Klątwa megaterium

Paleoceńska megafauna Chile: naziemne leniwce Glossotherium robustum i Megatherium medinae, trąbowiec Notiomastodon platensis, koniowaty Hippidion saldiasi, wielbładowaty Palaeolama cf. weddelli, jaguar, litoptern Macrauchenia patachonica. J González, CC BY-SA 4.0

Klątwa Montezumy – taką nazwą określa się zakaźną biegunkę u europejskich podróżnych zwiedzających Amerykę Południową. Nazwa wywodzi się od ostatniego władcy imperium Azteków przed przybyciem i podbiciem go przez Hiszpanów. Jared Diamond zadaje przewrotne pytanie: właściwie dlaczego to Europejczycy podbili Amerykę, a nie odwrotnie?

W swej świetnej książce “Strzelby, zarazki, stal” amerykański biolog rezygnuje z banalnej odpowiedzi: ponieważ Europejczycy mieli znacznie bardziej zaawansowaną technikę i przywieźli ze sobą choroby. Pyta, dlaczego właściwie to Europejczycy, a nie Indianie, byli bardziej zaawansowani technicznie (dysponując nie tylko statkami i bronią, ale też pismem, w efekcie czego na określenie rodzimych mieszkańców Ameryki stosujemy do dziś bzdurny termin wynikający z popełnionego przez Europejczyków pół tysiąclecia temu błędu)?

Zwróćmy też uwagę na inny problem. Większość Indian zmarła nie od europejskich mieczy czy strzelb, ale na skutek przywiezionych z Europy chorób zakaźnych, takich jak czarna ospa, odra, tyfus, żółta febra. W Ameryce Północnej zmarło na nie 95% populacji i europejscy odkrywcy natrafiali już głównie na opuszczone miasta i stosy ciał pozostałych po kwitnącej przez przybyciem Kolumba kulturze Missisipi.

Ale czemu Europejczycy nie zapadali w Ameryce na miejscowe śmiertelne choroby i potem nie zawlekli ich na swój kontynent, wywołując tak wielkie epidemie? (Naprawdę nie ma pewności, że kiłę przywiozła załoga Kolumba, ponadto nigdy nie wywołała ona epidemii na skalę dżumy Justyniana czy czarnej śmierci).

Niektórzy historycy odpowiadają tutaj tak, jak na pierwsze postawione wyżej pytanie: z powodu znacznego rozwoju cywilizacyjnego Europy, dysponującej także znacznie lepiej rozwiniętą medycyną. Tylko że to bzdura.

Czy europejska medycyna była bardziej rozwinięta od amerykańskiej? Po Hipokratesie i Galenie pewnie tak, ale jesteśmy w czasach jeszcze przed Wesaliuszem. Jakie metody leczenia chorób zakaźnych wtedy znano? Uważano, że wywołuje je morowe powietrze bądź nierównowaga humorów. Zwróćmy uwagę, że największe żniwo zebrały w Nowym Świecie odra i ospa, czyli choroby wirusowe. Jakie skuteczne sposoby leczenia infekcji wirusowych znamy dzisiaj? Mogliśmy zaobserwować je w trakcie pandemii. Obecnie potrafimy leczyć kilka zaledwie infekcji wirusowych na krzyż (w szczególności grypę, AIDS, część żółtaczek zakaźnych, infekcje herpeswirusowe). Wobec większości wirusów dzisiaj jesteśmy bezbronni, a dawne metody postępowania często raczej szkodziły, niż leczyły.

A więc co, w Amerykach nie było podobnych chorób zakaźnych? Diamond przekonuje, że nie było. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego Amerykanie nie dysponowali tak rozwiniętymi rolnictwem i techniką, jak mieszkańcy Starego Świata.

Nasz rozwój przyśpieszył 8500 lat przed Chrystusem, gdy na terenach Żyznego Półksiężyca wynaleziono rolnictwo. Było to dość wyjątkowe miejsce. Spośród gatunków traw o największych ziarnach, najlepiej nadających się do udomowienia, w tych terenach żyło ich dziko ponad 30, w Nowym Świecie zaś w różnych miejscach maksymalnie do 5, i to znacznie trudniejszych w uprawie. Ponadto równoleżnikowe położenie Eurazji pozwoliło na łatwą podróż na wschód i zachód – rolnictwo dość szybko dotarło na szerokie tereny od Hiszpanii na zachodzie do Chin na wchodzie (aczkolwiek w Chinach mogło również powstać samodzielnie). Południkowe położenie Ameryki stwarza tu istotne problemy – kukurydza z dorzecza Missisipi nie urośnie w innej strefie klimatycznej w Kanadzie, nie ma też jak przekroczyć z nią pustyń Meksyku czy amazońskiej dżungli.

Ponadto 8000 lat p.n.e. w Mezopotamii udomowiono pierwsze duże ssaki (nie licząc średnio nadającego się do jedzenia psa), wpierw owce, potem kozy, bydło, świnie i konie. Dostarczyły one mięsa, mleka, ubioru, nosiły na grzbiecie ludzi i pomagały w pracach rolniczych.

W całej Ameryce udomowiono jedynie dwa gatunki dużych ssaków: lamę i alpakę (Diamond pisze o jednym, bo jego książkę wydano już trochę czasu temu, dzisiaj wiemy, że pochodzą one nie od jednego dzikiego przodka, ale od odrębnych rodzajów wielbłądowatych: gwanako i wikunii). Znacznie mniejsze od bydła nie pociągną one jednak powozu, nie da rady na nich jeździć, nie pije się też ich mleka (aczkolwiek wełna z wikunii uważana bywa do dziś za najdelikatniejszą na świecie).

Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja Australii: żadnych traw o dużych nasionach, żadnych dużych ssaków. Właściwie dlaczego? Co się stało z australijskimi czy amerykańskimi wielkimi ssakami? Czyżby z jakichś powodów nie wyewoluowały?

Cofnijmy się jeszcze dawniej. Człowiek wywodzi się z Afryki, jednak Homo erectus przez setki tysięcy lat zasiedlał także Europę i Azję. W największym stopniu kojarzona z megafauną Afryka przez miliony lat przyzwyczaiła się do dużych dwunogich małp, Europa i Azja również miały na to czas.

Natomiast gdy Homo sapiens pojawił się w Australii (Diamond podaje tu czas 40 000 lat temu, wedle nowszych autorów mogło to być i 60 000 lat temu) i Ameryce (12-13 000 lat), zaczął się bardzo szybko rozprzestrzeniać, wyżynając wszelkie duże ssaki.

Największy z torbaczy, Diprotodon, krewny dzisiejszych wombatów i koali wielkości nosorożca, wymarł właśnie 40 000 lat temu. Dwumetrowe kangury i siedmiometrowe warany (megalanie) także wyginęły w tym samym czasie. Przypadek?

Diprotodon, największy z torbaczy. E Pease, CC BY-SA 4.0

Amerykę zasiedlały niegdyś liczne gatunki olbrzymich naziemnych leniwców (to właśnie Sid z “Epoki Lodowcowej”). Największe, jak megaterium (dosłownie “wielka bestia”), osiągały wielkość dzisiejszych słoni. Towarzyszyły im trzymetrowe pancerniki, jak Glyptodon. Północ przemierzały wielkie mamuty. Do najdziwniejszych przedstawicieli amerykańskiej megafauny należy makrauchenia, nieco przypominające wielbłąda z trąbą zwierzę z wymarłego rzędu litopternów. Wszystkie one wyginęły jakieś 10-11 000 lat temu. Wedle niektórych badaczy wobec zmian klimatu związanych z kończącą się epoką lodowcową. Tylko że jakimś cudem przetrwały ona wcześniej ponad dwadzieścia innych, poprzedzielanych cieplejszymi okresami zlodowaceń.

Nie okłamujmy się. W niedługim w geologicznej skali czasie jakichś dwóch tysięcy lat na nowych dla siebie kontynentach wcześni ludzie kultury Clovis po prostu wyrżnęli znakomitą większość niezaznajomionych z nimi i niebojących się ich dużych ssaków. To samo zrobili przodkowie dzisiejszych aborygenów w Australii. Po wiekach po prostu nie było już czego udomawiać.

Tymczasem udomowienie roślin i zwierząt pozwoliło mieszkańcom Eurazji na zakładanie wsi i miast, coraz większych osiadłych skupisk ludzi i zwierząt gospodarskich, gdzie roiło się od nieczystości i panoszyły się choroby. Nasze najgorsze infekcje przeszły na człowieka z udomowionych zwierząt. Księgosusz przekształcił się w odrę, ospa krowia w czarną ospę i tak dalej. Duże, komunikujące się ze sobą skupiska ludzi pozwoliły populacjom mikrobów utrzymać się w ludzkich zbiorowiskach. Wieki wspólnej ewolucji i spora różnorodnośc genetyczna podróżujących na długie dystanse Euroazjatów pozwoliły im wykształcić pewną odporność na większość tych chorób.

W społecznościach znacznie słabiej skomunikowanych i poza niedostępnymi halami Andów niehodujących dużych ssaków Indian chorób epidemicznych po prostu nie było, bo nie miały tylu okazji i takich warunków, żeby powstać. Po przybyciu chorób epidemicznych z Europy umierały całe plemiona. Wiele z nich i znakomita większość populacji Indian podzieliły los mamutów, gliptodontów i megateriów, które kiedyś lekkomyślnie wybili ich przodkowie.

Marcin Nowak

Bibliografia

  • Jared Diamond: Strzelby, Zarazki i Stal. Znak, 1997 / Poznań 2020

Z podziękowaniem dla Anny, dzięki której wpadłem na pomysł tekstu o epoce lodowcowej.

Reklama