Dlaczego polscy naukowcy nie piszą prac

Ikona biochemii, Giac83, CC BY-SA 3.0

Opublikowany jakiś czas temu ranking najlepiej cytowanych naukowców świata pośród licznych nazwisk nie wymienia nikogo pracującego w Polsce. Czy polscy naukowcy nie piszą prac? Co takiego trudnego jest w pisaniu prac naukowych?

Sprawa jak zwykle jest znacznie bardziej skomplikowana. Problem polega na tym, że w pisaniu prac naukowych o pisanie chodzi najmniej.

Zaznaczam, że piszę z punktu widzenia nauk biologicznych i medycznych. W pewnym stopniu stosuje się to pewnie i do nauk społecznych. O humanistyce nie mam zielonego pojęcia (a biorąc pod uwagę liczne napotykane przeze mnie komentarze humanistów pod adresem innych nauk wnioskuję, że z wzajemnością). Co do nauk ścisłych – mniemam, być może błędnie, że przedstawione problemy do części z nich po części również mogą się stosować.

Dlaczego w publikacji naukowej nie chodzi o pisanie? Ponieważ nie wystarczy usiąść i napisać. By popełnić wartościową pracę, zwykle nie wystarczy nawet dobrze i przez długi czas się namyślić, a następnie usiąść i napisać. Wartościowa publikacja w naukach biologicznych czy medycznych zwykle przedstawia własne odkrycia badaczy. Technicznie rzecz biorąc, jest raportem z przeprowadzonych badań.

Oczywiście pisze się rozmaite prace poglądowe, komentarze, listy i tym podobne teksty, ale rzadko popychają one istotnie naukę do przodu. O przeglądach jeszcze wspomnę.

Tak więc praca oryginalna obejmuje opis przeprowadzonych badań. Oznacza to, że wpierw trzeba takowe badania przeprowadzić. A to nie takie łatwe. A przede wszystkim zazwyczaj nie takie tanie.

Od lat mówimy, że polskiej nauce brakuje pieniędzy, że państwo przeznacza na nią mniejszy procent znacznie mniejszego budżetu niż bogate kraje. I naprawdę nie chodzi tutaj tylko o płace naukowców. (W naukach medycznych właściwie nie spotyka się ludzi utrzymujących się z pracy na uczelni, dla większości stanowi ona drugie albo trzecie zajęcie, wykonywane często w przerwach między pacjentami. Jak się ma sprawa w fizyce, media donosiły ostatnio na przykładzie oferty pracy dla doktora za minimalną krajową). Same badania kosztują.

Każdy korzystający z prywatnej ochrony zdrowia wie, że koszty są niebagatelne. Cenę wizyty lekarskiej jeszcze jesteśmy zwykle w stanie przełknąć, jednaj sporej części populacji nie stać na diagnozowanie się za własne pieniądze, o zabiegach operacyjnych nie wspominając. Te duże sumy to koszt standardowo przeprowadzanych procedur. Koszt tych niestandardowych, wykonywanych w badaniach naukowych, bywa przynajmniej taki sam, a zazwyczaj znacznie wyższy. Badania biochemiczne czy genetyczne kosztujące kilka tysięcy na osobę czy osobnika w razie zwierząt laboratoryjnych nie należą do rzadkości.

Idąc dalej, wiedza medyczna, a mniejszym stopniu biologiczna, ma charakter statystyczny. Oznacza to, że aby uzyskać akceptowalne przez ogół badaczy wyniki, musimy zebrać odpowiednią dużą grupę (istotność statystyczna nie zależy w prosty sposób od liczebności grupy badanej, ale łatwiej ją uzyskać w większych próbach). Zazwyczaj potrzebujemy minimum 30 osób (osobników) w grupie badanej i tyle samo w grupie kontrolnej (jeśli zamierzamy porównywać więcej grup bądź dodatkowo przeprowadzić porównania w podgrupach – znacznie więcej). Pomnóżmy te minimum 60 badanych przez tamte kilka tysięcy.

Tak, dobre badanie medyczne kosztuje zwykle przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych, a często kilkaset. Niekiedy miliony. Których uczelnia nie ma. Czy w biologii jest lepiej? Głównym narzędziem badawczym jest dzisiaj sekwenator DNA, powszechnie stosuje się łańcuchową reakcję polimerazy, a niektóre substancji najłatwiej wykryć znakowanymi bądź sprzęgniętymi z czymś tworzącym kolor przeciwciałami.

Do tego dochodzą koszty ubezpieczenia. Nie można tak sobie robić badań na ludziach. Dopiero po jego opłaceniu można się zgłaszać do komisji bioetycznej o pozwolenie na wykonywanie badań. Tak, najpierw trzeba załatwić ubezpieczenie, jeszcze nie wiedząc, czy uzyska się zgodę na badania. Uczelnie mają własne komisje bioetyczne. Jednak chętnie zaopiniują one również wnioski podmiotów spoza uczelni. Jedyne kilkanaście tysięcy.

Oczywiście badanie gdzieś trzeba przeprowadzić. Uczelnia medyczna musi więc mieć swoje jednostki kliniczne, zazwyczaj zgrupowane w całe szpitale kliniczne. Szpitale są jednak drogie, więc ich prowadzenie wymaga kontraktu z NFZ. Szpital kliniczny działa więc na takiej samej zasadzie jak każdy inny, z pełną obsadą lekarską, pielęgniarską i wszystkich innych pracowników, dodatkowo pełniąc działalność dydaktyczną i naukową. A że ktoś w takim szpitalu musi pracować, pracownicy naukowi Uniwersytetu biorą w nim zwykle drugi etat z licznymi nadgodzinami.

Do tego dochodzą studenci. Pieniędzy brakuje na wszystko, a wedle jednego z założeń systemu pieniądz ma podążać ze studentem. Więc przyjmuje się ich, ile tylko się zmieści, a zdarza się, że władza naciska, by przyjmować jeszcze więcej. Bez względu na to, czy jest kadra, sale dydaktyczne, miejsce, pacjenci… (Szczęśliwie po ostatnich wyborach parlamentarnych władza naciska nieco mniej).

To gdzieś pomiędzy zatłoczonym oddziałem a jeszcze bardziej zatłoczonymi ćwiczeniami ze studentami powstają publikacje medyczne. Biologom też zapewne trudno wyjechać na wyprawę terenową, jeśli mają zaplanowane zajęcia dydaktyczne.

No dobrze, a prace przeglądowe? Streszczenie osiągnięć innych raczej nie wymaga tylu pieniędzy i bywa nieźle cytowane. Tak, tylko że przegląd systematyczny wymaga przeanalizowania wszystkich dostępnych prac na dany temat. Tymczasem dostęp do prac kosztuje. Pełna wersja pojedynczej publikacji to jakieś kilkadziesiąt dolarów, tylko streszczenia są za darmo. Ile publikacji uwzględnia się w przeglądzie? Początkowa często kilkaset, kilka tysięcy, ale pełnych wersji przegląda się zwykle kilkadziesiąt. Uczelnie wykupują swym pracownikom dostęp do części baz danych obejmujących pełne wersje. Powtórzmy: do części. A potem słyszy się o naukowcach ściągających pracę z pirackich stron bądź masowo proszących autorów o udostępnienie ich tekstów. A i bez tego dobry przegląd to minimum pół roku pracy całego zespołu.

I jeszcze jedna rzecz na koniec: sama publikacja napisanego tekstu. Najlepiej cytowane są prace dostępne dla wszystkich. Spora część czasopism publikuje albo tylko takie, albo daje taką możliwość. Za drobną opłatą, jakiś tysiąc-dwa tysiące dolarów. Przy całkowitym kilkudziesięciotysięcznym koszcie badania to żadne pieniądze. Chyba że nie mamy ich od początku i piszemy przegląd wyżebranych od autorów prac, komentarz, list… Dla pewności powtórzmy: tak, te pieniądze płaci autor / uczelnia za opublikowanie tekstu, nie odwrotnie.

Ale przecież istnieje możliwość zdobycia grantów? Istotnie, ale środków jest mało i wystarcza tylko dla najlepszych. Niekiedy najlepszych w nauce (potwierdzam, znajoma akurat niedawno uzyskała) bądź najlepszych w pisaniu wniosków o granty. Przy czym przez rozpoczęciem pisania warto mieć już jakieś osiągnięcia, które jednak też wymagają pieniędzy.

Wyszło banalnie, ale taka jest prawda. Bez pieniędzy nie zrobi się nauki. To trochę tak jak wystawiać drużyny składające się jak na pierwszych nowożytnych olimpiadach ze szlachetnych amatorów, żyjących z innych niż sport źródeł dochodu do turnieju z utrzymującymi się z tego sportu zawodowcami z drużyn zarabiających miliony.

Polscy naukowcy piszą prace, często niezłe, a proporcjonalnie do funduszy tworzą ich nawet więcej niż w wielu bogatszych krajach, jak Niemcy. Gigantycznej nierównowagi funduszy w statystykach się nie uwzględnia i na świecie nikogo ona nie obchodzi. Tymczasem w Polsce sytuacja od lat jest dramatyczna, a jedyna poprawa taka, że władza, która, jawnie szkodząc, próbowała wręcz niszczyć polską naukę, zmieniła się na taką, która przynajmniej nie przeszkadza.

Najlepsi uciekają, co poniektórzy pracują z doskoku. A media kolejny raz dziwią się, że polscy naukowcy z jakiegoś powodu nie piszą prac.

Marcin Nowak

Reklama