Miałaś, koalicjo, miejsca w TK…

Wygląda na to, że rządząca koalicja właśnie straciła możliwość obsadzenia wolnych miejsc w Trybunale Konstytucyjnym.

PiS zaskarżył do TK przepisy (także własnego autorstwa), na podstawie których dokonywany jest wybór sędziów do TK. Pismo nosi datę 3 lutego 2026, a prezes Święczkowski już wyznaczył skład (pięcioro prawidłowo wybranych sędziów) i datę rozpoznania sprawy: 10 marca.

Tak na koalicji zemściło się odwlekanie wysunięcia własnych kandydatów do TK po to, by utrudnić trybunałowi Święczkowskiego orzekanie. I opóźnić rozpoczęcie kadencji przez nowych sędziów tak, by w Trybunale jak najdłużej utrzymywała się większość lub wyłączność sędziów przez nią wybranych.

To, czy wniosek PiS ma ręce i nogi, nie ma większego znaczenia, bo Trybunał i tak orzeknie w zgodzie z celem tego wniosku: da prezydentowi Karolowi Nawrockiemu pretekst do odmowy zaprzysiężenia sędziów, których rządząca koalicja ma zamiar wybrać na sześć wolnych miejsc.

Prezydent dostaje zresztą w tym wniosku PiS do Trybunału także prezent, można rzec, osobisty: Trybunał ma uznać, że nie ma on obowiązku odebrania przyrzeczeń od sędziów wybranych przez Sejm do TK, bo taki obowiązek uniemożliwia mu ocenę, czy wybór został dokonany zgodnie z prawem. W ten sposób PiS chce dać prezydentowi prawo do zawetowania wyboru sędziów do TK. Ciekawe, jak sobie sędziowie TK poradzą z uzasadnieniem pomysłu prezydenckiego weta do wyboru sędziów, skoro konstytucja nie przewiduje jego udziału w ich powoływaniu (odbieranie przyrzeczenia od sędziów jest tylko w ustawie).

Ale jakoś sobie na pewno poradzą, bo już nieraz wykazali się wyobraźnią wykraczającą nie tylko poza konstytucję, ale nawet poza samą koncepcję prawa.

Zresztą i bez prawa do weta w sprawie wyboru sędziów do TK Karol Nawrocki dostanie pretekst do odmowy przyjęcia od nich przyrzeczenia, jeśli pięciu sędziów TK orzeknie, że przepisy, na mocy których także oni sami zostali sędziami TK, są niezgodne z konstytucją.

W skrócie: autorzy wniosku twierdzą, że wybór sędziów do TK przez Sejm nie może być uregulowany w regulaminie Sejmu, ale być w całości w ustawie. Tymczasem ustawa o statusie sędziów TK odsyła do regulamin Sejmu w sprawie „zasad wyboru i związanych z tym terminów procedowania”. Dlaczego owe zasady wyboru i terminy powinny być w ustawie? Zdaniem autorów wniosku wymaga tego art. 197 konstytucji. Ten zaś mówi, że „organizację Trybunału Konstytucyjnego oraz tryb postępowania przed Trybunałem określa ustawa”. Czy termin zgłaszania kandydatów do TK i procedura głosowania nad nimi to „organizacja TK”, czy może „tryb postępowania przed TK”?

Obecni sędziowie Trybunału na pewno potrafią na to pytanie twórczo odpowiedzieć.

Sędziowie TK w stanie spoczynku, którzy w grudniu 2015 r. wydali dwa wyroki dzisiaj będące podstawą kwestionowania wyboru neosędziów do TK, mogą poczuć się zbudowani tym, jak często (38 razy), obszernie, a przede wszystkim afirmatywnie autorzy wniosku PiS powołują się na te ich wyroki, przywołując fragmenty o trójpodziale władz, o konieczności zagwarantowania niezależności i politycznej bezstronności Trybunału, o poszanowaniu dla jego wyroków. Ale także konieczności zapewnienia ciągłości działania Trybunału i dbałości o to, by nie był obsadzany w większości przez jedną opcję polityczną.

Te ostatnie argumenty przywołane są w tym punkcie wniosku, który kwestionuje odesłanie do regulaminu Sejmu, bo – zadaniem autorów wniosku – umożliwia to naruszenie zasady ciągłości działania TK, nie gwarantując natychmiastowego obsadzania wakatów.

Nie jest to prawda, bo regulamin Sejmu wymaga rozpoczęcia procedury wyboru sędziego odpowiednio wcześnie, zanim jego przyszłe miejsce w Trybunale się nie zwolni. Są na to precyzyjne przepisy, tyle że nie zawsze przestrzegane. W szczególności nieprzestrzegane przez obecną koalicję rządzącą, która zachomikowała dotąd już sześc miejsc, nie zgłaszając własnych kandydatów i nie głosując za zgłoszonymi – przez PiS – a więc de facto blokując wybór. Tyle że sama konstytucja powierza proces wyboru sędziów do TK Sejmowi, a nie ma możliwości przymuszenia sankcjami karnymi posłów, by sędziów zgłosili czy wybrali. I nie ma znaczenia, czy procedura tego wyboru byłaby w ustawie, czy w regulaminie Sejmu.

Autorzy wniosku do TK argumentują też, że sprzeczne z konstytucją jest to, że procedura wyboru sędziów do TK nie gwarantuje „wyboru proporcjonalnie do liczby miejsc wolnych w Trybunale Konstytucyjnym (…) kandydata zgłoszonego przez grupę posłów działających w imieniu klubu parlamentarnego z najliczniejszą liczbą posłów w danej kadencji Sejmu” (czytaj: nie gwarantuje wyboru kandydata PiS).

Na koniec wniosku autorzy stwierdzają, że w wypadku uruchomienia procedury przed Trybunałem Konstytucyjnym w sprawie ich wniosku (co właśnie się stało) ewentualnie podjęte przez Sejm czynności wyboru sędziów powinny być wstrzymane, a prezydent ma obowiązek odmówić odebrania przyrzeczenia od wybranych mimo to sędziów.

I to by było na tyle.

Oczywiście Sejm może wybrać sędziów mimo złożenia tego wniosku do TK przez posłów PiS. Może też zignorować ewentualny wyrok TK, szczególnie że premier kontynuuje bezprawne niepublikowanie w „Dzienniku Ustaw” wyroków TK, także tych wydanych w prawidłowym składzie. Tyle że prezydent Nawrocki najprawdopodobniej skorzysta z danego mu przez PiS pretekstu i nie przyjmie od sędziów przyrzeczeń. I niezależnie od tego, czy prześlą swoje przyrzeczenie listownie, złożą je przed Sejmem, czy wygłoszą przez megafon pod Pałacem Prezydenckim, prezes TK Bogdan Święczkowski nie uzna ich za sędziów, nie wpuści do budynku TK i nie będzie im przydzielał spraw.

I na tym kończą się – póki co – możliwości wprowadzenia przez obecną sejmową większość sędziów do TK. A gdyby nie cwaniakowanie z chomikowaniem tych wakatów, można było obsadzić przynajmniej trzy miejsca zwolnione w grudniu 2024 r. przez Julię Przyłębską, Mariusza Muszyńskiego i Piotra Pszczółkowskiego…

Niewykluczone jednak, że PiS gotów jest negocjować z rządzącymi podział miejsc w TK i – w razie dogadania się – wycofać wniosek z Trybunału. Choć wątpliwe, by przed wyborami koalicja na to poszła, bojąc się buntu tzw. twardego elektoratu.

Jakże daleko odeszliśmy od ambicji, by standardem, którego przestrzegaliby politycy, był wybór do Trybunału ludzi o różnych poglądach prawnych, ale z najwyższymi kompetencjami etycznymi i zawodowymi. Ale cóż, jaki Trybunał, takie standardy.

Reklama