie oddałoby pełnego znaczenia. Czy polska historia czy literaturoznawstwo nie zyskałyby jednak więcej na wymianie wiedzy i porównaniach z analogicznymi zjawiskami z innych krajów? W nauce z definicji nie jest łatwo.

O monografii, w większości nauk zjawisku w ogóle nieznanym bądź nieodgrywającym żadnej istotnej roli, pisałem niedawno.

Tak więc stajemy (w zasadzie minister staje) przed ważnym pytaniem, co właściwie wspierać. Czy naukę, tworzącą nową wiedzę i zmieniającą nasze życie, czy może jednak udający tylko naukę dodatek do dydaktyki? Przygotowujemy się na kolejne mistrzostwa świata czy wspieramy rozgrywki powiatowe?

Marcin Nowak

Reklama