Eksperyment Wielkopiątkowy. Psychodelik w kaplicy

Witraż w kaplicy Marsh Chapel, JD Dwyer, za Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Eksperyment wielkopiątkowy, zwany także cudem w Marsh Chapel, istotnie został przeprowadzony w Wielki Piątek i miał związek z wiarą – niemniej na pewno nie z konserwatywnie rozumianą pobożnością.

Przeprowadzono go w 1962 roku, podczas wielkopiątkowego nabożeństwa (w tym dniu, upamiętniającym śmierć Jezusa Chrystusa, tradycyjnie nie celebruje się mszy). Głównym badaczem był Walter Pahnke, lekarz psychiatra z Uniwersytetu Harvarda (nie mam pojęcia, czemu anglojęzyczna Wikipedia przedstawia go jako studenta teologii). W pracach uczestniczył też kontrowersyjny amerykański psycholog Timothy Leary, znany z propagowania legalizacji i używania substancji halucynogennych (wywołujących omamy, czyli doznania zmysłowe bez zewnętrznego bodźca, zwanych – zwłaszcza przez swych swolenników – także psychodelicznymi, czyli otwierającymi umysł). Na miejsce badań wybrano, jak wskazuje druga nazwa, Marsh Chapel, kaplicę Uniwersytetu w Bostonie.

Eksperyment blisko wiązał się z religią i udział wzięli w nim studenci teologii. Nie miał jednak nic wspólnego z wielkopiątkową czy w ogóle wielkopostną pokutą.

Grupie badanej podano 30 mg psylocybiny (a więc dawkę dość dużą, jako że w późniejszych badaniach wstrzykiwano najpierw na próbę 10 mg, a dopiero w razie stwierdzenia dobrej tolerancji po tygodniu 25 mg). Grupa kontrolna otrzymała placebo (powszechnie występujący w organizmie kwas nikotynowy).

Na dziesięciu badanych dziewięć osób doświadczyło intensywnych przeżyć religijnych, m.in. obecności Ducha Świętego. W grupie kontrolnej proporcje były dokładnie odwrotne.

Czym jest psylocybina? To jeden ze związków halucynogennych, mniej znany od sławnego LSD (moi studenci położyli ostatnio pytanie o nią na kolokwium). Nazwa wywodzi się od jej najbardziej znanego źródła, Psilocibe, czyli łysiczki, rodzaju grzyba z rzędu pieczarkowców. Wśród gatunków tego rodzaju największą sławę w naszej części świata zdobyła łysiczka lancetowata, Psilocibe semilanceata, niemniej psylocybina występuje w wielu gatunkach Psilocybe i w wielu innych rodzajach grzybów, jak Conocybula czy Galerina. W sumie halucynogennych grzybów nauka zna ponad 200 gatunków.

Pytanie, ile znają miejscowe kultury. Sama łysiczka używana była przez meksykańskich uzdrowicieli ludowych, a Europejczycy posiedli ją dzięki podstępowi: Amerykanin R. Gordon Wasson oszukał mazatecką uzdrowicielkę Marię Sabinę, prosząc ją o pomoc. Pozyskał w ten sposób Psilocibe mexicana, z której inni badacze wyizolowali związek aktywny.

Psylocybina przypomina budową chemiczną serotoninę. Obie stanowią pochodne tryptaminy, aminy będącej wynikiem dekarboksylacji (usunięcia grupy kwaśnej) z budującego białka aminokwasu tryptofanu, obecnego w dużej ilości choćby w czekoladzie czy bananach (z jakiegoś powodu mówi się, że czekolada poprawia nastrój). Synteza serotoniny wymaga hydroksylacji (dołączenia grupy hydroksylowej, czyli alkoholowej –OH) do piątego atomu węgla podwójnego pierścienia tryptofanu, stąd nazwa chemiczna 5-hydroksytryptamina i skrót 5-HT.

Wzór strukturalny psylocybiny, różniący się dwiema grupami CH3 i resztą fosforanu od serotoniny

Serotonina należy do neuroprzekaźników, substancji, dzięki którym komunikują się poprzez synapsy komórki nerwowe. Wydzielana do szczeliny synaptycznej pierwszego neuronu, dociera do receptorów umieszczonych na drugim, dzięki czemu przekazuje informacje. Jej receptory także określamy skrótem 5-HT.

Psylocybina z kolei to inaczej 5-fosforyloksy-N,N-dimetylotryptamina. Od serotoniny różni jej dołączenie dwóch atomów węgla do azotu grupy aminowej i reszty kwasu fosforowego do grupy OH (pamiętamy może ze szkoły estry, podobne wiązanie obecne jest też w DNA). Zresztą fosforan łatwo hydrolizuje i psylocybina staje się psylocyną.

Związki te, podobne do serotoniny, pobudzają jeden z receptorów serotoninowych, 5-HT 2A. To właśnie działanie odpowiada za wywoływanie żywych wrażeń z różnych zmysłów. Z kolei poczucie rozpływania się ja i łączności z Wszechświatem propagatorzy psychodelików wiążą z działaniem na tylny zakręt obręczy, wchodzący w skład sieci stanu spoczynkowego (default mode network), któremu przypisuje się udział w tworzeniu poczucia ja. Ponadto zaburzenie lokalnego przewodnictwa sprzyjać ma zmianie utartych, nawykowych schematów myślenia.

Pojedyncze badania stwierdziły skuteczność psylocybiny w leczeniu depresji lekoopornej, a nawet pewną przewagę nad tradycyjnie już używanym do leczenia depresji escitalopramem (to bloker wychwytu zwrotnego serotoniny ze szczeliny synaptycznej, dodajmy dla porządku, że nie należy on do najsilniejszych znanych leków przeciwdepresyjnych). Halucynogen został rzeczywiście zarejestrowany w tym wskazaniu jako lek w Australii.

Czy to znaczy, że psylocybina jest bezpieczna, zdrowa i należałoby ją zalegalizować i przyjmować, jak proponują niektórzy propagatorzy psychodelików? Czy, jak można przeczytać w tekstach jej zwolenników, otwiera umysł, zmienia utarte schematy myślowe i pozwala na nowe doświadczenia religijne?

Niekoniecznie. W przypadku niepoddających się leczeniu innymi metodami ciężkich epizodów depresyjnych życie pacjenta bywa ciągłą udręką i osoba taka ma znacznie mniej do stracenia. Tutaj korzyści mogą ewidentnie przewyższać ryzyko. Ryzyko wywołania objawów lekowych, psychozy, wymiotów, skoku ciśnienia.

Trudno odmówić racji brytyjskiemu neurofarmakologowi i psychiatrze Davidowi Nuttowi, zaliczającemu psylocybinę do najbezpieczniejszych z używek, i nie zdziwić się bezwzględnym zakazom psylocybiny, podczas gdy znacznie bardziej niebezpieczne substancje, w tym niektóre opioidy, dostępne są w aptece bez recepty. Czym innym jest jednak leczenie, które zawsze wiąże się z ryzykiem działań niepożądanych (widzieliście Państwo ulotkę paracetamolu?), czym innym dobrowolne zażywanie substancji psychoaktywnych w celach rekreacyjnych bądź religijnych.

Co więcej, halucynogeny mogą rzeczywiście otwierać świadomość i kierować myślenie na niespotykane wcześniej tory, ale niekoniecznie w pożądanym przez nas kierunku. U różnych ludzi działają różnie. Indianie z Ameryki Łacińskiej zwidują zwykle jaguary i inne neotropikalne zwierzęta ważne w ich miejscowej kulturze. Europejczykom zdarzają się spotkania z kosmitami (niekoniecznie miłe). Głęboko wierzący chrześcijanin istotnie może zinterpretować wizje jako zesłane przez Ducha Świętego, jednak niepokój towarzyszący przyjmowaniu preparatu zwiększa ryzyko bad tripu, czyli przerażających wizji powodujących znaczne cierpienie. Niekoniecznie też każdemu będzie miło i przyjemnie bez poczucia ja.

Duchowość należy do naturalnych ludzkich potrzeb i poprzez kolejne wieki ludzie próbowali znaleźć Boga na wiele różnych, niekiedy wzbudzających podziw i wartych naśladowania, ale często absurdalnych bądź niebezpiecznych sposobów. Psylocybina zdaje się należeć do tych drugich. Trudno odmówić kolejnego leku cierpiącym na niepoprawiającą się po niczym depresję. Boga jednak, jak uczy wiele przypadków z historii, na ogół znaleźć można w bezpieczniejszy sposób.

Marcin Nowak

Bibliografia

  • Nutt D: Psychodeliki. Insignis, Kraków 2023 / 2025
Reklama