“Lex Szarlatan” budzi gniew i przerażenie

Manifestacja polskich antyszczepionkowców, ubranych w pasy imitujące strój z obozu koncentracyjnego, Warszawa 2019, Bladość, za Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0, zmodyfikowano

Gniew i przerażenie wylewają się ze stron antyszczepionkowców i innych przeciwników medycyny. Spowodowało je uchwalane właśnie prawo określane potocznie mianem “Lex Szarlatan”.

W narracji przeciwników ustawy kolejny raz kończy się Polska, wolność i co tam im jeszcze do głowy przyjdzie. Wzywają do protestów i nieposłuszeństwa, powołują się na Konstytucję i prawa człowieka. Co ich tak bardzo wzburzyło?

W zamierzeniu władzy nowe prawo ma ukrócić działalność oszustów wyciągających pieniądze od ciężko chorych ludzi za rzekome leczenie, w rzeczywistości niedziałające. Z drugiej strony jednak pacjenci korzystają z medycyny zwanej przez jej zwolenników alternatywnej dobrowolnie, nikt ich nie zmusza, mogą sami wybrać metodę leczenia. Żyjemy w wolnym kraju, prawda? Istnieje również swoboda działalności gospodarczej, czyż nie?

Nie do końca. Rozmaite prawa regulują rozmaite działalności, a medycyna należy do najściślej regulowanych. Nie można sobie tak po prostu zacząć leczyć. Przewożenie ludzi czy mienia wymaga przede wszystkim prawa jazdy, obrona ludzi w sądzie – studiów prawniczych i odpowiedniej aplikacji, a prawo wykonywania zawodu lekarza – sześcioletnich studiów i rocznego stażu. Co więcej, studiów dosyć dobrze opisanych prawnie, spełniających wyśrubowane normy. Kilka lat temu ówczesny rząd pozwalał na kształcenie lekarzy każdej uczelni, która miała taki kaprys. Izby lekarskie zapowiedziały wtedy, że prawa wykonywania zawodu absolwentom niespełniających wymagań kierunków lekarskopodobnych nie przyznają.

Co więcej, istnieją też procedury medyczne wymagającym dodatkowych uprawnień. Kierowca ze zwykłym prawem jazdy niekoniecznie może prowadzić autobus. Nie każdy prawnik jest prokuratorem. Zdobycie specjalizacji lekarskiej to kolejne 5-6 lat.

Co więcej, niezależnie od kwalifikacji formalnych lekarz zobowiązany jest leczyć wedle aktualnej wiedzy medycznej. W praktyce wiedza rozwija się i przekształca tak szybko, że zazwyczaj zmiany można śledzić tylko w wąskiej działce (dlatego, wbrew niedawnym szumnym nagłówkom w mediach, specjalizacje mają sens i wobec rozwoju nauki będą coraz węższe). Za stosowanie metod z tą wiedzą sprzecznych lekarz ponosi odpowiedzialność prawną, cywilną i zawodową (to właśnie z tego powodu podczas pracy większość czasu spędza nie na leczeniu pacjenta, ale na pisaniu dokumentacji mającej w razie czego wartość dowodową).

Dotychczas propagator medycyny alternatywnej (wedle nazwy stosowanej przez zwolenników) nie podlegał żadnym zasadom, nie ponosił żadnej odpowiedzialności i zazwyczaj też nie posiadał żadnych formalnych kwalifikacji. Czyli jeśli jestem lekarzem i zamiast chemii doradzę pacjentowi z nowotworem kroplówkę z witaminy C, a pacjent uwierzy w magię, zaprzestanie leczenia i umrze, mogę za to dostać trzy różne wyroki. Jeśli jestem z zawodu elektrykiem czy specjalistą od maszyn górniczych, mogę to robić bezkarnie. To właśnie nowe prawo ma zmienić.

Czemu jednak zabierać pacjentowi możliwość wyboru? – Pytają zwolennicy tak zwanej medycyny alternatywnej. Może jednak najpierw nazwijmy sprawy po imieniu. Jej przeciwnicy odpowiadają: nie ma żadnej medycyny alternatywnej. Obecna medycyna jest oparta na faktach. Każda inna to nie medycyna, a oszustwo.

Nauka wymaga zwykle silnych, skrupulatnie gromadzonych dowodów na potwierdzenie, że coś działa. Wyprodukowanie nowego leku to koszt około pół miliarda dolarów i zajmuje kilkanaście lat. Przeprowadzanie prostego badania naukowego obwarowane jest szeregiem przepisów i samo uzyskanie niezbędnych zgód zajmuje kilka miesięcy. Badania takie mają dobrze opisaną, często skomplikowaną metodologię i analizują uzyskane wyniki statystycznie.

Nie, nie używają statystyk znanych nam ze szkoły. W prostszych przypadkach wystarczy test t Studenta dla zmiennych zależnych bądź niezależnych, test chi-kwadrat, sprawdzenie normalności metodą Kołmogorowa-Smirnowa, wyliczenie ilorazu szans. W nieco bardziej zaawansowanych przeprowadza się analizę wariancji, regresji. W jeszcze bardziej zaawansowanych przypadkach używa się metod, które nie mieszczą mi się w głowie.

Medycyna stopniuje też dowody, w użyciu jest kilka różnych skal. Przykładowo Kategoria A to dowody z metaanaliz, czyli wtórnych opracowań statystycznych wielu randomizowanych podwójnie zaślepionych prób. Następnie mamy kategorię B: dowody z pojedynczych randomizowanych podwójnie zaślepionych prób (pacjenci losowani do dwóch grup; ani pacjent, ani badający nie wie, czy przyjmuje lek, czy placebo). Kategoria C oznacza inne badania. W końcu kategoria D oznacza brak badań i konsensus ekspertów.

Dowodów opartych na kategoriach C i D zwykle nie traktuje się poważnie. Gdzie w hierarchii dowodów leżałoby powtarzany jak mantra w pięćdziesięciu różnych modyfikacjach argument “a żonie brata sąsiadki pomogło”? No właśnie. Zwłaszcza jeśli na drugiej szali mamy metodę leczenia, której działanie potwierdziła metaanaliza obejmująca 10000 osób (z których każda jest bratem, siostrą czy wujkiem czyjejś sąsiadki). “Stosuję to od 20 lat” też nie jest żadnym argumentem.

Uważasz, że działa – super, opisz swoją metodę, opracuj wyniki statystycznie, wyślij do recenzowanego pisma naukowego, żeby niezależni eksperci mogli je ocenić, odpowiedz na ich zarzuty, popraw pracę. Nie potrafisz? Daruj nam opowieści, jak to wielkie koncerny i reptilianie nie pozwalają ci tego zrobić, i oszczędź nam wszystkim straty czasu i pieniędzy.

Jaki w rzeczywistości zabieramy pacjentom wybór? Czy kiedykolwiek go naprawdę mieli? Dzisiejsza medycyna podkreśla autonomię pacjenta (to pierwsze z czterech pryncypiów na liście Beauchampa i Childressa). Wybór jednak zakłada świadomą zgodę, po angielsku informed consent – zgodę po byciu poinformowanym przez specjalistę w zrozumiały sposób.

Podkreślmy: chodzi o informacje, a nie o opinie. Przedstawianie metod, na działanie których nie ma wiarygodnych, a często absolutnie żadnych dowodów jako skutecznych terapii nie jest informowaniem. Jest oszustem. Dawaniem fałszywej nadziei – tonący brzytwy się chwyta. Gorzej, jeżeli jednocześnie zniechęca się do wypróbowania metody, która daje jakąś szansę na wyleczenie, wydłużenie życia czy poprawę jego jakości.

Naprawdę wierzymy, że ciężko chory człowiek zawsze pozna oszusta? Że zna się on na metodologii nauk medycznych, potrafi ocenić jakość dowodów? Czy idąc do prawnika, do banku posiadamy kwalifikacje pozwalające na rzeczywistą polemikę z fachowcem? A może raczej gdybyśmy sami posiadali wiedzę prawną, nie korzystalibyśmy z pomocy specjalisty i w większości przypadków pozostaje nam zaufać, że rzeczywiście jest on fachowcem? Słabsza strona wymaga ochrony – w banku, w Internecie, na giełdzie kryptowalut, w gabinecie lekarskim i w gabinecie magika także.

Środki i czas ciężko chorego są ograniczone. Jeśli wyda je na magiczną witaminę C, czarodziejskie kombinezony lotnicze czy niezwykły proszek rodem z Harry’ego Pottera, nie przeznaczy ich ma rzeczywiście skuteczne leczenie bądź poprawę jakości życia. A pseudoleczenie kosztować może naprawdę drogo. Także jeśli chodzi o pieniądze, ale nie tylko. Niepodjęcie skutecznego leczenia na korzyść mrzonek kosztować może życie.

Marcin Nowak

Reklama